Выбрать главу

– Zjeżdżaj mi z drogi, dupku! – wrzasnął jakiś strażak.

Na pokładzie pojawiło się kilka osób.

– Toland, nic się panu nie stało? – krzyknął kapitan Svenson. Miał podartą koszulę. Z kilku ran na piersi ciekła mu krew.

– Wszystko w porządku, sir.

– Proszę więc pójść na mostek. Niech ustawią okręt prawą burtą do fali! Szybko! – Svenson ruszył pokładem startowym.

Toland pobiegł. Wszystko tonęło w pianie z gaśnic i było bardzo ślisko. W pewnej chwili Bob upadł, przy czym dotkliwie się potłukł. Za moment znalazł się już w sterowni.

– Kapitan polecił ustawić okręt prawą burtą do fali! – zawołał.

– Już dawno ustawiony – odkrzyknął pierwszy oficer. Cały mostek pokryty był szkłem. – Co z kapitanem?

– Żyje. Walczy z ogniem na rufie.

– A kim, do diabła, pan jest? – zapytał Pierwszy.

– Toland, z wywiadu. Byłem w centrum bojowym.

– Miał pan cholerne szczęście. Drugi pocisk trafił pięćdziesiąt metrów od pana. Kapitan ocalał. Ktoś jeszcze?

– Nie wiem. Tam pali się jak w piekle.

– Pana też osmaliło, komandorze.

Bob czuł pieczenie twarzy; jakby ogolił się kawałkiem szkła. Kiedy dotknął brwi, w palcach zostały mu zwęglone włosy.

– Trochę osmaliło. Ale nic mi nie jest. Co mam robić?

Pierwszy oficer spojrzał na „wodne skrzydełka" Tolanda.

– Umie pan kierować okrętem? W porządku, proszę przejąć ster. Ja zajmę się ogniem. Łączność wysiadła. Radary też. Ale maszynownia jest sprawna. Kadłub nie naruszony. Pan Bice trzyma wachtę. Pan Toland trzyma ster – oznajmił pierwszy oficer i opuścił mostek.

Toland, który nigdy nie prowadził niczego poza swoim jachtem, teraz musiał sterować uszkodzonym lotniskowcem. Podniósł do oczu lornetkę i rozejrzał się po okolicy. Widok, który ujrzał, przejął go dreszczem.

Tylko „Saratoga" wyglądała na nietkniętą. Kiedy jednak Toland dokładniej przyjrzał się jednostce, zauważył, że maszt radarowy jest mocno przekrzywiony. „Foch" był bardzo mocno zanurzony i palił się od dziobu do rufy.

– A gdzie „Saipan"?

– Spłonął jak zimny ogień – odparł komandor Bice. – Boże drogi, miał na pokładzie dwa i pół tysiąca żołnierzy! „Tico" trafiła jedna rakieta, „Foch" dostał trzy i wygląda na to, że zatonie. Dwie fregaty i niszczyciel zatopione… kurwa, człowieku, zatopione! Kto spieprzył sprawę? Był pan w centrum bojowym, prawda? Kto spieprzył sprawę?

Osiem francuskich crusaderów weszło w kontakt bojowy z backfire-ami. Rosyjskie bombowce leciały na dopalaczach i szybkością dorównywały myśliwcom. Piloci na wieść o uszkodzeniu lotniskowca wpadli w nie licującą z godnością lotników furię. Natychmiast przystąpili do ataku. Mieli przed sobą dziesięć backfireów. Strącili sześć, a dwa uszkodzili.

USS „Caron", jedyny nie uszkodzony okręt, śledził rosyjskie bombowce na swoich radarach i słał do Anglików rozpaczliwe wezwania o pomoc. Ale Rosjanie przewidzieli to i ominęli Wyspy Brytyjskie szerokim łukiem po stronie zachodniej. Czterysta mil na zachód od Norwegii spotkali się ze swymi tankowcami powietrznymi.

Dowództwo radzieckie natychmiast przystąpiło do oceny akcji. Pierwsza większa bitwa między nowoczesnymi lotniskowcami a uzbrojonymi w rakiety bombowcami była zarówno wygrana, jak i przegrana. Obie strony wiedziały, kto co wygrał, kto co przegrał.

Po godzinie opanowano pożar na „Nimitzu". Na pokładzie nie było samolotów i materiałów łatwopalnych, a obrona przeciwpożarowa liczyła sobie mniej więcej tyle samo osób co w dużym mieście. Toland skierował okręt na wschód. „Saratoga" przyjmowała właśnie samoloty, które uzupełniały tam paliwo i odlatywały na ląd. Zostały tylko myśliwce. Trzy fregaty i niszczyciel wyciągały z morza rozbitków. Potem miały odpłynąć do Europy.

– Cała naprzód – zawołał ze swego miejsca na mostku Svenson. – Toland, jak z panem?

– W porządku.

Szpital zatłoczony był rannymi. Nie policzono jeszcze zabitych i Toland wolał o tym nie myśleć.

– Miał pan rację – odezwał się kapitan. W jego głosie słychać było gniew oraz poczucie winy. – Miał pan rację. Za łatwo im szło; wpadliśmy w pułapkę.

– Jeszcze nadejdzie nasz dzień, kapitanie!

– Do diabła, ma pan rację! Płyniemy do Southampton. Zobaczymy, czy Angole mogą przyjąć coś tak dużego jak nasz okręt. Moi ludzie wciąż jeszcze zajęci są na rufie. Może pan jeszcze chwilę zostać przy sterze?

– Owszem, sir.

„Nimitz" i eskortujące go okręty atomowe osiągnęły maksymalną prędkość czterdziestu węzłów. Niebawem zostawiły flotyllę za sobą. Było to posunięcie ryzykowne. Płynęli zbyt szybko, by samoloty zwalczające łodzie podwodne mogły ich w pełni chronić. Ale i okręty podwodne, jeśli zamierzały zaatakować, musiałyby poruszać się bardzo prędko i bardzo głośno.

NORDYCKI MŁOT

Wzgórze 152, Islandia

– To był myśliwiec i jestem pewien, że musiało ich tam być więcej – odezwał się Edwards. Znowu padało, ale generalnie zła pogoda już się kończyła. Na południowym zachodzie chmury się rozstępowały i gdzieniegdzie widać było czyste, niebieskie niebo. Edwards, założywszy hełm, siedział, otulając się peleryną i spoglądał przed siebie.

– Ma pan zapewne rację, sir – odrzekł Smith.

Był podenerwowany. Na wzgórzu tkwili już prawie dwadzieścia cztery godziny; o wiele za długo jak na przebywanie w jednym miejscu na wrogim terytorium. Powinni byli ruszyć wtedy, gdy padał deszcz i widoczność ograniczała się do kilkuset metrów. Niebawem się przejaśni, a do zapadnięcia zmierzchu pozostało jeszcze sporo czasu. Siedzieli więc na wzgórzu okryci maskującymi pelerynami, które zapewniały trochę ciepła.

Padający na północy rzęsisty deszcz nie pozwalał im dostrzec Reykjaviku. Z trudem nawet widzieli leżący na zachodzie Hafnarfjórdur, co szczególnie martwiło sierżanta, który był bardzo ciekaw, co porabia Iwan. A jeśli już wykrył satelitarne radio Edwardsa i zaczął je namierzać? Może nawet wysłał patrol.

– Poruczniku?

– Tak, sierżancie?

– Znajdujemy się między linią telefoniczną a trakcją wysokiego napięcia…

– Chciałby pan ją zniszczyć? – uśmiechnął się Edwards.

– Nie, sir, ale Iwan niebawem przyjdzie ją sobie obejrzeć, a to wzgórze nie jest najlepszym miejscem, żeby się z nim spotkać.

– Mamy obserwować i składać raporty, sierżancie – przypomniał mu Edwards.

– Tak jest, sir.

Porucznik spojrzał na zegarek. Była dziewiętnasta pięćdziesiąt pięć czasu Greenwich. Być może Brytan zechce się z nimi skontaktować. Rozłożył radio, zamontował antenę w uchwycie pistoletu i nałożył słuchawki. O dziewiętnastej pięćdziesiąt dziewięć nastroił radio na falę satelity.

– Brytan, tu Ogar. Brytan, tu Ogar. Słyszysz mnie?

– Doskonale. Co się dzieje?

Edwards przełączył radio na nadawanie.

– Brytan, jesteśmy na fali.

– Coś nowego?

– Nic, tyle tylko, że strasznie tu pada. Widoczność prawie żadna. Nic nie widzimy.

Dyżurny oficer łączności popatrzył na mapę pogody. Rzeczywiście, na Islandii lało. Nie potrafił przekonać swego szefa, że Ogarowi można wierzyć. Edwards odpowiedział na wszystkie pytania dostarczone przez chłopców z wywiadu. Taśmy z nagranymi odpowiedziami zbadano nawet za pomocą głosowego analizatora stresu. Po ostatnim pytaniu, dotyczącym narzeczonej Edwardsa, aż zablokowała się igła aparatu. To nie mogło być udawane. Mieli też kopie kartoteki porucznika; od piątej klasy szkoły podstawowej. Dobry z matematyki i innych nauk ścisłych, wyśmienity na podyplomowych studiach meteorologicznych. Po skończeniu szkoły w Colorado Springs pogorszył mu się nieco wzrok, co było powodem odsunięcia go od lotów. Zdaniem kolegów był nieśmiały, spokojny, ale ogólnie bardzo go lubiano. Testy psychologiczne wykazywały, że nie miał instynktów agresywnych. Ale jak długo można być dzieckiem?