Выбрать главу

Nie potrafiły naturalnie wyeliminować dział sterowanych radarami. Rosjanie używali nowego systemu radiolokacji, a Amerykanie nie posiadali odpowiedniego sprzętu. Nie miało to jednak większego znaczenia. Rosyjskie działa przeznaczone były do zwalczania stosunkowo małych myśliwców i olbrzymie bombowce nie mieściły się na ekranach ich radarów. Komputery nie umiały zdecydować, w którą część samolotu trafić, i cały czas wprowadzały nowe dane, uniemożliwiając tym samym elektroniczne załadowanie i odpalenie pocisków. Załogi dział klęły i przechodziły na celowanie ręczne.

Bombowce, by uniknąć najgorszego ognia artyleryjskiego i bezpiecznie wrócić do domu, wzniosły się na wysokość trzystu metrów. Ale nikt nie poinformował ich pilotów o obecności myśliwców. Mieli przecież zniszczyć bazę w Keflaviku, zanim Rosjanie dostarczą tam ten rodzaj samolotów.

Teraz z kolei radzieckie maszyny kompletnie zaskoczyły Amerykanów. Fulcrumy spadły od strony słońca lotem nurkowym. Ich kierujące ogniem radary okazały się praktycznie bezużyteczne, ale połowa wystrzelonych pocisków naprowadzana była na podczerwień, a amerykańskie bombowce wydzielały z siebie tyle ciepła, że zwróciłyby uwagę nawet ubranego w gruby kożuch ślepca.

Trzy nadlatujące z południa maszyny w ogóle nie dostrzegły Rosjan. Dwa bombowce zostały trafione i eksplodowały. Trzeci rozpaczliwie wezwał pomocy, po czym gwałtownie znurkował – zbyt gwałtownie… Był blisko ziemi i nie zdołał już wyprostować lotu. Pięćdziesiąt kilometrów na północ od Keflaviku Edwards ujrzał bijącą w niebo kulę ognia.

Rosyjscy piloci okazali się mistrzami w swoim zawodzie. Zanim na bazę w Keflaviku zdążyły spaść bomby, każdy z ośmiu myśliwców wybrał sobie konkretny obiekt i rozpoczął polowanie. Ale amerykańskie bombowce parły w kierunku lotniska. Było zbyt późno, by uciekać. Teraz mogły już tylko lecieć nad cel i rozpaczliwie wzywać do powrotu swoje myśliwce.

Do walki włączyła się naziemna artyleria. Młody sierżant trafił jeden z bombowców w chwili, gdy ten zrzucał ładunek. Z komory wyleciał tylko tuzin pocisków i samolot eksplodował tak gwałtownie, że uszkodził inny, lecący w sąsiedztwie B-52. Załodze jednej z wyrzutni rakiet udało się uruchomić system naprowadzania podczerwienią i dzięki temu zestrzeliła następny samolot. Rakieta trafiła maszynę w chwilę po tym, jak ta zrzuciła swój ładunek.

Skrzydło stanęło w ogniu i bombowiec, ciągnąc za sobą gęstą wstęgę czarnego dymu, chwiejnym lotem oddalił się na wschód.

Edwards i jego ludzie obserwowali spowitego dymem z płonącego oleju potwora, który nadlatywał w ich stronę. Pilot próbował utrzymywać wysokość i dać załodze szansę wykorzystania spadochronów, ale wszystkie cztery silniki po prawej stronie płonęły. W pewnej chwili odpadło skrzydło; B-52 zadrżał i runął w dół, uderzając w zachodnie zbocze wzgórza 152. Nikt z załogi nie ocalał. Edwards nie musiał wydawać rozkazów. W pięć sekund później cała czwórka była na nogach i uciekała na północny wschód.

Pozostałe bombowce przelatywały nad celami i wzywały pomocy. Ośmiu maszynom udało się zrzucić ładunek materiałów wybuchowych, a następnie zawrócić. Radzieckie myśliwce namierzyły pięć z nich, teraz więc Amerykanie desperacko umykali z niebezpiecznej strefy. Rosjanie, którzy wystrzelili już swoje rakiety, uruchomili działka pokładowe.

Czaiło się w tym niebezpieczeństwo: B-52 dysponowały działkami na ogonach i uszkodziły jeden z fulcrumów eliminując go z walki.

Na koniec wróciły phantomy. Każdy z nich miał tylko po trzy pociski Sparrow toteż kiedy włączyły się radary przechwytujące rakiety, sygnały natychmiast dotarły do radzieckich pilotów. W obliczu nadlatujących pocisków fulcrumy rozproszyły się, by przejść w lot nurkowy. Amerykańska czwórka przeleciała tuż nad głowami Edwarda i jego ludzi, po czym zatoczyła pętlę nad miejscem, gdzie na wschód od Hafnarfjórduru spadł B-52. Potem phantomy odleciały; kończyło się im paliwo. Bombowce, którym udało się uciec, były już daleko, bezpieczne, oddzielone ścianą emitowanych szumów elektronicznych. Rosjanie ponownie sformowali szyk i zawrócili do Keflaviku.

Ich pierwsze wrażenie było jak najgorsze. Na lotnisko spadło dwieście bomb, z których dziewięć trafiło w pasy startowe. Ale pas jedenasty nie został uszkodzony. Edwards obserwował, jak odrywa się z niego fulcrum. Rozwścieczony pilot rozglądał się za celem. Miał rozkaz patrolować przestrzeń ponad bazą w czasie, gdy reszta dywizjonu będzie uzupełniała paliwo.

Pierwsza walka nie przyniosła zdecydowanego zwycięstwa żadnej ze stron. Amerykanie, niszcząc trzy z pięciu pasów startowych w Keflaviku, stracili połowę swoich bombowców. Wyeliminowali większość radzieckich baterii SAM-ów, ale nie zadali bazie lotniczej decydującego ciosu. Już w tej chwili personel naziemny lotniska, za pomocą amerykańskiego sprzętu, przystąpił do usuwania szkód. Na końcu każdego pasa piętrzyła się góra żużlu, a pół tuzina buldożerów dowoziło stalowe płyty. Leje po bombach zostały zasypane gruzem, uzupełnione żwirem i nakryte płytami. Keflavik poniósł pewne straty, ale do północy miano zlikwidować ich skutki.

USS „Pharris"

– Myślę, że tym razem, to już naprawdę coś, kapitanie – odezwał się oficer dowodzący zwalczaniem okrętów podwodnych. Rządek barwnych kwadracików na ekranie biernego hydrolokatora utrzymywał się już od siedmiu minut. Współrzędne celu zmieniały się nieco, jakby obiekt kierował się nie ku „Pharrisowi", ale w stronę konwoju.

Fregata płynęła z szybkością dwunastu węzłów z włączonym systemem Preria/Maska. Tego dnia warunki hydroakustyczne były dużo lepsze. Gruba warstwa termoklinowa zalegająca na głębokości prawie siedemdziesięciu metrów bardzo utrudniała pracę nawodnego sonaru. Pod nią więc okręt opuścił holowaną pławę sonarową – woda o znacznie niższej temperaturze tworzyła doskonały kanał dźwiękowy.

Co więcej, zainstalowany na okręcie podwodnym sonar miał takie same kłopoty jak hydrolokator na powierzchni oceanu. Dla znajdującego się poniżej warstwy termoklinowej okrętu podwodnego płynący na górze „Pharris" był praktycznie nie do wykrycia.

– Jak wygląda nakres? – spytał oficer taktyczny.

– Bez zmian – odparł dowódca zwalczania okrętów podwodnych. – Ciągle jeszcze nie ustaliliśmy odległości. Zważywszy na panujące warunki i wskazania naszego sonaru, możemy tylko stwierdzić, że obiekt znajduje się w odległości od pięciu do czternastu mil w linii prostej albo w pierwszej strefie konwergencji. A to już daje przypuszczalną odległość od dziewiętnastu do dwudziestu trzech mil…

Strefy konwergencji są zjawiskiem fizycznym. Dźwięk w wodzie rozchodzi się na wszystkie strony. Fale dążące w kierunku dna, pod wpływem temperatury i ciśnienia wody, zaczynają się zakrzywiać i opadają ruchem sinusoidalnym. Kiedy wydawane przez fregatę dźwięki wracały do niej mniej więcej z odległości czternastu mil morskich, znaczyło to, że strefa konwergencji przybiera kształt pierścienia – czyli przestrzeni między dwoma koncentrycznymi okręgami – i toroidalnie ukształtowany przestwór wodny rozciąga się między dziewiętnastą a dwudziestą trzecią milą. Odległość do okrętu podwodnego pozostawała nieznana, ale należało przypuszczać, że jest mniejsza niż dwadzieścia trzy mile. A to już było za blisko. Za pomocą torped czy pocisków woda-woda, których technologię zapoczątkowali Rosjanie, mógł w każdej chwili zaatakować albo strzeżony przez „Pharrisa" konwój, albo samą fregatę.

– Macie jakieś propozycje, panowie? – zapytał Morris.

Pierwszy odezwał się oficer taktyczny.