– Na odległość pięciu mil wyślijmy nasz helikopter. Pierścień dziewiętnaście-dwadzieścia trzy niech sprawdzi orion.
– Brzmi to bardzo rozsądnie – zgodził się dowódca zwalczania okrętów podwodnych.
Po pięciu minutach śmigłowiec z fregaty w odległości pięciu mil od okrętu zrzucił do morza pławę sonarową typu Lofar. Z chwilą zetknięcia się z wodą, ów miniaturowy system biernego sonaru uruchomił bezkierunkowy przetwornik hydrolokacyjny pracujący na zaprogramowanej wcześniej głębokości. Miał on wykryć każdy cel znajdujący się powyżej warstwy termoklinowej. Niebawem do centrum informacji bojowej na „Pharrisie" napływać zaczęły pierwsze dane; wynik był negatywny. Niemniej bierny sonar ciągle wskazywał na obecność okrętu podwodnego lub czegoś, co brzmiało jak okręt podwodny. Helikopter stopniowo oddalał się od „Pharrisa" i zrzucał kolejne pławy.
Następnie pojawił się orion. Zataczając koła nisko nad fregatą, czterosilnikowa maszyna przejęła informacje o współrzędnych celu. Samolot wiózł ponad pięćdziesiąt pław hydrolokacyjnych, które niebawem zaczął wrzucać do wody parami; jedną pod warstwę, drugą nad nią.
– Odbieram słabe sygnały z szóstki i średnie z piątki – poinformował podekscytowanym głosem operator hydrolokatora.
– Też je słyszę – odezwał się z Błękitnego Ptaka Trzy koordynator taktyczny. Choć już sześć lat prowadził tę grę w formacjach do zwalczania jednostek podwodnych, był zdenerwowany. – Za chwilę włączymy detektor anomalii magnetycznych,
– Potrzebny wam helikopter?
– Tak, ale niech leci nisko.
Parę chwil później należący do fregaty helikopter SH-2F Sea Sprite wystartował na północ, wlokąc za sobą kabel detektora anomalii magnetycznych, wychodzący z obudowy wirnika po prawej stronie maszyny. Bardzo czuły magnetometr potrafił wykryć zakłócenia ziemskiego pola magnetycznego spowodowane przez większy kawał żelaza – na przykład przez stalowy kadłub podwodnego okrętu.
– Teraz z szóstki sygnał średniej mocy. Siódemka cały czas średnia.
Znaczyło to, że śledzony obiekt kieruje się na południe.
– Mogę już podać wstępne wyliczenia odległości – odezwał się dowodzący zwalczaniem okrętów podwodnych do Taktycznego. – Czterdzieści dwa do czterdziestu pięciu tysięcy metrów. Współrzędne: trzy-cztery-zero do trzy-trzy-sześć.
Fregata natychmiast przekazała tę informację do oriona. Obserwowali na ekranie, jak P-3 penetruje teren, przeczesując dokładnie rejony wskazane przez hydrolokator „Pharrisa". Gdzieś tam czaić się mógł wróg. W miarę, jak samolot posuwał się na południe, system komputerowy nanosił na nakres kolejne linie.
– Pharris", tu Błękitny Ptak. Wedle moich informacji w tej okolicy nie powinien się znajdować żaden z naszych okrętów podwodnych. Możesz to potwierdzić?
– Potwierdzamy, Błękitny Ptak. Nie mylisz się. Morris sprawdził to już pół godziny wcześniej.
– Na szóstce siła sygnału rośnie. Na piątce słaby sygnał. Numer siedem też milknie. – Technik starał się mówić beznamiętnym głosem profesjonalisty.
– Odległość ustalona. Przypuszczalna szybkość celu: niecałe osiem węzłów. Odległość: czterdzieści trzy tysiące metrów.
– Nadchodzi! Nadchodzi! – krzyknął sonarzysta na fregacie. Z podanej pozycji napływały wyraźne, mechaniczne dźwięki zamykanych włazów, upuszczanych narzędzi, szczęk zamka komory torpedowej. Hałasy niewątpliwie czynione przez ludzi.
– Pławy pięć i sześć potwierdzają chwilowe zakłócenia mechaniczne – natychmiast odezwał się samolot.
– Potwierdzam – odparł oficer taktyczny z „Pharrisa".
– Hałas rejestruje też nasza holowana antena sonarowa. Tym razem to chyba naprawdę okręt podwodny.
– Zgadza się – odparł orion. – Potwierdzamy obecność okrętu czerwonych… Detektor anomalii magnetycznych! Mamy kontakt na detektorze.
Na wykresie urządzenia pojawiła się wielka, czerwona pręga. Jeden z członków załogi natychmiast nacisnął włącznik markera dymowego i samolot ostrym skrętem w prawo zawrócił do punktu kontaktu.
– Wprowadzam na nakres! – oficer taktyczny postawił na wykresie duży znak V.
Helikopter również pomknął ku miejscu kontaktu.
– Detektor anomalii! – zawołał operator tego systemu i śmigłowiec zrzucił swoją bombę dymną nieco na południowy zachód od racy oriona.
Dane natychmiast przekazano do torpedowni i wyrzutni rakiet ASROC. Nie ustalono jeszcze dokładnych współrzędnych celu, ale miało się to niebawem zmienić.
– Cierpliwości – nakazał sobie w duchu Morris, a głośno powiedział: – Nie śpieszcie się. Zanim otworzymy ogień, należy ich dokładnie zlokalizować.
Koordynator taktyczny oriona przyznał mu rację. Próbował się odprężyć. P-3 i helikopter, lecąc z północy na południe, dokonały kolejnego nawrotu z detektorami anomalii magnetycznych. Tym razem orion odebrał sygnały, a helikopter nie. Ponowny nawrót i już obie maszyny złapały kontakt. Pomknęły teraz po osi wschód-zachód. Początkowo żadna nie nawiązała kontaktu z wrogiem: po drugim przelocie wiedziały już wszystko. Cel przestał być czymś. Stał się konkretnym okrętem podwodnym. Od tej chwili całkowitą kontrolę nad operacją przejmował koordynator taktyczny na orionie. Kiedy helikopter rozpoczynał ostatni nawrót, wielki samolot patrolowy unosił się w powietrzu w odległości dwóch mil. Pilot bardzo uważnie przyjrzał się wykresowi taktycznemu, po czym utkwił wzrok w żyrokompasie. Śmigłowiec, ciągnąc detektor anomalii magnetycznych, ruszał w ostatni kurs.
– Detektor! Detektor! Marker!
Na wodzie osiadła płonąca zielonym ogniem flara. Kiedy orion schodził na małą wysokość, sea sprite skręcił gwałtownie w prawo. Pilot bacznie obserwował płonącą racę, ustalając w myślach kierunek wiatru. Gdy był już nad celem, otworzyła się komora bombowa. Pojedyncza torpeda Mk-46 ASW została uzbrojona.
– Torpeda, ognia!
Dzięki zainstalowanemu w ogonie niewielkiemu spadochronowi weszła pionowo w wodę. Orion zrzucił kolejną pławę sonarową, tym razem kierunkującą – DIFAR.
– Silny sygnał. Współrzędne: jeden-siedem-dziewięć.
Torpeda, zataczając koła, zaczęła szukać celu. Zanurzyła się w wodę na głębokość siedemdziesięciu metrów i uruchomiła swój pracujący na wysokiej częstotliwości sonar. Teraz już wypadki potoczyły się bardzo szybko.
Załoga okrętu podwodnego była nieświadoma toczących się na powierzchni wydarzeń. Ten zbyt stary i zbyt hałaśliwy by walczyć na pierwszej linii foxtrot znalazł się tam w nadziei, że wytropi konwój, wiedział, że ten znajduje się gdzieś na południe od niego. Radziecki sonarzysta zameldował wprawdzie o dobiegających z góry hałasach, ale kapitan akurat zajmował się wyliczaniem pozycji flotylli, do której pragnął się za wszelką cenę zbliżyć. Sonar naprowadzający torpedę na cel natychmiast wszystko zmienił. Foxtrot błyskawicznie skręcił w lewo, wykonując manewr wymijający. Dźwięk pracujących na zwiększonych obrotach silników okrętu podwodnego odebrało kilka pław sonarowych i taktyczny hydrolokator „Pharrisa".
Torpeda włączyła czynny i bierny sonar, przechodząc tym samym na wysyłanie i odbieranie impulsów. Kiedy zatoczyła już pierwsze koło, jej umieszczone w dziobie pasywne czujniki zlokalizowały kierunek, z którego dochodziły wytwarzane przez okręt dźwięki, i natychmiast skierowały w tamtą stronę pocisk. Wkrótce powrócił odbity od burty wrogiej jednostki impuls aktywnego hydrolokatora. Radziecki okręt zmieniał cały czas kurs, skręcając to w lewo, to w prawo, próbując wymknąć się torpedzie. Ta natychmiast przeszła na ciągłe wysyłanie sygnałów, zwiększyła szybkość do maksimum i popędziła do celu, niczym samosterujący, bezlitosny robot, którym rzeczywiście była. Sonarzyści na fregacie i w samolocie mieli doskonały obraz przebiegu wydarzeń. Patrzyli, jak linie wyznaczające współrzędne okrętu i torpedy zaczęły się nakładać. Płynący z szybkością piętnastu węzłów foxtrot był zbyt wolny, by uciec przed torpedą, której prędkość wynosiła czterdzieści węzłów. Okręt podwodny wykonywał skomplikowane ewolucje, ostre skręty i zwroty. Za pierwszym razem Mk-46 rozminęła się z celem o siedem metrów. Pocisk natychmiast zawrócił. Wtedy właśnie radziecki kapitan popełnił błąd. Zamiast kontynuować skręt w lewo, wykonał zwrot, mając nadzieję, że tym manewrem zmyli rakietę. Wszedł prosto na jej tor…