Załoga helikoptera ujrzała, jak nagle woda zapada się, po czym, kiedy fala eksplozji dotarła do powierzchni, unosi się fontanną w niebo.
– Głowica eksplodowała – poinformował pilot.
W chwilę później operator hydrolokatora zrzucił bierną pławę sonarową. Po niecałej minucie dotarły do nich pierwsze odgłosy.
Foxtrot umierał. Słyszeli dźwięk wdzierającego się do komór balastowych powietrza i huk silników. Śruby próbowały pokonać masę dostającej się do wnętrza wody i wypchnąć okręt na powierzchnię. Nagle silniki stanęły. Dwie minuty później rozległ się metaliczny trzask rozdzieranych ciśnieniem wody wewnętrznych grodzi. Okręt opadał głębiej i głębiej.
– Tu Błękitny Ptak. Jednostka zatopiona. Możecie potwierdzić?
– Potwierdzamy, Błękitny Ptak – odparł oficer dowodzący niszczeniem okrętów podwodnych. – Zanotowaliśmy dźwięk uchodzącego powietrza i pękającego kadłuba. Potwierdzamy zatopienie jednostki.
Zapomniawszy o obowiązujących w centrum informacji bojowej obyczajach, załoga zaczęła sobie głośno gratulować.
– Wspaniale, jednego skubańca mniej! Dziękujemy za pomoc, „Pharris". Wasi sonarzyści i załoga helikoptera wykonali kawał dobrej roboty. – Orion zwiększył prędkość i odleciał w stronę konwoju.
– Pomoc, dobre sobie – parsknął dowódca zwalczania jednostek podwodnych. – To był nasz kontakt. Równie dobrze i my mogliśmy wysłać tę torpedę.
Morris poklepał go po ramieniu i ruszył po drabinie do sterowni.
Zgromadzeni na mostku ludzie szeroko się uśmiechali. Niebawem bosmanmat wymaluje czerwoną farbą na drzwiach sterowni połowę sylwetki okrętu podwodnego. Nikt nie myślał o tym, że wszyscy przyłożyli rękę do śmierci stu takich samych jak oni, młodych ludzi, których zmiażdżyło mordercze ciśnienie panujące w głębinach Północnego Atlantyku.
– Uwaga! – krzyknął obserwator. – Z prawej burty widać jakąś eksplozję.
Morris sięgnął po lornetkę i wybiegł na zewnątrz. Obserwator wskazał kierunek.
Na horyzoncie, tam gdzie znajdował się konwój, bił w niebo słup czarnego dymu. Ktoś jeszcze zatopił swój pierwszy okręt.
Toland nigdy jeszcze nie widział takiej ilości pracujących jednocześnie urządzeń spawalniczych. Pod kierunkiem pierwszego oficera i trzech specjalistów od konstrukcji okrętu załoga, używając palników acetylenowych, odcinała zniszczone fragmenty pokładu startowego i jego stalowych dźwigarów. Uszkodzenia były poważniejsze, niż się z początku wydawało. Zgruchotanych zostało sześć olbrzymich wręg pod lądowiskiem. Zniszczeniu uległy również dwa znajdujące się niżej pokłady. Spłonęła jedna trzecia hangarów. Remontów wymagały windy towarowe i sieć dostarczająca do samolotów paliwo. Wraz z centrum informacji bojowej przestały istnieć wszelkie urządzenia komputerowe i radiowe, bez których okręt nie mógł toczyć walki. Należało również w całości wymienić sprzęt służący do przechwytywania lądujących samolotów. Głównego radaru też już nie było. Listę zniszczeń można by przedłużać w nieskończoność.
Holowniki ciągnęły okaleczony lotniskowiec do doku oceanicznego w Southampton. Operację tę niebywale utrudniał dziesięciostopniowy przechył „Nimitza". Przez strzaskane zęzy wlewały się do środka strumienie wody. Przybył już z marynarki brytyjskiej główny ekspert od uszkodzeń oraz szef Stoczni Remontowej Vosper; obaj specjaliści szczegółowo badali zniszczenia i sporządzali katalog niezbędnych do naprawy materiałów. Kapitan Svenson obserwował wstrzeliwanie kabli nośnych, które miały zabezpieczyć okręt. Toland spostrzegł, że dowódca jest wściekły. Już wiadomo było, że zginęło pięciuset ludzi, trzystu było rannych, a kompletowanie listy ofiar jeszcze trwało. Najwięcej osób straciło życie na pokładzie startowym, w który trafiły dwie radzieckie rakiety. Zanim „Nimitz" znów popłynie na wojnę, trzeba będzie na miejsce tych ludzi znaleźć nowych.
– Toland, poleci pan do Szkocji?
– Słucham, sir?
– Grupa lotnicza rozdziela się. Myśliwce i havkeye'e odlatują na północ. Iwan zniszczył Brytyjczykom północną linię radarową, a angielskie myśliwce poniosły wielkie straty w Norwegii, której ruszyły z pomocą. Tomcaty już są w drodze, ich rakiety umieścimy w porcie, więc Anglicy będą mogli je zabrać na północ. Pragnę, by współpracował pan z zespołami myśliwców i ustalił, co Iwan-może zrobić za pomocą swoich badgerów. Z pańskim udziałem nasi chłopcy rozpieprzą trochę tych skurwieli. Obecnie do taktycznych sił rezerwowych NATO dołączane są myśliwce szturmowe.
– Kiedy mam się tam udać? – Toland właściwie nie miał nic do pakowania. Jego rzeczami troskliwie zajął się kingfish.
Pierwszą rzeczą, jaką musiał zrobić, to zawiadomić żonę, że jest cały i zdrowy.
– Brytan, tu Ogar, co się, do licha, wydarzyło?
– Ogar, jestem upoważniony, by powiadomić was, iż przeprowadziliśmy atak na Keflavik.
– Bez żartów, chłopcze. Właśnie na naszym cholernym wzgórzu roztrzaskał się B-52. Nie przekazał pan mego meldunku o myśliwcach?
– Pańską informację uznano za niepotwierdzoną i nie przesłano tego raportu dalej. Nie miałem tu nic do powiedzenia. Proszę kontynuować.
– Widzieliśmy cztery, powtarzam, cztery jednoosobowe samoloty o podwójnym usterzeniu pionowym. Nie znam tego typu maszyn, ale mają podwójne usterzenie ogonowe.
– Podwójne usterzenie pionowe, rozumiem. Proszę potwierdzić, że widzieliście cztery.
– Jeden-dwa-trzy-cztery. Cztery, Brytan. Ale jakoś nie chcą latać mi nad głową w ordynku. Jeśli jednak znów przyślecie bombowce bez eskorty, nie miejcie do mnie pretensji.
– Czy ktoś się uratował?
– Nikt. Nie widzieliśmy żadnych spadochronów, a z takiej katastrofy nie wychodzi się z życiem. Ponadto zaobserwowałem na horyzoncie inną wielką kulę ognia. Nie wiem, co to było. Co z F 4?
– Nie mogę powiedzieć, Ogar, ale dzięki za informację o SAM-ach.
– Macie dla mnie jakieś instrukcje?
– Ponownie się zastanawiamy, co z wami robić. Następny kontakt za godzinę.
– Lepiej za dwie, kolego. Teraz musimy koniecznie stąd zwiewać, nim pojawi się patrol niegrzecznych chłopców. Wyłączam się.
Dwaj szeregowcy piechoty morskiej stali obok z odbezpieczoną bronią i rozglądali się czujnie, wypatrując patrolu lub helikoptera. Edwards zdarł z głowy słuchawki i zapakował radio.
– Świetnie, po prostu wspaniale – mruknął. – Wynosimy się stąd, chłopcy.
Od wzgórza 152 oddalili się już o dobry kilometr i zmierzali na wschód, ku nie zamieszkanym rejonom wyspy. Smith polecił im trzymać się zboczy górskich, unikać wierzchołków i grani, gdzie na tle nieba ktoś mógłby dostrzec ich sylwetki. Po lewej mieli jezioro, na którego zachodnim brzegu rozłożyła się jakaś osada. Musieli tu bardzo uważać. Trudno było bowiem zakładać, że nikt ich nie zobaczy i nie przekaże informacji dalej. Biegiem minęli główną trakcję wysokiego napięcia, po czym skręcili na południe, gdzie stok zasłaniał ich od strony zabudowań. Godzinę później trafili na Holmshraum, wielkie pole lawy, nieprawdopodobne rumowisko skalne, z którego rozciągał się doskonały widok na autostradę 1, jedną z dwóch głównych arterii komunikacyjnych Islandii. Na drodze panował duży ruch. Większość stanowiły samochody wiozące żołnierzy.