– I co teraz, sir? – spytał zjadliwie Smith.
– Cóż, sierżancie, tutaj możemy się doskonale ukryć. Nawet z odległości pięćdziesięciu metrów nikt nas nie wypatrzył Poczekamy, aż się ściemni, i wtedy przedostaniemy się na drugą stronę szosy. Z mapy wynika, że tam żyje bardzo mało ludzi. Na pustkowiu powinniśmy być bezpieczni.
– A co na to chłopcy z tamtej strony radia?
– Najlepiej zapytajmy ich o to. – Edwards spojrzał na zegarek. Minęły już blisko dwie godziny. Brytan może się niepokoić.
– Czemuście się nie łączyli?
– Musieliśmy przebyć osiem kilometrów. A co, może mieliśmy liczyć z bliska patrole penetrujące szczątki samolotu? Zrozumcie, jesteśmy tu zupełnie sami, boimy się.
– Rozumiem, Ogar. W porządku, są dla was nowe polecenia. Macie mapę tamtych okolic?
– Mamy, w skali jeden do pięćdziesięciu tysięcy.
– To dobrze, musicie przenieść się do Grafarholt. Tam też jest wzgórze. Na nim się ukryjecie i poczekacie na dalsze instrukcje.
– Zaraz, zaraz, Brytan, a jeśli Iwan namierzy nasze transmisje radiowe?
– Dobrze, że o tym mówisz. Wasze radio nadaje na jednym zakresie UHF z pojedynczą wstęgą boczną. To znaczy, że takich kanałów są tysiące i istnieje małe prawdopodobieństwo wykrycia was. Po drugie, macie antenę kierunkową. Podczas transmisji uważajcie po prostu, by między wami a Rosjanami znajdowało się zbocze wzgórza. To radio działa wyłącznie w linii prostej. Będziecie bezpieczni. Zadowolony?
– Niby tak.
– Ile czasu wam zajmie dotarcie do tego wzniesienia?
Edwards popatrzył na mapę. Mniej więcej siedem kilometrów. W spokojnych czasach przyjemna, dwugodzinna wycieczka; biorąc pod uwagę trudny teren, może trzy-, czterogodzinna. Muszą zaczekać do wieczora, potem wyminąć kilka wiosek… istniało jeszcze parę innych rzeczy, z którymi należało się liczyć…
– Minimum dwanaście godzin.
– Zrozumiałem, Ogar. Powtarzam, dwanaście godzin. Dobrze. Połączymy się z wami. Czy macie jeszcze coś do przekazania?
– Na szosie spory ruch. Kilkanaście ciężarówek wojskowego typu; pomalowane na zielono. Trochę samochodów terenowych. Ale ludzie w nich nie uzbrojeni.
– Wspaniale. Uważajcie. Macie unikać wszelkich kontaktów i przekazywać wiadomości. Gdybyś nas potrzebował, jesteśmy tu cały czas.
W Doghouse, w północnej Szkocji, oficer łączności rozparł się w fotelu.
– Chłopak nieco trzęsie portkami – odezwał się znad filiżanki herbaty pracownik wywiadu.
– To nie komandos SAS, prawda? – dodał ktoś inny.
– Panowie, spokojnie – wtrącił trzeci mężczyzna. – Chłopak jest bystry, energiczny i potrafił prysnąć, kiedy wymagały tego okoliczności. Trochę zbyt nerwowy, ale w jego sytuacji to chyba zrozumiałe.
Pierwszy z mężczyzn wskazał mapę.
– Dwanaście godzin na przebycie tak krótkiego odcinka?
– Przez skalisty, odkryty teren, z cholerną dywizją spadochroniarzy jeżdżących w ciężarówkach i BMP, przy nie zachodzącym słońcu. Czego się pan spodziewa, do diabła, po czterech ludziach? – spytał czwarty mężczyzna. Miał na sobie cywilne ubranie. Do chwili, gdy został ciężko ranny, służył w 22. Pułku SAS. – Jeśli ten chłopak ma odrobinę oleju w głowie, zaczeka do nocy. To interesujący przypadek psychologiczny. Jeśli dotrze na wzgórze o czasie, będzie dobry.
Konwój początkowo rozproszył się i teraz Morris spoglądał na radarowy obraz flotylli. Płynące szerokim pierścieniem jednostki skręcały ponownie na wschód, by się znów połączyć. Jeden ze statków handlowych zatonął, a drugi, mocno uszkodzony, chwiejnie odpłynął na zachód. Trzy fregaty próbowały namierzyć okręt podwodny, który dokonał ataku. „Gallery" prawdopodobnie nawet nawiązał kontakt i wysłał torpedę; bez rezultatu. Cztery helikoptery zrzucały nieustannie pławy sonarowe w nadziei, że trafią we wrogą jednostkę. Ale ta, zdawało się, umknęła nagonce.
– Niebywale zręcznie przeprowadzony atak – warknął oficer taktyczny. – Jedynym błędem było to, że zaatakował tyły konwoju.
– Wcale tak dobrze nie strzelał – odrzekł Morris. – Mówią, że mieli na sonarze aż pięć jego rybek. Do trzech celów! Dwie trafiły w jeden statek, który zatonął, jedna uszkodziła naszą jednostkę, a pozostałe po prostu chybiły. Udało się Iwanowi to popołudnie. Co on może teraz robić?
– O co chcecie się założyć, że był to jeden z tych atomowych okrętów starego typu – mruknął Taktyczny. – System sterowania ogniem w tych jednostkach nie jest najnowocześniejszy, a ponadto nie potrafią one pływać na tyle szybko, by nas dogonić i nie zostać przy tym wykryte. Sądzę, że po prostu Rosjanin czekał na nas w tym miejscu i trafił dwie nasze. Kiedy konwój się rozproszył, nie chciał rozwinąć maksymalnej prędkości, gdyż zdradziłby swoją pozycję; Rosjanie zresztą są zbyt cwani, by coś takiego zrobić.
– Więc co uczynił? – spytał dowódca zwalczania okrętów podwodnych. – Strzelał z bliska. Potem wpłynął w środek konwoju i zszedł na wielką głębokość. Wykorzystując zamieszanie oraz huk na powierzchni, zamaskował swoją obecność, po czym cichutko wyniósł się w bezpieczne rejony…
– Na północ – Morris pochylił się nad nakresem. – Kiedy wydano rozkaz rozproszenia, większość statków handlowych ruszyła na północny wschód. Zaczaił się zapewne na tym północnym kursie i teraz czeka na nową okazję. Ilu Rosjan tu w ogóle mamy?
– Wywiad twierdzi, że trzy foxtroty, november i, być może, jakiś okręt o napędzie nuklearnym. Zatopiliśmy prawdopodobnie foxa. Był zbyt wolny i nie nadążył za konwojem – oficer dowodzący zwalczaniem okrętów podwodnych podniósł wzrok. – Ale november okazał się wystarczająco szybki. Nie sądzę, byśmy mieli przed sobą okręt atomowy. Powiedziałbym, że to właśnie november.
– W porządku, załóżmy zatem, że oddalił się na północ z szybkością sześciu lub siedmiu węzłów, po czym skręcił na wschód w nadziei, że jutro ponownie nas spotka. Gdzie może teraz być?
– Dokładnie tu… tu, sir – odparł oficer ASW, wskazując miejsce odległe o piętnaście mil od rufy fregaty. – Ale nie możemy przecież tam wracać.
– Nie, ale możemy pozostawać na nasłuchu i wykryć jego ponowne przybycie – Morris mocno trzymał się realiów. Konwój przez godzinę będzie zmieniał kurs na jeden-dwa-zero, kierując się bardziej na południe, gdzie nie powinny zagrażać mu rosyjskie bombowce dalekiego zasięgu. Ponowne sformowanie konwoju zajmie więcej czasu. To pozwoli okrętowi podwodnemu przygotować atak. Przy niestabilnym, zygzakowatym kursie szybkość statków handlowych wynosiła praktycznie około szesnastu węzłów; dla jednostki klasy November było to tyle co nic. – Niech sonarzyści zwracają szczególną uwagę na tamten rejon. Nasz przyjaciel może się czaić za plecami.
– Wezwać któregoś P-3? – spytał Taktyczny.
Morris potrząsnął głową.
– Na razie nie. Muszą pilnować czoła konwoju. Tam kryje się główne niebezpieczeństwo. Tyłami zajmiemy się my. Jestem przekonany, że ten typek pojawi się właśnie stamtąd.
– Nadeszły pomyślne wiadomości – oznajmił oficer marynarki wojennej. – Nasze bombowce zatopiły trzy okręty lotnictwa morskiego, dwa krążowniki i dwa niszczyciele.
Aleksiejew wymienił z przełożonym spojrzenia; ich koledzy w niebieskich mundurach zaczynali być nieznośni.