Z północy powoli nadjeżdżał samochód. Kierowca najwyraźniej nie ufał stromej, żwirowej nawierzchni drogi. Do biegnącej z południa na północ autostrady, akurat w tym miejscu, po prawej stronie dochodziła boczna droga. Zauważyli, że to pojazd wojskowy. Miał prostokątne reflektory i pochodził z potężnej, zbudowanej głównie przy pomocy Zachodu, fabryki nad rzeką Karną. Ciężarówka zatrzymała się.
Edwards nie pozwalał sobie na najmniejszy ruch. Zacisnął tylko kurczowo palce na kolbie karabinu. A jeśli ktoś ich widział i dał telefonicznie znak Rosjanom? Smith wyciągnął rękę i położył ją ostrzegawczo na karabinie porucznika.
– Proszę z tym uważać, sir – szepnął.
Z samochodu zeskoczyło dziesięć postaci. Rozbiegły się po trawie w odległości jakichś pięćdziesięciu metrów od marines. Edwards nie potrafił dojrzeć, czy Rosjanie są uzbrojeni. Żołnierze, jak na komendę, porozpinali rozporki i zaczęli sikać. Edwards o mało nie wybuchnął głośnym śmiechem. Potem obce wojsko wsiadło z powrotem do samochodu. Odjechał w prawo, w stronę autostrady. Silnik diesla pracował bardzo głośno. Kiedy mrok pochłonął już tylne światła pojazdu, do porucznika i sierżanta dołączyli marines.
– Fatalnie – roześmiał się w półmroku Rodgers. – Powinienem któremuś z nich odstrzelić ptaka.
– Bardzo dobrze, żołnierze. Gotowy pan do drogi, poruczniku? – odezwał się Smith.
– Możemy iść.
Edwards, który wstydził się nieco swego zachowania na drodze, pozwolił sierżantowi wysforować się do przodu. Po stu metrach znowu trafili na pole lawowe. Omijając sterczące skały ruszyli w stronę pustkowi. Mokre spodnie przylegały im do nóg. Powoli schły w chłodnym, wiejącym od wschodu wietrze.
– Nasz przyjaciel november nie ma wykładziny bezechowej – powiedział cicho oficer dowodzący zwalczaniem okrętów podwodnych, wskazując wideoskop. – Myślę, że zamierza ponownie podkraść się do konwoju.
– Namierzyliśmy go w odległości jakichś czterdziestu sześciu tysięcy metrów – powiedział-oficer taktyczny.
– Wysłać helikopter – polecił Morris.
Pięć minut później śmigłowiec z „Pharrisa" leciał już z pełną prędkością na południowy zachód, a ze wschodu zbliżał się kolejny P-3C orion, Błękitny Ptak Siedem. Obie maszyny utrzymywały się na niskiej wysokości i miały nadzieję zaskoczyć okręt podwodny, który zatopił już jednego z ich podopiecznych, a drugiego mocno uszkodził.
Rosjanin, przyspieszając, zrobił poważny błąd. Zapewne dostał rozkaz, by dokładnie określić współrzędne konwoju, zaś dane przekazać drogą radiową do innych okrętów podwodnych. A może po prostu chciał przeprowadzić kolejny atak? Mniejsza o intencje; wprawione w ruch pompy reaktora wytwarzały donośny hałas, którego nie potrafił stłumić kadłub. Samoloty namierzyły swymi radarami wysunięty peryskop. Helikopter był bliżej – jego pilot utrzymywał ciągłą łączność z koordynatorem taktycznym na orionie. Jeśli nie popełnią błędu, przeprowadzą podręcznikowy zgoła atak.
– W porządku, Błękitny Ptak, jesteśmy trzy mile od celu. Podaj swoją pozycję.
– Jestem dwie mile za tobą, Papa-Jeden-Sześć. Włączaj. Operator włączył aktywny sonar. Z umieszczonego w nosie śmigłowca transmitera popłynęła wiązka fal.
– Kontakt, mamy kontakt radarowy. Namiar: jeden-sześć-pięć. Odległość: jedenaście tysięcy metrów.
– Detektor anomalii magnetycznych! – pilot otworzył przepustnice samolotu i runął w kierunku celu.
– Już go mamy – odparł szybko Tacco.
Siedzący za nim podoficer uzbroił torpedę, nastawiając wstępnie jej system poszukiwania na głębokość trzydziestu pięciu metrów.
Helikopter zapalił światła antykolizyjne, które w mroku rozbłysły krwistą czerwienią. Nie było sensu dłużej kryć swej obecności. Okręt namierzył już ich sygnały radarowe i zapewne szykował się do gwałtownego zanurzenia. Ale to wymagało czasu. A Rosjanin miał go stanowczo za mało.
– Detektor, detektor, marker dymowy! – krzyknął główny operator.
W mroku wprawdzie trudno było dostrzec smugę dymu, ale zielony płomień flary stanowił znakomite światło ostrzegawcze. Helikopter odleciał w lewo, robiąc miejsce znajdującemu się już tylko pięćset metrów za nim orionowi. P-3C włączył potężny szperacz świetlny i wyłowił z ciemności kilwater zostawiony przez sterczący z morza peryskop.
Detektor anomalii pracował bezbłędnie. Otworzyła się komora bombowa i do wody spadła torpeda, a tuż za nią pława sonaru.
– Kontakt sonarowy potwierdza obecność okrętu podwodnego! – odezwał się przez interkom operator hydrolokatora.
Na wideoskopie pojawił się liniowy zapis dźwięków wydawanych przez pędzącego na pełnych obrotach novembera; mknąca torpeda zostawiała na ekranie serie wyskoków.
– Podchodzi do celu bardzo szybko… Dobrze to wygląda, Tacco, bliżej… bliżej. Trafiła!
Kurs torpedy nałożył się na kurs umykającego okrętu podwodnego i na ekranie monitora kaskad pojawiła się jaskrawa plama. Operator na orionie przełączył pławę sonarową z systemu aktywnego na pasywny, rejestrując eksplozję głowicy bojowej. Dźwięk śrub okrętu podwodnego urwał się, potem słychać było ostry syk powietrza. Ustał bardzo szybko i jednostka zaczęła swoje ostatnie zanurzenie.
– Trafiony! Trafiony! – triumfował Tacco.
– Potwierdzenie trafienia – powiedział Morris przez radio. – Dobra robota, Błękitny Ptak. Szybka akcja!
– Przyjąłem, „Pharris". Dziękuję, sir. Wasz helikopter i hydrolokacja naprowadzili nas wspaniale. Znów bardzo nam pomogliście. Powinniśmy cię, kapitanie, popodrzucać w powietrze.
Morris przeszedł w kąt pomieszczenia i nalał sobie filiżankę kawy. Cóż, pomogli ustrzelić dwa radzieckie okręty podwodne.
Taktyczny nie wykazywał tyle entuzjazmu.
– To był bardzo głośny foxtrot i nieco przygłupi november. Myśli pan, że miały polecenie wyśledzić konwój, ewentualnie go zaatakować i dlatego nam się udało?
– Może – skinął głową Morris. – Skoro Iwan polecił kapitanom tak postępować… cóż, lubi wszystkim sterować centralnie. Ale kiedy przekona się, ile go to kosztuje, z pewnością przestanie to lubić.
McCafferty też miał cel. Tropili go już od ponad godziny i sonarzyści gorączkowo starali się odróżnić na swych obrazowych wykresach przypadkowe hałasy od nieciągłego sygnału. Dane przesyłali natychmiast do sekcji ogniowej, a w centrum bojowym czwórka mężczyzn bez przerwy nachylała się nad stołem, na którym sporządzano nakresy.
McCafferty wiedział, że załoga jest niezadowolona. Najpierw ten pożar w doku, potem rozkaz opuszczenia Morza Barentsa w najmniej odpowiedniej chwili. Do tego doszedł atak własnego samolotu… czyżby „Chicago" był pechowym okrętem? Wprawdzie szefowie i kadra oficerska nie powinni takich rzeczy traktować serio, ale ostatecznie byli marynarzami, a ludzie morza zawsze wierzyli w coś takiego jak szczęście. Jeśli nie masz szczęścia, nie możemy razem pływać, powiedział kiedyś o pewnym okręcie słynny admirał. McCafferty wielokrotnie słyszał tę historię. Jemu też szczęście nie dopisywało. Kapitan ruszył do stołu nakresowego.
– I co się dzieje? – zapytał
– Namiar niewiele się zmienił. Okręt musi być bardzo daleko. Mogą nas dzielić od niego aż trzy strefy konwergencyjne. Odległość może wynosić nawet siedemdziesiąt mil. Nie zbliża się do nas. Kiedy minie strefę, chyba w ogóle stracimy kontakt. – Pierwszy oficer wykazywał już oznaki zmęczenia. – Kapitanie, moim zdaniem tropimy podwodny okręt atomowy. Zapewne jeden z tych głośniejszych. Panują wyśmienite warunki akustyczne, więc mogliśmy go usłyszeć przez trzy strefy konwergencyjne. Założę się, że robi dokładnie to samo co my: patroluje swój sektor. Do licha, zapewne porusza się bez przerwy w tę i we w tę. Też dokładnie jak my. Przemawiają za tym nieznaczne tylko zmiany pozycji.