Выбрать главу

Do Islandii dotarło już dwadzieścia pięć myśliwców Mig-29. Cztery z nich były ciągle w powietrzu, chroniąc bazy w czasie, gdy wojsko przejmowało władzę nad coraz nowymi partiami wyspy.

Nalot B-52 wyrządził duże szkody. Zniszczeniu uległ główny radar, ale tego dnia dostarczono już drogą lotniczą inny, dużo nowocześniejszy, ruchomy zestaw, którego pozycję obecnie zmieniano dwa razy na dobę. Pułkownik marzył o samolocie radiolokacyjnym, ale wiedział, że poniesione w Niemczech ogromne straty znacznie zmniejszyły liczbę tego typu maszyn. Mimo heroicznej postawy dwóch pułków migów wiadomości o toczącej się tam batalii powietrznej były bardzo niepomyślne. Pułkownik popatrzył na zegarek. Za dwie godziny wystartuje w eskorcie poszukujących konwoju backfire'ów.

Grafarholt, Islandia

– Brytan, widzę na pasach startowych w Reykjaviku sześć myśliwców. Wszystkie mają czerwone gwiazdy. Wszystkie mają podwójne usterzenie pionowe i są uzbrojone w pociski powietrze-powietrze. Dwie wyrzutnie SAM-ów i jakieś działo – wygląda na Gatlinga – umieszczone na pojeździe gąsienicowym.

– To ZSU-30, Ogar. Niedobra wiadomość. Chcemy wszystko o tym kurewstwie wiedzieć. Ile tego jest?

– Tylko jedno, stoi na niewielkim, trawiastym wzniesieniu, kilkaset metrów od głównego terminalu lotniska.

– Myśliwce są razem, czy rozstawione na różnych pasach?

– Rozstawione. Po dwa na każdym. Mały pojazd plus pięciu, sześciu żołnierzy koło każdej pary. Wydaje mi się, że mają tu około setki wojska. Dysponują dwoma transporterami opancerzonymi i dziewięcioma ciężarówkami. Teren lotniska jest bez przerwy patrolowany. Ponadto kilka stanowisk karabinów maszynowych. Rosjanie do przerzucania żołnierzy używają chyba miejscowych samolotów pasażerskich. Widzieliśmy, jak źli chłopcy wsiadają do niewielkiej, dwusilnikowej maszyny. Naliczyłem dziś cztery takie loty. Od wczoraj nie widzieliśmy ani jednego helikoptera.

– A jak wygląda sam Reykjavik?

– Ulice stąd widać kiepsko. Poniżej rozciąga się dolina, więc widzimy samo lotnisko. Miasta nie; wyłącznie kilka przylegających do aeroportu ulic. Na skrzyżowaniu stoi jeden transporter. Kręcą się tam jacyś wojskowi, może gliny, nie wiem. Moim zdaniem, większość żołnierzy zgrupowali w Reykjaviku i Keflaviku. Cywile nieliczni i prawie nie widać samochodów prywatnych. Duży ruch natomiast panuje na głównych arteriach wzdłuż wybrzeża, po zachodniej stronie i na autostradzie 1. To chyba patrole. Na obu autostradach łącznie naliczyliśmy ich pięćdziesiąt. I jeszcze jedno. Czasami Rosjanie używają prywatnych aut. Nie widzieliśmy żadnego jeepa, z wyjątkiem paru naszych kursujących po terenie lotniska. A przecież mają chyba coś w rodzaju jeepów, prawda? Zapewne przejęli wszystkie miejscowe wozy terenowe. To bardzo użyteczne pojazdy i widzę, że wiele ich tu jeździ.

– A transporty lotnicze?

– Doszło pięć. Jest ładna pogoda i widzieliśmy, jak przybywają do Keflaviku. Cztery składały się z iłów-76 zaś samoloty ostatniego przerzutu przypominały wyglądem nasze C-130. Nie wiem, co to za maszyny.

– A myśliwce?

– Jeden wystartował przed dwiema godzinami. Powiedziałbym, że odbywają rutynowe loty patrolowe. Są zarówno tu, jak i w Keflaviku. To oczywiście tylko moje przypuszczenie, ale założyłbym się, że tak jest. Pozostałe myśliwce wystartowały jakieś pięć minut temu. Wyglądało to na alarm.

– Wyśmienicie, Ogar. Zrozumiałem. Wasza sytuacja?

– Jesteśmy dobrze ukryci, a sierżant wypatrzył dwie drogi ewentualnego odwrotu. Nikt jeszcze na nas nie zwrócił uwagi. Wygląda na to, że Rosjanie trzymają się terenów gęściej zaludnionych i dróg. Jeśli zaczną się do nas zbliżać, zwijamy manatki i szukamy innej kryjówki.

– Znakomicie, Ogar. Prawdopodobnie dostaniecie polecenie, by opuścić to wzgórze. Dobrze się sprawujecie.

Szkocja

– Chłopak nieźle się spisuje – powiedział major. Był w trochę niezręcznej sytuacji: amerykański oficer w punkcie łączności NATO prowadzonym przez ludzi z brytyjskiego wywiadu, którzy nie dowierzali informacjom Edwardsa.

– Powiedziałbym, że wspaniale – przytaknął starszy Brytyjczyk. Miał tylko jedno oko. Drugie stracił był przed laty. Pozostałym jednak potrafi, skubany, dobrze patrzeć, pomyślał major. – Zauważcie, panowie, jak dokładnie rozgranicza obiektywne obserwacje od własnych opinii.

– Przepowiadacz pogody – parsknął ktoś trzeci. – Powinniśmy tam mieć jakiegoś zawodowca. Kiedy możemy tam kogoś podrzucić?

– Być może jutro. Marynarka chce wysłać ich okrętem podwodnym. Wyraziłem zgodę. Dla spadochroniarzy to trochę niebezpieczne. Na Islandii jest bardzo dużo skał i łatwo przy lądowaniu połamać nogi. Ponadto radzieckie myśliwce… Nie ma pośpiechu. Najpierw przetrzebimy Iwanowi jego samoloty, czym mocno utrudnimy mu życie.

– Zaczynamy dziś w nocy – odparł major. – „Nordycki Młot" w Drugiej Fazie uderzy mniej więcej w czasie lokalnego zachodu słońca.

– Mam nadzieję, że pójdzie lepiej niż Faza Pierwsza, staruszku.

Stornoway, Szkocja

– I jak tu rzeczy stoją? – zapytał Toland swego współpracownika z RAF-u. Na chwilę przed odlotem wysłał do Marthy telegram: CZUJĘ SIĘ ŚWIETNIE. CHWILOWO JESTEM NA PLAŻY. UWIELBIAM WAS. Sądził, że to wystarczy i uspokoi żonę. Prawdopodobnie informację o uszkodzeniu lotniskowca zamieściły już wszystkie gazety.

– Mogło by być lepiej. Gdy próbowaliśmy pomóc Norwegom, straciliśmy osiem tornado. Obecnie dysponujemy minimalną, niezbędną do obrony liczbą tych samolotów. Iwan zaczął atakować nasze północne instalacje radarowe. Wprawdzie niezmiernie mi przykro z powodu tego, co przytrafiło się pańskiemu lotniskowcowi, ale muszę przyznać, że bardzo rad jestem z tego, że wasze załogi przysłano do nas.

Myśliwce przechwytujące i samoloty radarowe z „Nimitza" rozmieszczone zostały w trzech bazach RAF-u. Na okręt ciągle przybywały samolotami transportowymi ekipy remontowe i rakiety do obrony okrętu, a każdy F-14 był w pełni uzbrojony. Samoloty mogły używać zastępczo brytyjskich pocisków Sparrow. Z bazy lądowej myśliwiec potrafił zabrać większy ładunek broni i paliwa niż z okrętu. Załogi były w paskudnych nastrojach. Najpierw użyto ich maszyn i drogocennych pocisków do walki z nieszkodliwymi rakietami. Potem, po powrocie, piloci ujrzeli skutki tej pomyłki. Ciągle nie znana, była liczba zabitych, ale z „Saipana" uratowało się zaledwie dwieście osób, a z „Focha" – tysiąc. Pod względem liczby ofiar była to największa porażka, jakiej kiedykolwiek doznała marynarka Stanów Zjednoczonych. Tysiące poległych i ani jedna maszyna wroga nie została zestrzelona dla wyrównania strat. Jedynie francuskie, dwudziestoletnie crusadery stawiły czoło backfire'om, odnosząc sukces tam, gdzie zawiodły dumne tomcaty.

Toland uczestniczył właśnie w pierwszej odprawie zorganizowanej przez RAF. Piloci amerykańskich myśliwców siedzieli w grobowym milczeniu. Nie potrafili ukryć tego, co ich nurtowało. Żadnych żartów. Żadnych szeptów. Żadnych śmiechów. Wiedzieli, że w niczym nie zawinili, że nie był to ich błąd, ale to nie zmieniało sprawy. Byli wstrząśnięci losem, jaki spotkał ich okręt.

To samo czuł Toland. Cały czas miał przed oczyma gruby na dziesięć centymetrów pokład rozdarty niczym celofan; czarną dziurę w miejscu, gdzie mieścił się pokład hangarowy. I rząd worków – a w nich ciała poległych na pokładzie najpotężniejszego okrętu wojennego na świecie.

– Komandorze Toland – lotnik poklepał go po ramieniu – może pan pójść ze mną?

Udali się do pokoju operacyjnego. Bob natychmiast spostrzegł, że nanoszono tam właśnie na nakres kolejny nalot. Oficer operacyjny w stopniu porucznika skinął na Tolanda.