– Pułk, zapewne niecały. Jeden z waszych EP-3 złapał ich transmisję radiową, kiedy w powietrzu, na północ od Islandii, uzupełniali paliwo. Prawdopodobnie zamierzają napaść na jeden z tych konwojów.
– I chcecie, by tomcaty zastawiły na nich pułapkę, gdy będą już w drodze powrotnej? Trudno to wszystko zgrać.
– Zgadza się, bardzo trudno. To kolejna komplikacja. Korzystają z Islandii jako punktu orientacyjnego i bezpiecznego miejsca zbiórki. Dostaliśmy raport, że Iwan ma tam myśliwce. Operują na dwóch lotniskach.
– Raport pochodzi ze źródła zwanego Ogar?
– Och, słyszał już pan o tym? Tak, zgadza się.
– Jakie to myśliwce?
– Chłopak doniósł, że mają podwójne usterzenie pionowe. Mogą to być migi: 25, 29 lub 31.
– Fulcrumy – mruknął Toland. – Reszta to myśliwce przechwytujące. Czy B-52 nie przyjrzały się im bliżej?
– One wszystkie są do siebie podobne. Ale zgadzam się, że to prawdopodobnie fulcrumy i że najważniejszą rzeczą dla Iwana są myśliwce. Dzięki nim ustali bezpieczny korytarz powietrzny dla swoich bombowców.
Odprawa, którą był opuścił Toland, dotyczyła akcji RAF-u przeciw Keflavikowi. Poprawiło to nieco zwarzone humory amerykańskich pilotów.
– W powrotnej drodze będą musiały zapewne tankować… Uderzyć na tankowce powietrzne?
– Myśleliśmy o tym. Ale to miliony mil kwadratowych oceanu. Prawie niemożliwe, by całą operację zgrać w czasie. Niemniej w przyszłości pomyślimy i o tym. Na razie musimy zająć się naszą obroną powietrzną. Ponadto Iwan planuje zapewne desant morski na Norwegię. Jeśli pojawi się rosyjska flota, musimy ją przygwoździć.
– Kapitanie, grozi nam nalot – poinformował pierwszy oficer. – Około dwudziestu pięciu backfire’ów. Cel nieznany.
– No cóż, na pewno dwudziestoma pięcioma maszynami nie zaatakują grupy lotniskowców. Okręty mają przecież osłonę myśliwców NATO. Gdzie są teraz ci Rosjanie?
– Chyba nad Islandią. Trzy do pięciu godzin lotu od nas. Nie tworzymy wprawdzie największego w okolicy konwoju, ale jesteśmy najbardziej na widoku.
– Może szukają jakiegoś innego celu. Choć nie sądzę. Nasze statki wiozą przecież materiał wojskowy…
Konwój dysponował zaledwie pięcioma okrętami z wyrzutniami SAM-ów i stanowił bardzo łatwy cel.
– Smugi kondensacyjne, Brytan. Widzimy na niebie smugi kondensacyjne. Około dwudziestu. Właśnie się pojawiły.
– Potrafisz określić typ maszyn, które je zostawiają?
– Nie. Ogromne samoloty, na skrzydłach nie mają silników. Nie wiem, jaki to typ. Lecą bardzo wysoko i kierują się na południe. Trudno określić ich prędkość, ale nie słyszeliśmy gromu dźwiękowego, który by nastąpił, gdyby przekroczyły prędkość jednego macha.
– Potwierdź ilość – polecił Brytan.
– Dwadzieścia jeden smug kondensacyjnych. Kierunek lotu: mniej więcej jeden-osiem-zero. Jakieś pół godziny temu wszystkie myśliwce z Reykjaviku odleciały na północ. Jak dotąd nie wróciły i nie wiemy, co się z nimi dzieje. Bombowce raczej nie mają eskorty. Poza tym nic nowego.
– Przyjąłem, Ogar. Powiadom nas, gdy wrócą myśliwce. Może da się ustalić jakieś stałe cykle ich lotów. Koniec.
Major odwrócił się do sierżanta.
– Proszę dać to natychmiast na drukarkę. Przelot pułku backfire'ów nad Reykjavikiem potwierdzony; przypuszczalny kurs: jeden-osiem-zero. Możliwa osłona myśliwców… eee… tak, lepiej to również daj.
Centrum łączności NATO było jedną z niewielu placówek pracujących jeszcze normalnie. Satelity telekomunikacyjne, znajdujące się na swych nieosiągalnych dotąd dla wroga, wysokich orbitach nad równikiem, dostarczały informacji do punktów na całym świecie. Tutaj, w Szkocji, mieścił się jeden z głównych „węzłów" łączności wojskowej.
Morris zauważył, iż pogoda sprzyja powstawaniu smug kondensacyjnych. Temperatura i wilgotność panujące na dużej wysokości mogły powodować kondensację gorących wydechów z silników samolotowych. Ogromne, przybliżające dwudziestokrotnie lornety, za pomocą których lustrowano zazwyczaj ze skrzydeł mostka powierzchnię morza, zostały przeniesione na pomost nawigacyjny i umieszczone na samej górze nadbudówki. Obserwatorzy niezwłocznie zaczęli śledzić niebo. Poszukiwali głównie bearów, radzieckich samolotów penetracyjnych, które wynajdywały cele dla backfire’ów. Panowała nerwowa atmosfera. Ludzie byli spięci. Już same okręty podwodne stanowiły wystarczające zagrożenie – po rozbiciu grupy lotniskowców poprzedniego dnia konwój stał się praktycznie bezbronny również wobec ataku z powietrza. Znajdował się zbyt daleko w morzu, by liczyć na pomoc przebywających na lądzie myśliwców.
„Pharris" dysponował tylko najbardziej elementarnymi środkami obrony przeciwlotniczej. Z trudem mógł obronić samego siebie, a o osłonie innych jednostek nie było w ogóle mowy. Dysponujące pociskami woda-powietrze okręty ustawiły się w linii po północnej stronie konwoju – dwadzieścia mil na południe od „Pharrisa", który kontynuował poszukiwania łodzi podwodnych. Wszystko, co fregata mogła uczynić, to obserwować wskazania instrumentów i przekazywać drogą radiową wszelkie informacje.
Załoga była przekonana, że Iwan dysponuje zainstalowanymi na bearach radarami Big- Bulge, których zadanie stanowiła lokalizacja i klasyfikacja celów. Z rozkazu dowódcy konwoju jednostki zaopatrzone w SAM-y miały sformować dodatkowy rząd i pozorować, iż są nie uzbrojonymi statkami handlowymi. Przy odrobinie szczęścia jakiś bardziej ciekawski bear może chwycić przynętę i zdecydować się na identyfikację wzrokową. Wystarczyłby wtedy jeden daleki, celny strzał.
– Mamy kontakt! Radar Big Bulge. Współrzędne: zero-zero-dziewięć. Sygnał słaby.
– Przeocz nas, skurwielu – szepnął oficer taktyczny.
– Niewielka szansa – odparł Morris. – Proszę przekazać wiadomość dowódcy eskorty.
Bear leciał na południe. Zbliżając się do konwoju, w odstępach dziesięciominutowych włączał radar na dwie minuty. Niebawem wykryto kolejny tego typu samolot, tym razem trochę bardziej na zachód. Zespoły zakresowe ustaliły ich pozycje i via satelita przekazały informację wraz z rozpaczliwym wołaniem o pomoc do dowództwa naczelnego Floty Atlantyckiej w Norfolk. Norfolk odebrało wiadomość, a w dziesięć minut później doniosło, że nie jest w stanie udzielić żadnej pomocy.
Na „Pharrisie" przygotowywano się do walki z lotnictwem nieprzyjaciela. Uruchomiono systemy obrony przeciwrakietowej i radar sterujący umieszczonym na rufie działem Gatling. Wszystkie inne radary wyłączono. Operatorzy radiolokacyjni tkwili na swoich posterunkach w centrum informacji bojowej i, w miarę jak napływały dane z antyradaru, w napięciu manipulowali urządzeniami. Od czasu do czasu zerkali na nakres.
– Prawdopodobnie oba beary już nas namierzyły.
– Niebawem pojawią się backfire'y – skinął głową Morris.
Kapitan pomyślał o bitwach morskich podczas drugiej wojny światowej, o których uczył się w akademii: o przewadze Japończyków w powietrzu, o Niemcach używających condorów dalekiego zasięgu do lotów śladem konwojów i przekazywania szczegółowych danych o ich pozycjach do wszystkich zainteresowanych jednostek, o bezradnych aliantach. Nigdy nie przychodziło mu do głowy, że sam kiedyś znajdzie się w podobnych tarapatach. Czyżby po czterdziestu latach miała powtórzyć się podobna sytuacja taktyczna? To absurd – myślał Morris. – Absurd i zgroza.