– Mamy kontakt wzrokowy z bearem. Jest tuż nad horyzontem. Pozycja: dwa-osiem-zero – dobiegło z głośnika.
– Cel za rufą – od razu odezwał się oficer taktyczny. Popatrzył na Morrisa. – Może podleci na odległość strzału.
– Proszę jeszcze nie włączać radaru. Pewnie zastanawia się, czy mamy osłonę rakietową.
– Chyba nie jest aż tak głupi.
– Spróbuje oszacować, czym dysponuje obrona konwoju – odparł cicho Morris. – Na razie nie może jeszcze niczego dostrzec. Poza tym trudno jest z samolotu zidentyfikować rodzaj okrętu. Zobaczymy, na ile okaże się ciekawski…
– Samolot zmienia kurs – zaanonsował głośnik. – Skręca na wschód, w naszą stronę.
– Stanowisko bojowe na prawej burcie! Ster prawo! Cała naprzód! Nowy kurs: jeden-osiem-zero – natychmiast rozkazał Morris. Skręcił na południe, by pchnąć beara bliżej okrętów wyposażonych w broń rakietową. – Namierzyć cel! Gotowość ogniowa! Strzelać natychmiast, jak tylko znajdzie się w zasięgu broni.
„Pharris", zmieniając gwałtownie kurs, zakołysał się na falach. Wraz z okrętem obracało się zgodnie z ruchem wskazówek zegara przednie 1070-milimetrowe działo. Kiedy tylko armata przyjęła właściwe położenie, sterujący nią radar podał współrzędne wrogiej maszyny i długa lufa uniosła się o trzydzieści stopni, kierując się na cel. Działo na rufie zrobiło to samo.
– Cel na wysokości dziesięciu tysięcy metrów, odległość: piętnaście mil; obiekt ciągle się zbliża.
Dowódca eskorty nie wydał jeszcze rozkazów wyrzutniom rakietowym. Niech Iwan pierwszy wystrzeli; potem dopiero przekona się, co ma przed sobą. Historia bitwy z grupą lotniskowców stała się już w konwoju znana. Wielkie rosyjskie pociski powietrze-ziemia były łatwe do zestrzelenia, gdyż leciały do celu prostym torem. Niemniej należało reagować szybko. Rakiety te osiągały wielką prędkość.
Dowódca obrony doszedł do przekonania, że bear wciąż jeszcze prowadzi namiary i nie zna siły eskorty. Im dłużej pozostanie w niewiedzy, tym lepiej. Backfire'y mogą nie mieć wystarczającej ilości paliwa na to, by długo wałęsać się z dala od swoich baz. Gdyby jednak bear zbliżył się wystarczająco…
– Rozpocząć ostrzał! – zawołał Taktyczny.
Działo „Pharrisa" przeszło na automatyczne sterowanie ogniem, wystrzeliwując pociski w odstępach dwusekundowych. Bear znajdował się jeszcze daleko i szansa trafienia była nikła, mimo tego należało go postraszyć. Pierwsze pięć pocisków spadło zbyt blisko; eksplodowały dobrą milę przed samolotem. Trzy następne były już dużo celniejsze. Jeden z nich wybuchł zaledwie dwieście metrów od lewego skrzydła maszyny. Radziecki pilot instynktownie skręcił w prawo. Popełnił błąd. Nie zdawał sobie sprawy, że najbliższy rząd „handlowców" dysponował bronią rakietową.
Parę sekund później poszły dwie rakiety i bear natychmiast znurkował. W powietrzu rozbłysnął deszcz aluminiowych blaszek, a maszyna zaczęła nadlatywać wprost na „Pharrisa". Dało to załodze działa kolejną szansę. Wystrzeliła ponad dwadzieścia pocisków. Zapewne dwa z nich eksplodowały wystarczająco blisko, by uszkodzić bombowiec. Ale nie było widać skutków. Potem nadleciały rakiety; cienkie, białe strzały, wlokące za sobą warkocze siwego dymu. Jedna zboczyła z trasy i eksplodowała w wirujących w powietrzu blaszkach. Druga wybuchła w odległości stu metrów od maszyny. Głowica bojowa rozprysła się na tysiące pędzących z szaleńczą szybkością odłamków. Kilkanaście trafiło w lewe skrzydło beara. Jeden z potężnych silników turbośmigłowych umilkł. Skrzydło również zostało mocno uszkodzone. Pilot zdołał jakoś opanować maszynę, która znalazła się poza zasięgiem dział „Pharrisa", i samolot, ciągnąc za sobą kolumnę dymu, odleciał na północ.
Drugi bear cały czas trzymał się daleko. Dowódca radzieckiej eskadry dostał już od oficera wywiadu wszelkie potrzebne informacje.
– Kolejne radary – ostrzegł technik urządzenia wykrywającego.
– Dziesięć… liczba wzrasta. Czternaście… osiemnaście – liczył operator radiolokatora.
– Cele na współrzędnych: zero-trzy-cztery. Odległość: sto osiemdziesiąt mil. Cztery, teraz pięć… już sześć obiektów. Kurs: dwa-jeden-zero. Szybkość: sześćset węzłów.
– To backfire'y – odezwał się Taktyczny.
– Kontakt radarowy! – przyszedł kolejny meldunek. – Wampir! Wampir! Mamy nadlatujące rakiety!
Morris skurczył się w sobie. Okręty wojenne włączyły wszystkie nadajniki radarowe. Na spotkanie nadlatujących pocisków ruszyły rakiety. „Pharris" w tej grze nie brał udziału. Kapitan polecił skierować go z pełną prędkością na północ i wyjść z prawdopodobnego zasięgu wrogich pocisków.
– Backfire'y zawracają. Bear ciągle na tej samej pozycji. Odbieramy przez radio jakiś świergot. Nadlatują dwadzieścia trzy rakiety. Współrzędne zmienne – powiedział Taktyczny. – Wszystkie mierzą w konwój. My chyba jesteśmy już w bezpiecznej odległości.
W centrum informacji bojowej słyszeć się dało westchnienie ulgi. Kapitan popatrzył na ekran radaru. Rakiety nadlatywały z północnego wschodu, a na ich spotkanie mknęły SAM-y. Konwój dostał polecenie rozproszyć się i statki handlowe całą mocą silników uciekały obecnie ze strefy zagrożenia. Z dwudziestu trzech radzieckich pocisków dziewięć przedarło się przez ścianę SAM-ów i znurkowało w stronę statków. Siedem trafiło w cel.
Siedem statków zatonęło. Niektóre uległy natychmiastowemu zniszczeniu w wyniku uderzenia tysiąckilogramowych głowic bojowych. Załogi innych miały czas opuścić pokład. Z Delaware wyruszyło trzydzieści jednostek. Pozostało z nich dwadzieścia, a od Europy dzieliło je tysiąc pięćset mil otwartego oceanu.
Dwóm backfire’om skończyło się wcześniej paliwo i musiały lądować w Keflaviku. Potem nadleciał uszkodzony bear i w oczekiwaniu na zwolnienie pasa kołował nad Reykjavikiem. Edwards w raporcie określił go jako „uszkodzony samolot turbośmigłowy". Słońce stało nisko nad północno-zachodnim horyzontem, więc kadłub beara lśnił żółto na tle kobaltowoniebieskiego nieba.
– Pozostań na nasłuchu Ogar – polecił Brytan.
Trzy minuty później porucznik i jego ludzie zrozumieli, dlaczego.
Tym razem nie było żadnych samolotów z radiostacjami zagłuszającymi, które ostrzegłyby Rosjan. Osiem FB-111 przemknęło nisko nad skałami na południowy zachód od pokrytego górami środka wyspy i przeleciało dwójkami wzdłuż dna doliny Selja. Ich zielonoszary, ochronny kolor czynił je prawie niewidzialnymi dla krążących w górze myśliwców. Prowadząca para skręciła prosto na zachód, kilometr za sobą mając kolejną dwójkę. Pozostałe cztery maszyny okrążyły Mount Hus od południowej strony.
– O kurwa! – Smith pierwszy zauważył dwa pędzące na południe z opętańczą szybkością stateczniki ogonowe. W chwili, kiedy dostrzegł je Edwards, prowadząca maszyna wystrzeliła właśnie parę sterowanych telewizyjnie bomb. Drugi samolot uczynił to samo. Cztery rakiety spadły na stację transformatorową. Wszystkie światła w okolicy pogasły jak na dany znak. Druga para aardvarków z rykiem pomykała nad autostradą 1. Mignęła ponad dachami Reykjaviku i runęła w stronę wyznaczonych celów. Pierwszy wystrzelił rakiety, a drugi skręcił w lewo, w stronę składów paliwa znajdujących się na lotnisku. Sekundę później eksplodowała wieża kontrolna i hangar, zaś rockeye'e roztrzaskały zbiornik z paliwem.
Zdezorientowani Rosjanie otworzyli ogień zbyt późno. Obrona radziecka w Keflaviku również została kompletnie zaskoczona. Najpierw przez nagły brak dopływu prądu, a następnie przez bombowce, które z rykiem nadleciały minutę później. Tutaj także głównymi celami stały się wieża kontrolna i hangary. Po trafieniu tonowymi bombami rozpadły się jak domki z kart. Druga dwójka dostrzegła stojącą na pasach parę backfire'ów i towarzyszący im pojazd z wyrzutnią rakietową. Poleciały w dół rockeye'e. W międzyczasie myśliwce FB-111 już pędziły na dopalaczach na zachód, a za nimi gnały pociski artylerii przeciwlotniczej, rakiety i… myśliwce. Na odlatujące varki, których ochronne zagłuszacze wypełniały powietrze elektronicznym jazgotem, spadło z nieba sześć fulcrumów.