Zrzuciwszy ładunek, amerykańskie bombowce pomknęły na wysokości zaledwie trzydziestu metrów nad falami morskimi z szybkością siedmiuset węzłów.
Dowódca myśliwców nie mógł ich przegapić. Wiedział już, co wydarzyło się w Keflaviku i z furią myślał, że w tym czasie jego samoloty, nieświadome wydarzeń na ziemi, krążyły sobie spokojnie po niebie. Fulcrumy miały niewielką przewagę szybkości. Znajdowały się już ponad sto mil od brzegu, kiedy ich radary zgasły na skutek działania amerykańskich antyradarów. Dwa myśliwce natychmiast wypuściły rakiety i samoloty NATO, aby je stracić, wykonały gwałtowny skok w górę, a następnie w dół. Jeden z FB-111, trafiony rakietą, młynkiem spadł do wody. Rosjanin gotował się do kolejnej salwy, kiedy w jego maszynie zapłonęły systemy ostrzegania.
Cztery amerykańskie phantomy przygotowały zasadzkę. W jednej chwili w stronę fulcrumów pikowało osiem rakiet Sparrow. Rosjanie musieli umykać. Migi-29 ostrym przechyłem na skrzydła skręciły i ruszyły na dopalaczach w stronę Islandii. Jeden został strącony, drugi uszkodzony. Bitwa trwała pięć minut.
– Brytan, tu Ogar. Elektrownia przestała istnieć! Varki zrównały ją z ziemią. Na południowo-zachodnim skraju lotniska ściana ognia, a wieża rozcięta na pół. Dwa hangary roztrzaskane. Widzę dwa, a może i trzy płonące samoloty cywilne. Myśliwce wystartowały pół godziny temu. Stacja paliw płonie jak sto diabłów! Straszne zamieszanie – Edwards obserwował tuzin wozów bojowych, które jak oszalałe, z zapalonymi reflektorami jeździły w obie strony szosy. W odległości kilometra dwa zatrzymały się i wyskoczyli z nich żołnierze. – Brytan, myślę, że musimy opuścić to wzgórze.
– To zrozumiałe, Ogar. Idźcie na północny wschód, na wzgórze 482. Spodziewamy się, że będziecie tam za dziesięć godzin. Uciekajcie, chłopcy!
– Czas w drogę – Smith podał porucznikowi plecak i skinął na żołnierzy. – Myślę, że możemy zapisać sobie punkt.
Migi wylądowały na najdłuższym, nie uszkodzonym pasie jeden-osiem. Jeszcze się dobrze nie zatrzymały, a już obsługa naziemna zaczęła odwracać je w stronę przeciwną, aby przygotować maszyny do kolejnej operacji. Pułkownik zdziwił się, stwierdziwszy, że komendant bazy jeszcze żyje.
– Ile strąciliście, towarzyszu pułkowniku?
– Wynik remisowy: jeden-jeden. Wasze radary nic nie wykazały?
– Nic. Najpierw uderzyli na Reykjavik. Nadleciały z północy dwie grupy samolotów. Skurwysyny, musieli trzymać się blisko skał – warknął major. – Zupełnieśmy je przeoczyli. Zdumiewające – wskazał stojący między dwoma pasami startowymi wielki, ruchomy radar. – Należy go niezwłocznie przesunąć. Gdzieś wyżej. Bardzo wysoko. Nigdy nie doczekamy się samolotu radiolokacyjnego, a jeśli nie zorganizujemy tu sobie dobrego systemu ostrzegania radarowego, to szybko nas stąd wykurzą. Znajdźcie jakieś odpowiednie wzgórze. Duże szkody?
– Bombki rockeye porobiły w pasach masę dziur. Załatamy je w ciągu dwóch godzin. Przez utratę wieży straciliśmy zdolność operowania większą liczbą samolotów jednocześnie, a ponieważ nieczynna jest elektrownia, stoi również rurociąg paliwowy i nie działają linie telefoniczne. – Major wzruszył ramionami. – Naprawimy oczywiście to wszystko, niemniej mamy wielki kłopot. Zbyt wiele pracy, zbyt mało ludzi. Rozproszymy nasze myśliwce i inaczej rozwiążemy kwestię paliwa. Z pewnością jego składy będą celem kolejnych nalotów.
– Nie sądzicie, towarzyszu, że przyszło im to zbyt łatwo?
Pułkownik spojrzał na dwa płonące stosy, które jeszcze pół godziny wcześniej były dwoma tu-22M backfire. Uszkodzony bear schodził właśnie do lądowania. – Wszystko zbyt dobrze skoordynowane w czasie. Złapali nas w chwili, kiedy połowa myśliwców eskortowała bombowce daleko od północnego wybrzeża. Przypadek? Być może, ale nie wierzę w przypadki. Wyślijcie żołnierzy, by solidnie przetrząsnęli okolice bazy. Mogą się tam kręcić jacyś informatorzy. I proszę wzmocnić straże. Ja… co to takiego?
Na betonie, sześć metrów od nich, leżała bombka rockeye. Major wyjął z jeepa plastikową chorągiewkę i umieścił ją przy pocisku.
– Amerykanie nastawiają je czasem na opóźnienie. Moi ludzie przeszukują już teren. Proszę się nie niepokoić, towarzyszu, wszystkie wasze myśliwce wylądowały bezpiecznie. Tamto lądowisko było czyste.
Pułkownik odsunął się parę kroków.
– I co z nimi robicie?
– Mamy już wprawę. Używamy specjalnie przerobionych buldożerów, które spychają je z pasów. Niektóre eksplodują, niektóre nie. Do tych, które zostają, nasi snajperzy strzelają z karabinów.
– A wieża?
– Trzech ludzi stoi na posterunku. Dobrzy fachowcy – major ponownie wzruszył ramionami. – Proszę o wybaczenie, ale mam wiele pracy.
Pułkownik obrzucił jeszcze raz wzrokiem bombkę, po czym odmaszerował w stronę myśliwców. Najwyraźniej nie docenił majora.
– Światło na naszym wzgórzu – odezwał się Garcia.
Cała czwórka przypadła do ziemi. Edwards obok sierżanta.
– Któryś ze skurwieli zapalił papierosa – odezwał się z goryczą Smith. Ostatniego skończył parę godzin wcześniej i odczuwał już dotkliwy głód nikotyny. – Widzi pan teraz, dlaczego zabieramy ze sobą wszystkie śmieci.
– Szukają nas? – odparł pytaniem Edwards.
– Tak sądzę. Atak był przeprowadzony bardzo precyzyjnie. Zastanawiają się, czy nie maczali w tym palców wyspiarze. Dziwię się, że nie wpadli na ten pomysł wcześniej. Mieli chyba zbyt wiele innych zajęć.
– Myśli pan, że mogą nas zobaczyć? – zaniepokoił się Edwards.
– Z odległości trzech kilometrów? Za ciemno, a ponadto palą. Są niedbali. Rozluźnieni, poruczniku. Nie tak łatwo znaleźć w takim terenie cztery osoby. Za dużo gór i skał. Musimy poruszać się bardzo ostrożnie i unikać grani. Jeśli będziemy trzymali się dolin, nie znajdą nas nawet przy pomocy noktowizorów. No żołnierze, w drogę.
Dopalał się ostatni statek handlowy. Marynarze opuścili jego pokład już dwie godziny wcześniej, a on ciągle płonął na zachodnim horyzoncie. Kolejni zabici – pomyślał Edwards. Tylko połowa załogi uszła z życiem. Nie było czasu na dokładniejsze poszukiwania. W konwoju nie płynął żaden statek ratowniczy. Helikoptery wyłowiły z wody wielu rozbitków, ale musiały się zająć przede wszystkim tropieniem okrętów podwodnych. Kapitan otrzymał depeszę, że oriony z Lajes wykryły i prawdopodobnie zniszczyły boomer klasy Echo. Miła wiadomość, lecz wywiad donosił, że w pobliżu kręcą się jeszcze dwa inne.
Utrata Islandii okazała się katastrofą, której skutki dopiero teraz w pełni się ujawniały. Radzieckie bombowce miały swobodny dostęp do wszystkich szlaków handlowych. Przez Cieśninę Duńską przedostawały się kolejne rosyjskie jednostki podwodne, mimo że marynarka NATO wysłała w tamten rejon wiele okrętów pływających w morskich głębinach. Miały odtworzyć barierę – barierę, od której zależał los konwojów. Marynarka i siły powietrzne czyniły wszystko, by ponownie myśliwce zaczęły osłaniać statki przed backfire'ami; wysiłki te ciągle okazywały się niewystarczające. Dopóki Islandia znajdować się będzie w rękach radzieckich, los Trzeciej Bitwy o Północny Atlantyk pozostanie niepewny.