Выбрать главу

Z baz morskich na Pacyfiku w San Diego i Pearl Harbour wypływały okręty i kierowały się na południe, w stronę Panamy.

POWROTY

USS „Pharris"

Sytuacja się względnie unormowała: backfire'y ciągle pojawiały się od strony Islandii, ale tego popołudnia zaatakowały inny konwój, zatapiając jedenaście statków handlowych. Wszystkie płynące na wschód formacje skręciły na południe; wybrały dłuższą, lecz za to bezpieczniejszą drogę do Europy. Straty były ogromne – blisko sześćdziesiąt zatopionych jednostek. Teraz więc, by atakować płynące bardziej na południe statki, radzieckie bombowce mogły zabierać tylko po jednej rakiecie zamiast dwóch.

Załoga fregaty była już zmęczona. Od tygodnia prawie trwał nieustanny alarm; cztery godziny snu, cztery godziny służby. Zakłócony został kompletnie cykl dzień-noc. Ludzie jedli nieregularnie, w pośpiechu, a konieczne naprawy i remonty przeprowadzali kosztem snu. Najgorsza była jednak świadomość, że w każdej chwili mógł nastąpić atak spod wody lub z powietrza. Niemniej okręt funkcjonował normalnie, choć Morris zdawał sobie sprawę, że jego załoga dochodzi już do kresu wytrzymałości. A przecież zmęczenie i błędy idą w parze; to tak oczywiste jak grawitacja.

Kapitan miał wątłą nadzieję, że sytuacja niebawem się ustabilizuje. Oficerowie radzili, by się tak nie przejmował; on jednak wiedział swoje.

– Mostek, tu centrala bojowa. Kontakt sonarowy. Być może okręt podwodny. Współrzędne: zero-zero-dziewięć.

– I znów od początku – westchnął dyżurujący przy sterze oficer.

Po raz dwudziesty czwarty w tej podróży marynarze „Pharrisa" ruszyli biegiem na stanowiska bojowe. Tym razem trwało to trzy godziny. Nie dysponowali orionami:, więc sprawą zajęły się przysłane z jednostek eskortowych helikoptery, którymi kierowała załoga Morrisa skupiona w centrum informacji bojowej. Kapitan wytropionego okrętu doskonale znał swój fach. Na pierwsze oznaki, że został namierzony – być może radziecki hydrolokator wykrył obecność helikoptera lub dotarł do niego plusk zrzucanej pławy sonarowej – polecił sprowadzić swą jednostkę na dużą głębokość i rozpoczął serię mylących manewrów; przyspieszał, zwalniał, dryfował, przesuwał się w górę i w dół przez warstwy wodne. Robił wszystko, by przerwać kontakt – ale cały czas kierował się w stronę konwoju. Wcale nie zamierzał uciekać. Obraz okrętu podwodnego to znikał, to znów pojawiał się na zakresach taktycznych „Pharrisa". Ciągle był w pobliżu, ale ani razu nie zdradził swej pozycji na tyle dokładnie, by fregata lub helikopter mogły oddać strzał.

– Znów zniknął – odezwał się z melancholią w głosie oficer ASW. – Dobry, skubaniec.

Zrzucona dziesięć minut wcześniej pława sonarowa wykryła słaby sygnał, przekazywała go przez dwie minuty, po czym straciła namiar.

– Zbyt blisko – dodał Morris.

Jeśli okręt będzie dalej utrzymywać południowy kurs, może znaleźć się w zasięgu aktywnego sonaru fregaty. Aż do teraz Rosjanin nie zdawał sobie sprawy, że „Pharris" jest w tym miejscu. Z obecności helikopterów słusznie wnioskował, że towarzyszą im jednostki nawodne, ale nie spodziewał się fregaty w odległości zaledwie dziesięciu mil na południe.

Morris spojrzał na dowódcę zwalczania okrętów podwodnych.

– Uaktualnijmy profile temperatur.

Trzydzieści sekund później opuścili batytermograf. Instrument mierzył ciepłotę wody i przekazywał dane na ekran w przedziale hydrolokacji. Temperatura wody była najistotniejszym czynnikiem środowiskowym wpływającym na pracę sonaru. Wszystkie okręty nawodne sprawdzały ją od czasu do czasu, lecz podwodne mogły to robić bez przerwy – kolejna trudność w walce z jednostkami tego typu.

– Tam! – wskazał Morris. – Gradient jest dużo silniejszy i z pewnością będą chcieli to wykorzystać. Nie wrócił do głębokiego korytarza i pędzi teraz nad warstwą, a nie pod nią jak należałoby się spodziewać. W porządku…

Helikoptery ciągle zrzucały pławy i w krótkich chwilach, kiedy łapały namiar, ustalono, że okręt uparcie prze na południe, w kierunku „Pharrisa". Morris odczekał dziesięć minut.

– Mostek, tu centrum bojowe, ster prawo. Nowy kurs: zero-jeden-jeden – rozkazał kapitan, kierując okręt prosto na przypuszczalną pozycję wroga. Fregata płynęła z szybkością pięciu węzłów i na spokojnym morzu poruszała się cicho. Załoga centrum informacji bojowej wpatrywała się w ekran na tylnej grodzi, obserwując, jak okręt z wolna schodzi ze wschodniego kursu.

Wykres taktyczny okazał się tu bezużyteczny. Zdezorientowany licznymi, krótkimi informacjami z pław sonarowych – w większości były to alarmy fałszywe – wyliczający pozycję obcej jednostki podwodnej komputer był bezradny. Miał wszak do czynienia ze stoma milami kwadratowymi wody. Morris podszedł do wykresu w rogu pomieszczenia.

– Myślę, że jest dokładnie tutaj – uderzył palcem mapę. – Jakieś uwagi?

– Płynie na płyciznę? To wbrew zasadom – odparł oficer dowodzący zwalczaniem okrętów podwodnych. Jak donosił wywiad, Rosjanie ściśle trzymali się swej doktryny.

– Zobaczymy. Poszukujący system Yankee.

Oficer natychmiast wydał stosowne rozporządzenie. Poszukiwania Yankee polegały na włączeniu aktywnego sonaru fregaty i chłostaniu wody impulsami w celu odnalezienia w niej okrętu podwodnego. Morris zaryzykował. Gdyby przeciwnik znajdował się tak blisko, jak Morris przypuszczał, zdradziłby swoją pozycję i naraził się na atak rakietowy.

Sonarzysta bacznie obserwował ekran. Pierwsze pięć impulsów ultradźwiękowych trafiło w pustkę i promień hydrolokatora zaczął omiatać linię wschód-zachód. Na ekranie natychmiast pojawił się jasny punkt.

– Kontakt, pozytywny kontakt sonarowy. Położenie: zero-jeden-cztery. Odległość: jedenaście tysięcy sześćset metrów. Prawdopodobnie okręt podwodny.

– Ognia! – rozkazał Morris.

Pobudzacz paliwa stałego rakiety ASROC zadziałał niedaleko i, ciągnąc za sobą smugę siwego dymu, poszybował łukiem w niebo. Poruszające się niczym pocisk urządzenie wypaliło w trzy sekundy. Ponad trzysta metrów nad wodą od części nośnej oddzieliła się torpeda. Spadochron wyhamował natychmiast jej impet i śmiercionośna broń runęła w dół.

– Zmienił kurs, sir – ostrzegł sonarzysta. – Cel wykonuje zwrot i zwiększa szybkość. Widzę… o, tam, tam jest nasza rybka. Torpeda w wodzie. Wysyła impulsy sonarowe. Spadła bardzo blisko celu.

Oficer taktyczny jakby tego nie dosłyszał. Dokładnie nad podwodnym okrętem unosiły się trzy helikoptery. Istniała duża szansa, że torpeda rozminie się z celem, a nie można było dopuścić do tego, by stracić z nim kontakt. Taktyczny polecił skręcić w prawo i nastawić antenę sonaru biernego. Okręt podwodny, aby uniknąć trafienia, poruszał się teraz z dużą szybkością i wytwarzał wiele hałasu. Nadleciał helikopter i zrzucił pławę sonarową.

– Dwie śruby i hałas kawitacyjny. Brzmi jak poruszający się z pełną prędkością charlie – oznajmił podoficer z hydrolokacji. – Sądzę, że go dostaniemy.

Torpeda przeszła na ciągłe wysyłanie i odbieranie impulsów ultradźwiękowych. Lekkim łukiem popędziła w dół za umykającym okrętem. Pocisk, kiedy wszedł w warstwę termoklinową, stracił na chwilę cel, ale szybko go odnalazł, ponieważ i ścigany obiekt wpłynął na głębszą, zimniejszą wodę. Rosjanin wystrzelił generator szumów, lecz urządzenie było wadliwe. Natychmiast wprowadził do wyrzutni następne. Było już jednak za późno. Torpeda trafiła w lewą śrubę i eksplodowała.

– W porządku – huknął podoficer przy sonarze. – Eksplozja głowicy bojowej. Mamy skubańca.