– Brytan, tu Ogar, kończy nam się żywność.
– To niedobrze, może dosłać wam trochę pizzy?
– Wesoły, skurwiel – powiedział Edwards, nie przełączając nawet radia. – Co mamy teraz robić?
– Spotkaliście kogoś?
– Przecież żyjemy. Oczywiście, że nie.
– Co widzicie?
– No cóż, w odległości jakichś trzech kilometrów stąd, po północnej stronie, biegnie droga gruntowa. Dalej jest coś w rodzaju farmy, ale trudno powiedzieć, czym obsiane są pola. Na zachód od nas farma owcza, którą minęliśmy, idąc na to wzgórze. Masa owiec. Dziesięć minut temu przejechała ciężarówka. Na zachód. Nie widzieliśmy jeszcze ani jednego samolotu, ale to może się niebawem zmienić. Nieliczni mieszkańcy wyspy, jakich widzimy, trzymają się blisko swoich domów; nie widać również prowadzących stada pasterzy, a farma na północy wygląda na opuszczoną. Drogi jak wymarłe, ani jednego prywatnego auta. Iwan kompletnie sparaliżował życie wyspy. To na razie tyle. Piloci varków wykonali w tej elektrowni kawał dobrej roboty. Została tylko dziura w ziemi. Od chwili nalotu nie widzieliśmy w okolicy żadnego światła elektrycznego.
– Przyjąłem, Ogar. Teraz macie iść na północ, w kierunku Hvammsfjorduru. Musicie zatoczyć szeroki łuk na wschód, by ominąć zamieszkane gęściej tereny. Powinniście zameldować się tam za dziesięć dni. Powtarzam, za dziesięć dni, najwyżej za dwanaście. Poradzicie sobie. Cały czas trzymajcie się pustkowi i unikajcie ludzi. Procedura łączności nie ulega zmianie. O wszystkim, co waszym zdaniem jest godne uwagi, meldujcie. Zrozumiałeś, Ogar?
– Zrozumiałem, Brytan, pod koniec przyszłego tygodnia mamy pojawić się w okolicach Hvammsfjorduru, a w międzyczasie utrzymywać z tobą kontakt. Coś jeszcze?
– Bądźcie ostrożni.
– Hvammsfjórdur? – zapytał Smith. – To całe sześćdziesiąt kilometrów w linii prostej.
– Chcą, byśmy doszli tam, zataczając łuk od wschodniej strony, aby uniknąć kontaktów.
– Trzysta dwadzieścia kilometrów…? Po takim gównie? – ciężkie spojrzenie Smitha mogłoby rozłupać skałę. – Do końca przyszłego tygodnia? Dziesięć lub jedenaście dni?
Edwards ponuro pokiwał głową. Nie spodziewał się, że to tak daleko.
– Nie będzie łatwo, panie Edwards – sierżant wyjął mapę w dużej skali. – Nie mamy nawet obrazu pewnych partii wybrzeża. Do licha, niech pan spojrzy, poruczniku. Grzbiety górskie i rzeki rozchodzą się ze środka wyspy niczym szprychy w kole. Będziemy się musieli sporo wspinać i to nie przez takie łagodne pagórki jak tutaj. Na nizinach są przynajmniej drogi, ale to nie dla nas, prawda?
Potrząsnął głową. Edwards zmusił się do uśmiechu.
– Za ciężko? Myślałem, że wy, marines, macie doskonałą kondycję.
Smith codziennie rano przebiegał osiem kilometrów. Ale nie przypominał sobie, by ten mikrus z sił powietrznych choć raz pojawił się na bieżni.
– W porządku, panie Edwards. Podobno we własnym pocie nikt się jeszcze nie utopił. Żołnierze, w drogę. Czeka nas mała przechadzka.
Rodgers i Garcia wymienili spojrzenia. Słowo „pan" nie było słowem, którym należało zwracać się do oficera, ale Smith uważał, że niekarność liczy się tylko wtedy, kiedy oficer zdaje sobie sprawę, że go obrażają.
Złożenie śmigłowców zajęło trochę czasu. Wielki transportowiec AN-22 dostarczył dwa helikoptery bojowe Mi-24, które nawet dla tego czterosilnikowego potwora stanowiły solidny ładunek. Kolejny ił-76 przywiózł ekipy techniczne i załogi bojowe. Ludzie ci mieli zmontować maszyny, dbać o ich stan techniczny i odbywać loty, W planie istniała poważna luka – pomyślał generał. Jedyny helikopter, który ocalał po ataku rakietowym na „Fućika", był obecnie zepsuty, a w magazynach naturalnie nie znaleźli koniecznych do remontu części. Potrzebowali helikopterów. Wojskowy wzruszył ostentacyjnie ramionami. Żaden plan nie jest idealny. Powinni przysłać więcej śmigłowców, kilka ruchomych stacji radarowych i wyrzutnie SAM-ów. Amerykanie najwyraźniej postanowili maksymalnie utrudnić im okupację Islandii i aby pokrzyżować ich plany, należało dysponować znacznie większą ilością sprzętu…
Ponadto wszędzie panoszyły się te sukinsyny z KGB. Musimy spacyfikować wyspę – oświadczyli. Zupełnie jakby Islandczycy nie zachowywali się wystarczająco biernie. Jak dotąd nie było żadnego przypadku oporu – rozmyślał generał, przypominając sobie czasy Afganistanu. W porównaniu z tamtym górzystym piekłem Islandia wydawała się rajem. Ale dla KGB to za mało! Niekulturni barbarzyńcy! Towarzysze z KGB wzięli tysiące zakładników po to tylko, by przekonać się, że w tym kraju nie ma tylu cel. I teraz cała kompania moich spadochroniarzy – zżymał się generał – musi pilnować tych nieszczęsnych, nieszkodliwych ludzi. Miał jednak surowy rozkaz współpracować z ekipą KGB. Kto nie współpracuje z KGB, jest wrogiem. W terenie najczęściej spotykało się patrole tej właśnie instytucji.
Generał Andriejew zaczynał się niepokoić. Twardzi spadochroniarze nie byli najlepszymi dozorcami więziennymi. Mieli łagodnie odnosić się do Islandczyków, po czym zmieniono rozkazy, zmuszając żołnierzy do brutalnego traktowania mieszkańców wyspy, co z kolei wywoływało tylko wrogość wyspiarzy. Rosjanie słyszeli już okrzyki radości Islandczyków, kiedy odleciał ostatni amerykański bombowiec. Absurd – pomyślał generał. – Przecież to oni stracili światło elektryczne; myśmy niczego nie stracili. A jednak cieszą się z nalotu. A wszystko z powodu KGB. Cóż za głupota. Zmarnowana okazja. Rozważał nawet pomysł, by zaprotestować w centralnym dowództwie w Moskwie. Ale po co? Oficer, który nie żywi przyjaźni dla KGB, nie żywi przyjaźni dla samej Partii.
Z zadumy wyrwał go skowyczący dźwięk wysokoprężnych silników. Pierwszy helikopter Mi-24 hind włączył wirnik. Dokonywano próby napędu. Od strony śmigłowca nadbiegł jeden z oficerów.
– Towarzyszu generale, jeśli pozwolicie, jesteśmy już gotowi do próbnego lotu. Polecimy na lekko, bez broni. Uzbroimy maszynę po powrocie.
– Doskonale, kapitanie. Spenetrujcie na początek wzgórza w okolicy Keflaviku i Reykjaviku. Kiedy będzie gotów drugi? – zapytał Andriejew.
– Za dwie godziny.
– Wyśmienicie. Dobra robota, towarzyszu kapitanie.
W minutę później ciężki, bojowy helikopter oderwał się od ziemi.
– Padnij! – krzyknął Garcia. Maszyna była daleko, ale bardzo dobrze widoczna.
– Co to za typ?
– Hind. Śmigłowiec atakujący, odpowiednik naszej cobry. To bardzo niedobra wiadomość, poruczniku. Na pokładzie mieści ośmiu żołnierzy, a samolot wyposażony jest w komplet rakiet i działek. Nie ma nawet co myśleć, by go zestrzelić. Skurwysyn, jest uzbrojony i opancerzony jak czołg.
Mi-24 zatoczył koło nad wzgórzem, które właśnie opuścili i skierował się na południe, ku następnemu wzniesieniu.
– Chyba nas nie widział – odezwał się Edwards.
– I bardzo dobrze. Poruczniku, niech pan nie rozkłada na razie radia. Tę wiadomość nadamy później, jak będziemy już daleko stąd.
Edwards skinął głową. Ze studiów na akademii pamiętał wykład dotyczący radzieckich helikopterów: „Nie boimy się Rosjan" – zacytowano wówczas pewnego Afgańczyka. – „Boimy się ich śmigłowców".
Pułkownik Ellington obudził się o szóstej wieczorem. Ogolił się i wyszedł na zewnątrz. Słońce stało jeszcze wysoko. Zastanawiał się nad zadaniem, które miał wykonać tej nocy. Nie należał do osób zawziętych, lecz trudno było mu pogodzić się z tym, że prawie jedna czwarta jego ludzi – mężczyzn, z którymi ciężko pracował przez dwa ostatnie lata – poległa w ciągu minionego tygodnia. Czasy Wietnamu minęły dawno i zapomniał już, iż tam też ponosili ogromne straty. Żołnierze nie mieli nawet czasu żałować zabitych kolegów. W dzień odpoczywali; nieubłagane rozkazy dawały im tylko osiem godzin na sen. W końcu byli nocnymi łowcami, którzy przesypiali całe dnie.