Każdej nocy czarne i zielone stealthy startowały ku wyznaczonym celom, a Rosjanie ciągle nie potrafili wymyślić na nie sposobu. Zamontowane w nosach maszyn kamery przesyłały oficerowi wywiadu skrzydła informacje, jakich w żaden inny sposób nie zdobyłby. Ale jakim kosztem.
No cóż. Pułkownik doskonale zdawał sobie sprawę, że ich odbywane raz na dobę loty są dużo lżejszym obowiązkiem od tego, który spoczywał na barkach załóg pozostałych formacji, a przecież lotnictwo wspierające i osłonowe również ponosi straty. Tej nocy czekało Ellingtona kolejne zadanie. Skoncentrował się na nim siłą woli.
Odprawa trwała godzinę. Miało lecieć dziesięć maszyn. Celów było pięć; po dwa samoloty na każdy. Ellingtonowi, jako dowódcy, przypadła w udziale najtrudniejsza część misji. Źródła wywiadowcze wskazywały, że na zachód od Wittenburga Iwan posiada tajne magazyny paliw, z których korzysta przy atakach na Hamburg. Niemcy chcieli je koniecznie zniszczyć. Towarzyszący Ellingtonowi samolot uzbrojony miał być w durandale, a jego w rockey’je. W tej akcji nie przewidywano osłony lotniczej, a pułkownik ze swej strony sprzeciwił się obecności maszyny z radiostacją zagłuszającą. Dwie jego załogi, które zginęły, miały taką właśnie pomoc, ale zagłuszacze jedynie zaalarmowały radziecką obronę.
Dokładnie przejrzał mapy topograficzne. Teren akcji był nizinny. Żadnych gór czy wzniesień, by się za nimi ewentualnie skryć. Musiał zatem lecieć tuż nad wierzchołkami drzew. Atak należało rozpocząć na tyłach wroga, nadlatując od wschodu. Wiatr wiał z szybkością prawie czterdziestu kilometrów na godzinę, więc jeśli amerykańskie maszyny pojawią się od zawietrznej, obrońcy usłyszą je w ostatniej chwili, kiedy napastnicy zrzucą już bomby…
Prawdopodobnie tak. Po wypełnieniu zadania odlecą na południowy zachód. Czas trwania akcji: siedemdziesiąt pięć minut. Ellington z kolei przystąpił do obliczania niezbędnej ilości paliwa. Do podstawowej ilości benzyny – z uwzględnieniem ładunku bomb – dodał pięciominutową rezerwę dla dopalaczy, gdyby przyszło im stoczyć walkę powietrze-powietrze, oraz dodatkowe paliwo potrzebne na dziesięciominutowe krążenie nad Bitburgiem, gdzie z pewnością czekać będą na zezwolenie na lądowanie. Zadowolony z siebie udał się na „śniadanie". Jedząc tosty, ponownie analizował przebieg akcji. Rozważał każdy szczegół, każdą ewentualną przeszkodę, każde stanowisko SAM-ów, które należało ominąć. Musiał też wziąć pod uwagę rzeczy nieprzewidziane. Jaki wpływ na akcję będzie miał lot tuż nad ziemią? Jak wygląda cel? A jeśli zajdzie konieczność dokonania dodatkowego nalotu? Z którego kierunku go przeprowadzić? Przy posiłku towarzyszył mu milczący major Eisly. Twarz miał nieruchomą, ale w myślach gorączkowo prowadził własne kalkulacje.
Wdarli się nad terytorium Wschodnich Niemiec i po osiemdziesięciu kilometrach skręcili na Rathenow. W powietrzu krążyły wprawdzie dwa radzieckie mamstaye, ale znajdowały się w sporej odległości od granicy i pilnowały ich ruchliwe myśliwce przechwytujące Flanker. Utrzymując cały czas odpowiednią odległość od ich radarów, obie maszyny mknęły nisko nad ziemią, trzymając dokładnie szyk. Kiedy przelatywały nad głównymi szlakami komunikacyjnymi, robiły to zawsze w sporej odległości od właściwego kursu. Unikały miast, osad oraz znanych sobie stanowisk wroga, gdzie czaić się mogły wyrzutnie SAM-ów, Systemy nawigacji inercyjnej nieustannie wytyczały kurs na wykresach map zainstalowanych na tablicach rozdzielczych. Kiedy maszyny skręciły na zachód, odległość od celu zaczęła gwałtownie maleć.
Wittenburg minęli z szybkością dziewięciuset kilometrów na godzinę. Kamery podczerwone pokazały sunące od strony celu samochody-cysterny. Właśnie tam! Między drzewami dostrzegli co najmniej dwadzieścia pojazdów tankujących paliwo z podziemnych zbiorników.
– Cel w zasięgu wzroku. Działać wedle planu.
– Przyjąłem – odparł Cień Dwa. – Też widzę cel.
Duke ostrym skrętem odleciał w lewo, robiąc miejsce dla swego towarzysza, który miał dokonać pierwszego nalotu. Cień Dwa był jedynym samolotem wyposażonym w odpowiednie wyrzutnie masywnych bomb rakietowych, jaki im pozostał.
– Jezu słodki! – ekran Duke'a pokazał prosto na jego kursie wyrzutnię S A-11 skierowaną na północny zachód.
Jeden z samolotów formacji Ellingtona przekonał się – i to w sposób dość tragiczny – że ten typ rakiet dysponuje urządzeniami naprowadzającymi na podczerwień. Pułkownik natychmiast wprowadził maszynę w ostry skręt w prawo. Zastanawiał się, gdzie też może znajdować się reszta baterii. Cień Dwa przemknął nad celem. Pilot uwolnił cztery bomby i runął prosto na zachód. Smugi pocisków artyleryjskich cięły za nim niebo. Za późno…
Francuskie durandale opuściły łożyska i rozsypały się w powietrzu. Uwolnione, zaopatrzone w silniki rakietowe bomby natychmiast przyspieszyły, mknąc prosto ku ziemi. Przeznaczone do niszczenia betonowych pasów startowych stanowiły najskuteczniejszą broń przeciw podziemnym zbiornikom paliwa. W chwili uderzenia bomby nie eksplodowały. Wykonane z utwardzanej stali pociski wgryzały się najpierw na dwa, trzy metry w ziemię i tam dopiero detonowały. Trzy z nich odnalazły zbiorniki. Durandale wyrzuciły w górę setki ton ziemi i płonące paliwo wystrzeliło w niebo.
Przypominało to eksplozję nuklearną. Trzy białe kolumny płomieni biły w powietrze, rozrzucając w promieniu setek metrów fontanny płonącej benzyny. Wszystkie pojazdy zniknęły w ogniu i tylko ludzie znajdujący się z dala od katastrofy wyszli obronną ręką. Wielkie, wykonane z gumy zbiorniki z paliwem eksplodowały parę sekund później. Rzeka płonącego oleju napędowego i gazoliny rozlała się szerokim strumieniem pośród drzew. W ciągu kilku sekund pięć kilometrów kwadratowych lasu przemieniło się w gigantyczną kulę ognia, z której strzelały w powietrze kolejnymi wybuchami następne zbiorniki. Myśliwiec Ellingtona zakołysał się wściekle w podmuchu eksplozji.
– Do diabła – mruknął cicho pilot. Plan zakładał, że bombkami Rockeje podpalą to, co durandale odsłonią.
– Nie sądzę, by rockeye'e były tu jeszcze potrzebne – zauważył Eisly.
Ellington, unikając płomieni i trzymając się możliwie jak najbliżej ziemi, zawrócił.
Zobaczył, że leci wzdłuż drogi.
Głównodowodzący radzieckiego Zachodniego Teatru Wojny był już wściekły, a to, co zobaczył, doprowadziło go wręcz do furii. Odbył właśnie konferencję z dowódcą Trzeciej Armii Uderzeniowej w Zarrentin, podczas której dowiedział się, że atak ponownie ugrzązł pod Hamburgiem.
Dostał szału na wieść, iż jego doborowe jednostki czołgów nie osiągnęły celu. Natychmiast zdegradował dowódcę i wściekły ruszył do swojej kwatery. Widząc, jak trzy główne magazyny paliw wylatują wysoko w niebo, generał zaklął, wstał i odrzucił klapę transportera opancerzonego. Kiedy mrugał oczyma, oślepiony pożarem, dojrzał jakiś czarny obiekt nadlatujący od strony ognistej kuli.
A cóż to takiego? – pomyślał Ellington. Na monitorze telewizyjnym dostrzegł cztery posuwające się w ciasnej kolumnie pojazdy; jednym z nich była wyrzutnia SAM-ów.
Natychmiast uzbroił bomby, zrzucił cztery pojemniki rockeye'ów i zawrócił na południe. Umieszczona w ogonie samolotu kamera bojowa rejestrowała przebieg wypadków.