Rockeye'e otworzyły się, rozsypując bombki, które eksplodowały przy zetknięciu z ziemią.
Głównodowodzący Zachodnim Teatrem Wojny poległ śmiercią żołnierza. Jego ostatnim czynem było wzniesienie lufy karabinu maszynowego i ostrzelanie odlatującego samolotu. Cztery bombki spadły w odległości paru metrów od wozu dowódcy. Ich odłamki z łatwością przeszły przez cienki pancerz, zabijając wszystkich w środku, zanim jeszcze wybuchł główny zbiornik z paliwem, który utworzył kolejną kulę ognia.
Okręt podwodny powoli się wynurzał, obracając spiralnie wokół własnej osi, by hydrolokator mógł dokładnie przeczesać teren. Ciągle nie dopisywało im szczęście, a sytuacja taka, zdaniem McCafferty'ego, nie zachęcała do podejmowania jakichkolwiek ryzykownych akcji. Kiedy okręt znalazł się już na głębokości antenowej, w górę poszedł najpierw maszt wykrywacza radarów, węsząc w poszukiwaniu wrogich sygnałów elektronicznych, następnie peryskop.
Kapitan omiótł szybko wzrokiem niebo, a potem powierzchnię morza. Pierwszy oficer obserwował ten sam obraz na ekranie. Na powierzchni nic się nie działo. Morze było spokojne, fale osiągały wysokość półtora metra, a po błękitnym niebie żeglowały zapowiadające pogodę cumulusy. Słowem, piękny dzień. Z tym tylko, że panowała wojna.
– W porządku. Proszę nadawać – polecił McCafferty.
Nie odrywał oczu od peryskopu. Utrzymywał instrument w ciągłym ruchu, obracał nim, przestawiał kąt ustawienia soczewek, czujny cały czas na niebezpieczeństwo. Podoficer wysunął antenę UHF i w mieszczącej się za centrum bojowym centrali radiowej rozbłysło światło oznaczające gotowość do transmisji.
Na powierzchnię sprowadził ich, przekazany na niezwykle niskiej częstotliwości, sygnał wywoławczy: QZB. Starszy radiotelegrafista włączył nadajnik do sieci i na satelitarnym zakresie UHF nadał hasło: QZB. Czekał na odpowiedź.
Zrazu w eterze panowała cisza. Po długiej chwili operator obrzucił swego współpracownika przeciągłym spojrzeniem i ponowił wezwanie. Znów cisza. Podoficer głęboko odetchnął i spróbował po raz trzeci. Dwie sekundy później kopiarka w głębi pomieszczenia zaczęła drukować zakodowaną odpowiedź. Oficer łączności włożył wiadomość do deszyfratora i niebawem mieli pełny tekst wiadomości:
ŚCIŚLE TAJNE
OD: DOWÓDZTWO OKRĘTÓW PODWODNYCH NA ATLANTYKU
DO: USS CHICAGO
1. 19 CZERWCA 1150 CZASU GREENWICH DUŻA GRUPA AMFIBII CZERWFLOTY OPUŚCIŁA KOLĘ. SIŁY: 10-PLUS JEDNOSTEK AMFIBII MORSKICH ORAZ 15-PLUS ESKORTY BOJOWEJ; M.IN. KIROW, KIJÓW. POTĘŻNE WSPARCIE LOTNICTWA DO ZWALCZANIA OKRĘTÓW PODWODNYCH. SPODZIEWANA OBECNOŚĆ OKRĘTÓW PODWODNYCH I SOWIECKIEGO LOTNICTWA MORSKIEGO. KURS NA ZACHÓD. DUŻA SZYBKOŚĆ.
2. PRZYPUSZCZALNY CEL: BODO.
3. NATYCHMIAST PRZENIEŚĆ SIĘ NA 70 SZEROKOŚCI PÓŁNOCNEJ, 16 DŁUGOŚCI WSCHODNIEJ.
4. WEJŚĆ W KONTAKT BOJOWY I ZNISZCZYĆ. W MIARĘ MOŻNOŚCI RAPORTOWAĆ PRZED ATAKIEM. W REJONIE OPERUJE RÓWNIEŻ LOTNICTWO MORSKIE I OKRĘTY PODWODNE NATO. MOŻLIWOŚĆ WSPARCIA POWIETRZNEGO; NA RAZIE BRAK SZCZEGÓŁÓW.
5. W MIARĘ MOŻNOŚCI DOKŁADNIE ZLOKALIZOWAĆ POŁOŻENIE GRUPY.
McCafferty przeczytał depeszę i bez słowa wręczył ją nawigatorowi.
– Ile czasu będziemy płynąć do celu z szybkością piętnastu węzłów?
– Około jedenastu godzin – nawigator wziął parę cyrkli i zaczął nimi wymierzać coś na mapie. – Jeśli tylko nie dostaną skrzydeł, będziemy tam na długo przed nimi.
– Joe? – McCafferty spojrzał pytająco na pierwszego oficera.
– Podoba mi się to. W tamtym miejscu na głębokości stu osiemdziesięciu metrów dzięki pobliskiemu Golfstromowi i napływającej z fiordów wodzie prądy są nieco szybsze. Nie będą chcieli zbliżać się zanadto do brzegów w obawie przed norweskimi okrętami o napędzie klasycznym. Nie odpłyną też za daleko ze względu na możliwość spotkania z należącymi do Paktu boomerami o napędzie nuklearnym. Mogę się założyć, że wejdą prosto na nas.
– W porządku, schodzimy na trzysta metrów i płyniemy prosto na wschód. Zajmij się przedziałami załogi. Wydaj dodatkowe racje. Potem niech wypoczną.
Dziesięć minut później „Chicago" płynął już kursem zero-ośiem-jeden z szybkością piętnastu węzłów. Posuwając się na dużej głębokości, lecz w stosunkowo ciepłej wodzie, która docierała tu aż z Zatoki Meksykańskiej, okręt był praktycznie niewykrywalny dla hydrolokatorów jednostek nawodnych, a ciśnienie wody tłumiło hałasy kawitacyjne.
Przy tej szybkości maszyny pracowały zaledwie ułamkiem swej mocy i nie trzeba było używać pomp reaktora. Woda chłodząca stos atomowy krążyła normalnym strumieniem, nie powodowała więc większych szumów. „Chicago" znajdował się w najbardziej przyjaznym dla siebie środowisku.
Bezgłośny cień poruszający się w mrocznej toni.
McCafferty spostrzegł, że nastroje załogi nieco się poprawiły. Mieli przed sobą cel. Niebezpieczne zadanie, ale do takich właśnie zostali wyszkoleni. Rozkazy były bardzo precyzyjne. W mesie oficer taktyczny przeprowadził kilka symulowanych przez komputer ćwiczeń w tropieniu wrogich jednostek. Przestudiowano mapy i wyznaczono miejsca, gdzie panowały warunki wyjątkowo niekorzystne dla sonarów. Tam właśnie w razie potrzeby okręt miał znaleźć schronienie. W torpedowni, dwa pokłady poniżej centrum bojowego, marynarze przeprowadzili test elektroniczny pomalowanych na zielono „rybek" Mk-48 oraz rakiet klasy Harpoon w ich białych pojemnikach. Jedna wykazała jakieś usterki i dwóch speców od torped niezwłocznie udało się, by naprawić uszkodzenia. Podobnego przeglądu dokonano wśród drzemiących w pionowych wyrzutniach na dziobie pociskach Tomahawk. Na końcu zespół techników przeprowadził symulowany komputerowo atak torpedami Mk-117.
Po dwóch godzinach każdy system pokładowy funkcjonował bez zarzutu. Marynarze wymieniali między sobą pełne nadziei uśmiechy. W końcu to nie ich wina, że żaden Rosjanin nie był tak głupi, by wejść im w drogę. Niedawno sami przecież ćwiczyli lądowanie na brzegu w Rosji i nikt ich nie wykrył. A ich „stary" to prawdziwy zawodowiec.
Szczerze mówiąc, obiad przebiegał w ciężkiej atmosferze. Trzej rosyjscy oficerowie, których usadzono w końcu stołu, byli w pełni świadomi obecności dwóch uzbrojonych strażników stojących niecałe trzy metry od nich. Ponadto kucharz niedwuznacznie eksponował swój wielki nóż.
Rosjan obsługiwał siedemnastoletni marynarz-gołowąs. Kiedy podawał sałatkę, spoglądał na nich wilkiem.
– Tak zatem nikt z was nie mówi po angielsku? – spytał kordialnie Morris.
– Ja mówię – odpowiedział któryś. – Kapitan polecił mi podziękować panu za uratowanie nam życia.
– Proszę więc przekazać kapitanowi, że na wojnie obowiązują pewne prawa, które dotyczą również morza. Proszę też mu pogratulować bardzo umiejętnego podejścia pod nasz konwój.
W czasie, kiedy Rosjanin tłumaczył kapitanowi odpowiedź, Morris pokropił sałatkę pastą „Thousand Island". Oficerowie amerykańscy wlepiali wzrok w radzieckich gości. Morris starał się zachowywać obojętny wyraz twarzy. Jego kurtuazyjne słowa zdawały się wywierać pożądany efekt. Błyskawiczna wymiana spojrzeń po drugiej stronie stołu.
– Kapitan pyta, jak nas wykryliście. Jak sami mówiliście, wymknęliśmy się waszym helikopterom.
– Zgadza się, wymknęliście się – odparł Morris. – Nie rozumieliśmy waszych manewrów.
– Więc jak nas wykryliście?
– Wiedziałem, że wcześniej zaatakował was nasz orion. Uciekliście więc w naszym kierunku pełną parą. Kąt waszego następnego ataku był łatwy do przewidzenia.