Rosjanin potrząsnął głową.
– Jaki atak? Kto nas atakował? – odwrócił się i mówił coś przez pół minuty.
Musi tu być jeszcze jeden charlie – pomyślał Morris. – Jeśli naturalnie Rosjanin nie blefuje. Należy wśród naszych znaleźć kogoś, kto mówi po rosyjsku, by porozmawiał z radzieckimi marynarzami. Do cholery, czemu nikogo takiego nie mam?
– Kapitan twierdzi, że musicie się mylić. Najpierw wykryliśmy helikopter. Nie spodziewaliśmy się obecności waszej fregaty. Czy to jakaś nowa taktyka?
– Nie, ćwiczyliśmy ten manewr przez lata.
– A zatem jak wykryliście naszą obecność?
– Wie pan, co to takiego hydrolokator z anteną holowaną? Wiedzieliśmy o was na trzy godziny przed tym, zanim otworzyliśmy ogień.
– Wasz sonar jest aż tak czuły? – wytrzeszczył oczy Rosjanin.
– Czasami.
Gdy to zostało przetłumaczone na rosyjski, radziecki kapitan wydał jakiś zwięzły rozkaz i rozmowa ucichła. Morris zastanawiał się, czy technicy podłączyli już podsłuch w pomieszczeniach, w których zostali zakwaterowani jeńcy. Być może uda się w ten sposób zdobyć jakieś informacje użyteczne dla wywiadu floty. Na razie należało wprowadzić dobry nastrój.
– Jakie jest wyżywienie na radzieckim okręcie podwodnym?
– Inne niż u was – odparł radziecki nawigator po konsultacji z dowódcą. – Dobre, ale inne. Jemy odmienne potrawy. Więcej ryb, mniej mięsa. Ponadto pijemy herbatę, nie kawę.
Ed Morris spostrzegł, że jego więźniowie wodzą po stole wyraźnie wygłodniałym wzrokiem. A przecież nawet na „Pharrisie" chłopcy mają za mało świeżych warzyw – pomyślał. W drzwiach mesy pojawił się marynarz. Był to radiotelegrafista i Morris przywołał go skinieniem ręki.
Marynarz wręczył kapitanowi arkusz depeszy: PRACA SPECJALNA WYKONANA. Morris zauważył, że radiotelegrafista zdążył wydrukować to na normalnym formularzu depeszy tak, że nie wzbudziło to żadnych podejrzeń.
Wszystkie pomieszczenia Rosjan były już na podsłuchu. Morris odesłał marynarza i schował blankiet do kieszeni. Bosman w jakiś cudowny sposób odkrył na pokładzie istnienie dwóch butelek mocnej wódki – zapewne u ochmistrza. Kapitan jednak nie próbował dociekać szczegółów. Miał nadzieję, że trunek rozwiąże Rosjanom języki.
GWAŁT
Morris, choć bardzo chciał pomachać nisko lecącemu samolotowi, nie uczynił tego. Samolot patrolowy francuskiej marynarki wojennej zasygnalizował, że konwój znajduje się już w zasięgu osłony powietrznej bazy lotniczej na wybrzeżu. Obecnie tylko bardzo odważny kapitan radzieckiej jednostki podwodnej, mając na karku francuskie okręty głębinowe o napędzie klasycznym i tworzące trójkolorowy parasol nad konwojem samoloty do zwalczania okrętów podwodnych, próbowałby jakiś sztuczek.
Francuzi przysłali helikopter, który zabrał rosyjskich jeńców. Polecieli do Brestu, gdzie czekali już na nich funkcjonariusze wywiadu NATO. Morris nie zazdrościł losu, jaki czekał rozbitków. Francuzi po utracie jednego z lotniskowców nie byli w najlepszych nastrojach. Fregata przekazała im również wszelkie taśmy, jakie zostały nagrane na podsłuchu. Rosjanie po alkoholu dostarczonym przez ochmistrza dużo ze sobą rozmawiali i taśmy mogły posiadać pewną wartość.
Kontrolę nad konwojem przejmowała właśnie eskorta złożona z okrętów brytyjskich i francuskich, a Amerykanie mieli z kolei zająć się czterdziestoma statkami handlowymi zmierzającymi do Stanów Zjednoczonych. Morris stał na skrzydle mostka, spoglądając co chwila na wymalowane przez bosmana, po obu stronach sterowni, dwie połówki sylwetek łodzi podwodnych i jedną całą. „Każda strona musi coś z tego mieć" – wyjaśnił poważnie bosman. Ich dowództwo przyjęło najlepszą taktykę zwalczania wrogich jednostek podwodnych. Z „Pharrisem" jako wysuniętą placówką hydrolokacji i z potężnym wsparciem ze strony orionów alianci wytropili wszystkie radzieckie okręty podwodne, które zamierzały zaatakować konwój, z wyjątkiem jednego. Taktyka ta była bardzo kontrowersyjna, ale na miły Bóg, okazała się nad wyraz skuteczna. Należało ją jednak ulepszyć.
Morris zdawał sobie sprawę, że będzie coraz trudniej. Podczas ich pierwszej podróży Rosjanie zdołali wysłać niewiele jednostek swej licznej floty głębinowej. Obecnie jednak jej główne siły zbliżały się już od Cieśniny Duńskiej. Okręty podwodne NATO, które miały zablokować to przejście, nie dysponowały ani systemem SOSUS do przekazywania współrzędnych zbliżających się jednostek, ani też wsparciem ortonów, spadających niczym sępy na radziecką flotę. Okręty sojuszników mogły zniszczyć wiele radzieckich jednostek. Ale czy wystarczająco wiele? O ile bardziej krytyczny będzie nadchodzący tydzień? Morris wiedział, że w powrotnej drodze muszą nadłożyć pięćset mil, by zatoczyć szeroki łuk na południe – częściowo po to, żeby uniknąć backfire’ów, ale głównie właśnie ze względu na zagrożenie ze strony łodzi podwodnych. Dwie rzeczy – dwa zmartwienia. „Pharris" mógł stawić czoło tylko jednemu z tych niebezpieczeństw.
Utracili trzecią część konwoju; głównych zniszczeń dokonało wrogie lotnictwo. Co na takie straty powie dowództwo? Co czują załogi jednostek handlowych?
Zbliżyli się do konwoju. Kapitan obserwował najbardziej na północ wysuniętą linię statków. Na horyzoncie dostrzegł sygnały wysyłane przez jeden z kontenerowców. Morris podniósł do oczu lornetkę:
DZIĘKUJEMY ZA NIC.
Na jedno pytanie otrzymał właśnie odpowiedź.
– A więc już są – mruknął McCafferty.
Na ekranie ślad był prawie biały, a w paśmie radiofonicznym słyszeć się dawał mocny hałas na pozycji trzy-dwa-dziewięć. Mogła to być wyłącznie radziecka flota zmierzająca do Bodo.
– Jaka odległość? – zapytał McCafferty.
– Co najmniej dwie strefy konwergencyjne, może trzy, kapitanie. Cztery minuty temu sygnał stał się bardzo mocny.
– Czy możemy określić precyzyjnie?
– Nie, sir – potrząsnął głową sonarzysta. – Na razie występuje ogromna ilość nie zróżnicowanych hałasów. Próbowaliśmy wydzielić parę odrębnych częstotliwości, ale nie udało się. Może później. Teraz wiemy tylko tyle, że to potężne stado.
McCafferty skinął głową. Trzecia strefa konwergencyjna znajdowała się dobrych sto mil dalej. Z takiej odległości wszelkie sygnały akustyczne traciły swoje cechy wyróżniające i współrzędne celu można było ustalić wyłącznie w przybliżeniu. Radziecka formacja mogła przepływać kilkanaście stopni w lewo lub w prawo, a to znaczyło całe mile. McCafferty przeszedł do centrum informacji bojowej.
– Płyniemy na zachód. Przez pięć mil prędkość dwudziestu węzłów – polecił.
Było to nieco ryzykowne, ale nie tak znów bardzo. Po dotarciu do celu trafią na niezwykle korzystne warunki wodne, a niewielka zmiana pozycji groziła tylko chwilową utratą kontaktu z celem. Z drugiej strony, precyzyjne określenie odległości da im dużo lepszy obraz taktyczny i umożliwi przekazanie dokładnego meldunku, zanim radziecka formacja znajdzie się na tyle blisko, by przechwycić transmisję. Kiedy „Chicago" płynął szybko na zachód, McCafferty obserwował wskazania batytermografu. Dopóki temperatura nie ulegnie zmianie, będą mieli wyśmienity kanał dźwiękowy. Potem okręt gwałtownie zwolnił i kapitan przeszedł do hydrolokacji.
– Gdzie są teraz?
– Mam ich! Tutaj, dokładnie na pozycji trzy-trzy-dwa.
– W porządku, proszę nanieść to na nakres i przygotować raport – polecił Pierwszemu.
Dziesięć minut później przesłano wiadomość przez satelitę. Odpowiedź brzmiała: ATAKOWAĆ NAJWIĘKSZE.