Выбрать главу

Islandia

Farma odległa była o pięć kilometrów i stała na wielkiej, porośniętej wysoką, ostrą trawą łące. Obejrzawszy budynek przez lornetkę, Edwards ochrzcił go mianem domku z piernika. Była to typowa islandzka farma. Miała białe, pokryte sztukaterią ściany podparte ciężkimi, drewnianymi belkami oraz pomalowane na kontrastowy, czerwony kolor futryny, drzwi, okiennice i ramy okienne. Wysoki, stromy dach przywodził na myśl baśnie braci Grimm. Obok stały obszerne, ale niskie i pokryte darnią obory. Na ciągnącym się prawie kilometr dalej pastwisku nad strumieniem widać było setki dużych, dziwacznie wyglądających, pokrytych gęstą wełną owiec, które teraz spały w trawie.

– Prowadzi do niej droga od szosy – powiedział Edwards i złożył mapę. – Możemy tu zdobyć trochę żywności. Panowie, warto zaryzykować. Ale podchodzimy ostrożnie. Pójdziemy po prawej stronie pod osłoną tej grani. Wynurzymy się dopiero w odległości jakichś ośmiuset metrów od zabudowań.

– W porządku, sir – zgodził się sierżant Smith.

Leżąca dotąd na brzuchach czwórka mężczyzn usiadła, by ponownie założyć plecaki. Ostatnie dwa i pół dnia w całości prawie spędzili na wędrówce i teraz znajdowali się około siedemdziesięciu pięciu kilometrów na północny wschód od Reykjaviku. Był to morderczy wysiłek, zwłaszcza, że cały czas musieli zachowywać czujność i wystrzegać się patrolujących okolicę helikopterów. Sześć godzin wcześniej zjedli ostatnią rację żywności. Niskie temperatury i wysokie na sześćset metrów wzgórza, które musieli bez przerwy pokonywać, wyczerpały ich do cna.

Do ciągłego marszu zmuszało ich kilka rzeczy. Po pierwsze obawa, że dywizja radziecka, której przybycie drogą lotniczą obserwowali, może objąć w posiadanie większą część wyspy. Najgorsze, co mogło ich spotkać, to dostanie się w ręce Rosjan. Dochodził do tego lęk, że zawiodą. Postanowili wypełnić swoje zadanie do końca, a nie ma na świecie gorszego tyrana niż własne postanowienie. Była duma. Edwards musiał dawać podległym sobie ludziom przykład; to zasada wyniesiona z Colorado Springs. Żołnierze piechoty morskiej z kolei nie mogli dopuścić, by jakiś odsunięty od lotów oficerek okazał się od nich lepszy. Tak zatem, wcale o tym nie myśląc, podświadomie, czterech mężczyzn dążyło przed siebie. Robiło to w imię dumy.

– Będzie padać – odezwał się Smith.

– Bardzo dobrze, widoczność jeszcze się zmniejszy – odparł Edwards, ciągle nie podnosząc się z ziemi. – Poczekajmy na deszcz. Jezu, nigdy nie myślałem, że praca w świetle dziennym może być tak uciążliwa. Jest coś niesamowitego w tym nigdy nie zachodzącym słońcu.

– A ja nie mam nawet papierosa – burknął Smith.

– Znowu deszcz? – spytał żołnierz Garcia.

– Znowu – odparł Edwards. – Na Islandii w czerwcu pada średnio przez siedemnaście dni w miesiącu. A poza tym to mokry rok. W przeciwnym razie trawa nie byłaby tak bujna.

– Lubi pan to miejsce? – Garcię tak zdumiała owa możliwość, że zapomniał dodać przepisowego słówka „sir". Islandia niewiele miała wspólnego z Portoryko.

– Mój ojciec łowił homary w okolicach Eastpoint w Maine. Kiedy byłem dzieckiem, jak tylko się dało, wypływałem z nim w rejsy. Tam panowała podobna pogoda.

– Co zrobimy, kiedy już dotrzemy do tego domu, sir? – Smith wrócił do tematu.

– Poprosimy o żywność.

– Poprosimy? – zdziwił się Garcia.

– Poprosimy. I zapłacimy za nią. I uśmiechniemy się ładnie. A na koniec powiemy: „Dziękujemy panu bardzo" – odrzekł Edwards. – Jeśli nie chcecie, by właściciel w pięć minut po naszym odejściu zatelefonował do Iwana, musicie, chłopcy, bardzo zważać na swoje maniery.

Rozejrzał się po twarzach ludzi. Ostatnia uwaga porucznika sprowadziła ich na ziemię.

Zaczęło padać. Po dwóch minutach deszcz przekształcił się w ulewę i ograniczył widoczność do kilkuset metrów. Edwards z wysiłkiem podniósł się z ziemi, dając przykład pozostałym. Ruszyli w dół w chwili, kiedy zakryte chmurami słońce schowało się za wzgórzem po północno-zachodniej stronie. Wzgórze to – nazwali je górą, ponieważ następnego dnia mieli je sforsować – nosiło jakąś swoją miejscową nazwę, ale żaden z Amerykanów nie próbował nawet jej wymówić. Kiedy podeszli do farmy na odległość mniej więcej pół kilometra, było już ciemno, a deszcz jeszcze pogłębiał mrok.

Błysk światła pierwszy dojrzał Smith.

– Samochód! – krzyknął stłumionym głosem i czwórka mężczyzn przypadła plackiem do ziemi, wysuwając odruchowo do przodu lufy karabinów.

– Spokojnie, chłopcy. Ta droga przecina główną szosę i może to tylko… o kurwa! – zakończył przekleństwem Edwards.

Światła minęły skrzyżowanie i zbliżyły się do farmy. Trudno było określić, czy to samochód osobowy, czy ciężarówka.

– Rozproszyć się i uważać.

Smith pozostał z Edwardsem, a obaj żołnierze odpełzli pięćdziesiąt metrów w bok.

Porucznik położył się na brzuchu, łokcie oparł na mokrej trawie i przyłożył do oczu lornetkę. Nie sądził, by ktokolwiek mógł ich dostrzec. Ochronne stroje piechoty morskiej sprawiały, że nawet w ciągu dnia, jeśli nie poruszali się zbyt gwałtownie, byli prawie niewidoczni. Mrok czynił z nich tylko niewyraźne cienie.

– Wygląda na jakiś wóz terenowy. Reflektory są wysoko nad ziemią. Za bardzo podskakują, by mogła to być ciężarówka – pomyślał głośno Edwards.

Światła jadącego powoli samochodu zatrzymały się przed samą farmą i z auta wysiadło parę osób. Jedna z nich stanęła w smudze reflektora.

– O cholera! -warknął Smith.

– Czterech lub pięciu Iwanów. Sierżancie, proszę przywołać Garcię i Rodgersa.

– Tak jest.

Edwards obserwował dom przez lornetkę. W żadnym z okien nie paliło się światło elektryczne. Domyślał się, że całą okolicę zaopatrywała w prąd elektrownia w Artun, której starcia z powierzchni ziemi byli świadkami. W oknach jaśniał jednak jakiś blask. Zapewne świecy lub lampy naftowej. Zupełnie jak u mnie w domu – przypomniał sobie Edwards. Stanęły mu w pamięci częste przerwy w dostawach prądu spowodowane sztormami lub oblodzeniem drutów wysokiego napięcia. Mieszkańcy tego domu zapewne spali. Farmerzy wcześnie chodzą spać i wcześnie wstają – skonstatował w myślach porucznik.

Obserwował przez lornetkę Rosjan. Było ich pięciu i właśnie otaczali dom. Jak rabusie – przyszło mu do głowy. – Szukają… nas? Nie! Gdyby nas szukali, byłoby ich o wiele, wiele więcej; i nie z terenową furgonetką. Interesujące. Wybrali się zapewne na szaber, ale jeśli ktoś… Jezu słodki, przecież w środku są ludzie, pali się światło. Co oni zamierzają?

– Co słychać? – zapytał Smith.

– Mamy tu pięciu Rusków. Zaglądają przez okna do środka i… o, jeden właśnie kopniakiem wywalił drzwi. Nie podoba mi się to, żołnierze… Myślę…

Jego podejrzenia potwierdził krzyk, który rozległ się wewnątrz budynku. Rozpaczliwy krzyk kobiety, który dotarł przez ścianę deszczu, przejął dreszczem wystarczająco zziębniętych już żołnierzy.

– Panowie, podsuńmy się trochę bliżej. Trzymać się razem i uważać jak cholera.

– Po co mamy tam iść? – spytał ostro Smith.

– Bo ja tak mówię – Edwards schował lornetkę. – Za mną.

W oknach budynku pojawiło się nowe światło. Przesuwało się z pokoju do pokoju. Edwards, mocno schylony, w parę chwil znalazł się przy rosyjskim samochodzie, niecałe dwadzieścia metrów od frontowych drzwi domu.

– Jest pan trochę nieostrożny, sir – ostrzegł Smith.

– Jeśli moje przypuszczenia są słuszne, oni też są nierozsądni. Założę się…

Rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Z półmroku dobiegł huk wystrzału, a zaraz potem mrożący krew w żyłach skowyt i drugi wystrzał. Potem następny. I znów krzyk.