Выбрать главу

– Co się tam, do diabła, wyprawia? – wychrypiał Garcia.

Szorstki, męski głos krzyknął coś po rosyjsku. Niebawem drzwi się otworzyły i z domu wyszło czterech żołnierzy. Przez chwilę nad czymś debatowali, po czym, po dwóch, ruszyli do okien, w lewo i w prawo, i zaczęli przez nie zaglądać do środka. Z domu dobiegł kolejny, rozpaczliwy krzyk. Stało się już całkiem oczywiste, co się tam dzieje.

– Ale skurwysyny – mruknął Smith.

– Tak, skurwysyny – przytaknął Edwards. – Cofnijmy się trochę i pomyślmy.

Czwórka mężczyzn cofnęła się o pięćdziesiąt metrów.

– Musimy coś zrobić. Czy ktoś jest innego zdania? – spytał szorstko Edwards. Smith w milczeniu skinął głową, zaintrygowany nieoczekiwaną przemianą, jaka zaszła w poruczniku. – W porządku, zrobimy to bez pośpiechu, ale dokładnie. Pan, Smith, pójdzie ze mną na lewo, a Garcia z Rodgersem w prawo. Idziemy szerokim łukiem i powoli. Dziesięć minut. Jeśli zdołamy wziąć ich żywcem, to dobrze. Jeśli nie, to w łeb. Starajmy się robić jak najmniej hałasu. Jeśli trzeba będzie strzelać, to każdy strzał musi być celny. Zrozumiano?

Edwards rozejrzał się, by zyskać pewność, że Rosjan jest rzeczywiście tylu, ilu policzył. Czwórka amerykańskich żołnierzy zdjęła plecaki, każdy z nich sprawdził zegarek i zaczęli się czołgać po mokrej trawie.

Rozległ się kolejny krzyk, po którym zapadła cisza. Edwards był z tego rad – krzyk go rozpraszał. Pełzli szerokim łukiem, omijając traktor i maszyny rolnicze. Była to ciężka, wysysająca siły z ramion wędrówka. Kiedy dotarli wreszcie w pobliże okna, stał tam już tylko jeden Rosjanin. Gdzie się podział drugi? – pomyślał porucznik. – I co robić? Musisz trzymać się planu. Od ciebie wszystko zależy!

– Proszę mnie osłaniać.

Smith był zdumiony.

– Niech pan wybaczy, sir, ale…

– Proszę mnie osłaniać – powtórzył szeptem Edwards.

Odłożył M-16 i wyszarpnął nóż do walki wręcz. Rosyjski żołnierz ułatwił mu tylko zadanie; stał na palcach i jak zahipnotyzowany zaglądał do wnętrza domu. Gdy Edwards znalazł się o trzy metry od niego, podniósł się z ziemi i zaczął na palcach, krok po kroku, zbliżać się do odwróconego mężczyzny. Teraz dopiero uświadomił sobie, że przeciwnik jest o dobrą głowę od niego wyższy. Jak zdoła go wziąć żywcem?

Wcale nie musiał. Wewnątrz domu nastąpiła najwidoczniej przerwa w spektaklu. Radziecki żołnierz sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów, a następnie odwrócił się nieco, zapalając w skulonych dłoniach zapałkę. Kątem oka dostrzegł skradającego się Edwardsa. Amerykański porucznik bez namysłu runął do przodu z nastawionym nożem. Trafił prosto w gardło. Rosjanin otworzył usta do krzyku, ale Edwards obalił go na ziemię i zadał kolejny cios, wgniatając przeciwnikowi w twarz pięść. Potem przekręcił głowę Rosjanina, nożem wykonał szybki ruch w stronę przeciwną. Ostrze o coś zazgrzytało i radziecki żołnierz znieruchomiał. Porucznik poczuł przypływ adrenaliny. Żadnych emocji. Wytarł nóż o własne spodnie, stanął na zwłokach i zajrzał do domu. Widok, jaki tam ujrzał, zaparł mu dech w piersiach.

– Cześć, chłopcy – szepnął Garcia.

Obaj rosyjscy żołnierze odwrócili się jak na komendę i ujrzeli przy twarzach dwie lufy karabinów M-16. Swoją broń zostawili w samochodach. Ruchem lufy Garcia kazał im się położyć twarzą do ziemi i szeroko rozłożyć ramiona. Rodgers przeszukał ich dokładnie, po czym ruszył w drugą stronę domu.

– Wzięliśmy ich obu żywcem, sir… – powiedział i urwał. Zdumiał go widok krwi na rękach odsuniętego od lotów porucznika.

– Wchodzę do środka – powiedział do Smitha Edwards. Sierżant tylko krótko skinął głową.

– Będę pana kryć stąd. Rodgers, osłaniaj mu plecy.

Porucznik prześliznął się przez na wpół uchylone drzwi. Bawialnia była pusta i ciemna. Zza załomu ściany biło mocne, białe światło i dobiegał dźwięk głośnego sapania.

Edwards zbliżył się tam… i stanął twarzą w twarz z rozpinającym właśnie spodnie Rosjaninem. Nie było na nic czasu.

Edwards wbił mu nóż między żebra, wykręcając przeciwnikowi jednocześnie z szaleńczą siłą prawą rękę. Mężczyzna krzyknął, wspiął się na palce. Zanim upadł do tyłu, próbował jeszcze wyciągnąć własny nóż. Edwards wyszarpnął z rany żelazo i dźgnął ponownie, a następnie zwalił się na Rosjanina w groteskowej, seksualnej pozie. Spadochroniarz próbował zrzucić z siebie porucznika, ale Edwards czuł, iż jest to ostatni, przedśmiertny już wysiłek. Ponownie uderzył. Tym razem trafił w pierś…

Mignął jakiś cień i kiedy porucznik podniósł twarz, ujrzał gramolącego się mężczyznę z rewolwerem w ręku. Pokój eksplodował nagle hukiem.

– Nie ruszaj się, kurwa! – wrzasnął Rodgers, kierując w pierś Rosjanina karabin. Pokój wypełniła grzmiąca salwa, kiedy z lufy wylatywały trzy pociski.

– Nic ci się nie stało, szefie?

Wtedy to właśnie po raz pierwszy tak go nazwali.

– Pewnie, że nie – Edwards wstał z podłogi i popatrzył na trzymanego przez Rodgersa na muszce Rosjanina.

Był goły od pasa, a wokół kostek plątały mu się spodnie. Porucznik podniósł upuszczony przez radzieckiego żołnierza pistolet i popatrzył na człowieka, z którym przed chwilą stoczył walkę. Nie miał wątpliwości, że przeciwnik jest martwy. Na przystojnej, słowiańskiej twarzy zakrzepł wyraz zaskoczenia i bólu; mundur był mokry od krwi. Oczy trupa już stały się szkliste jak marmur.

– Już wszystko dobrze, proszę pani – odwracając głowę, powiedział Rodgers.

Edwards ujrzał ją po raz drugi; teraz leżała rozciągnięta na drewnianej podłodze. Śliczna dziewczyna. Jej wełniana, podarta piżama z trudem zakrywała jedną pierś; reszta jasnego ciała była w kilkunastu miejscach czerwona od krwi. W głębi kuchni porucznik dostrzegł nieruchome nogi innej kobiety. Przeszedł do pokoju, gdzie znalazł trupy mężczyzny i psa.

Pojawił się Smith. Najpierw zlustrował wzrokiem pomieszczenia, a następnie popatrzył na Edwardsa. Oficerek pokazał kły.

– Sprawdzę piętro. Dobry jesteś, szefie.

Rodgers kopniakiem obalił Rosjanina na podłogę i przyłożył mu do krzyża bagnet.

– Rusz się tylko, kurwa, a rozerżnę cię na pół – warknął.

Edwards pochylił się nad leżącą na podłodze blondynką. Miała spuchniętą od bicia twarz i spazmatycznie łapała powietrze. Na oko mogła mieć około dwudziestu lat. Była prawie naga, więc Edwards rozejrzał się wokół i ściągnął ze stołu obrus. Otulił nim dziewczynę.

– Już w porządku. Wstań, proszę, żyjesz kochanie. Jesteś bezpieczna. Już wszystko dobrze.

Dopiero po długiej chwili skierowała wzrok na młodego porucznika. Edwards zadrżał na widok jej oczu. Najdelikatniej jak umiał, dotknął policzka dziewczyny.

– Chodź, wstań z ziemi. Nikt już cię nie skrzywdzi.

Dziewczyna zaczęła gwałtownie drżeć. Otulając ją jeszcze dokładniej serwetą, pomógł Islandce wstać.

– Góra jest czysta, sir – oznajmił Smith i podał szlafrok. – Niech pan jej to da. Zrobili jej coś jeszcze?

– Zabili tatę i mamę. I psa. Podejrzewam, że po tym i ją zamierzali zabić. Sierżancie, proszę się wszystkim zająć. Przeszukać tych Ruskich, zdobyć nieco żywności. Zabierzemy też inne rzeczy, które mogą się przydać. Musimy działać szybko. Trzeba załatwić wiele spraw. Ma pan pakiet pierwszej pomocy?

– Oczywiście szefie, mam – Smith wręczył mu niewielką paczuszkę z bandażami i środkami opatrunkowymi, po czym wyszedł na zewnątrz, do Garcii.

– Chodźmy na górę. Musi się pani doprowadzić do porządku – objął dziewczynę lewym ramieniem i pomógł wejść po stromych, starych, drewnianych schodach. Na myśl o niej ściskało mu się serce. Miała jasnobłękitne oczy, w tej chwili kompletnie pozbawione życia. Tak piękne, że i teraz przyciągnęłyby uwagę każdego mężczyzny. Raz już przyciągnęły – pomyślał z goryczą Edwards.