– Zajmę się tym, sir – powiedział cicho Garcia.
Żołnierz stał za plecami klęczących. Jeden z nich wydawał jakieś dźwięki, ale gdyby nawet nie miał knebla, nic by z tego nie wynikło – i tak nikt z obecnych nie znał słowa po rosyjsku. Rosjanie nie mieli szans. Garcia uderzył z boku, przebijając szyję na wylot najpierw jednemu, potem drugiemu. Obaj upadli. Trwało to bardzo krótko. Żołnierz i porucznik poszli do kuchni umyć ręce.
– W porządku, załadujemy ich do samochodu i odwieziemy na główną szosę. Może zdołamy upozorować wypadek i spalić ciała razem z samochodem. Weźmiemy jakieś flaszki z alkoholem. Zrobimy tak, żeby wyglądało, że się upili.
– Byli pijani, sir – Rodgers pokazał butelkę z przezroczystym płynem.
Edwards obrzucił naczynie szybkim spojrzeniem, ale natychmiast odepchnął od siebie pokusę.
– Pomyślmy. Jeśli moje przypuszczenia są trafne, ci chłopcy pilnowali skrzyżowania; może odbywali tylko patrol. Nie myślę, by Ruscy strzegli każdego skrzyżowania na tej wyspie. Przy odrobinie szczęścia ich przełożeni nie dowiedzą się nawet, że mogło to mieć jakikolwiek związek z nami.
Nikła nadzieja – pomyślał – ale zawsze nadzieja.
– Szefie – odezwał się Smith. – Jeśli chcesz, możemy…
– Wiem. Pan i Rodgers zostaniecie tutaj i zajmiecie się tym. Jeśli znajdziecie jeszcze coś użytecznego, weźcie. Gdy wrócimy, natychmiast zabieramy stąd nasze dupska.
Na tył samochodu załadowali z Garcia pięć trupów, sprawdziwszy uprzednio zawartość auta. Zabrali przeciwdeszczowe peleryny, prawie takie same jak ich własne, oraz parę innych przedmiotów. Potem szybko ruszyli w kierunku autostrady.
Dopisało im szczęście. Na skrzyżowaniu nie było żadnego posterunku zapewne z tego względu, że droga prowadziła donikąd. Rosjanie więc musieli odbywać po prostu patrol, a do farmy udali się na wypoczynek i rozrywki. Dwieście metrów dalej, wzdłuż nadbrzeżnej autostrady ciągnął się pas stromych skał. Podprowadzili tam samochód i usadowili zwłoki na siedzeniach. Garcia wlał do środka pięć galonów benzyny. Następnie auto z otwartym tyłem podepchali na sam skraj urwiska. Kiedy pojazd przechylał się przez krawędź, żołnierz piechoty morskiej cisnął do środka odbezpieczony rosyjski granat. Nie obserwowali rezultatów swej roboty. Dzielące ich od farmy kilkaset metrów przebyli biegiem. Tam już wszyscy czekali gotowi do wymarszu.
– Musimy spalić dom, proszę pani – wyjaśnił Smith. – Jeśli tego nie zrobimy, Rosjanie natychmiast domyślą się, co się tu naprawdę stało. Pani rodzice nie żyją, ale z pewnością chcieliby, aby pani żyła, prawda?
Dziewczyna ciągle jeszcze znajdowała się w zbyt wielkim szoku, by znaleźć odpowiedź. Pokiwała tylko bezradnie głową. Rodgers i Smith przenieśli zwłoki na górę i ułożyli je na łóżkach. Lepiej byłoby ciała pogrzebać, ale nie mieli na to czasu.
– W drogę – polecił Edwards. Musieli szybko stąd uciekać. Ktoś mógł dostrzec płonący samochód, a skoro Rosjanie dysponowali helikopterem… – Garcia, proszę zaopiekować się panią. Smith, pan pilnuje tyłów. Rodgers, prowadzisz. Za trzy godziny musimy być dziesięć kilometrów stąd.
Smith odczekał dziesięć minut i wrzucił do domu granat. Rozlana na podłodze parteru nafta zajęła się natychmiast.
Teraz już mieli dużo lepszy kontakt. Ustalili, że jednym z okrętów jest rakietowy niszczyciel klasy Kashin. Hałas robiony przez jego śruby wskazywał, że jednostka porusza się z szybkością dwudziestu jeden węzłów. Pierwsze okręty radzieckiego konwoju odległe były od „Chicago" o trzydzieści siedem mil. Wydawało się, że przemieszczają się w dwóch grupach – prowadząca formacja płynęła wachlarzem i osłaniała drugą. McCafferty polecił wysunąć wykrywacz radarów. Urządzenie wykazało wiele źródeł dźwięku, ale tego kapitan się spodziewał.
– Peryskop w górę.
Bosman ruszył do pierścienia, rozłożył rączki peryskopu i cofnął się o krok. McCafferty szybko omiótł spojrzeniem horyzont. Po dziesięciu sekundach złożył uchwyty; peryskop ponownie opadł do studzienki.
– Załoga, mamy przed sobą bardzo pracowity dzień – odezwał się kapitan. Miał zwyczaj w miarę możliwości informować zgromadzonych w centrum bojowym ludzi o wszystkim, co ich czeka. Im więcej wiedzą, tym lepiej wykonują zadania. – Widziałem dwa beary-F, jeden na północy, drugi na zachodzie. Oba były bardzo daleko, ale dam głowę, że zrzucają pławy.
Zwracając się do pierwszego oficera, dodał:
– Schodzimy na sto siedemdziesiąt metrów. Prędkość pięć węzłów. Pozwolimy im podejść.
– Sterownia, tu sonar.
– Tak jest, tu sterownia – odparł McCafferty.
– Odbieramy impulsy aktywnych pław sonarowych na północnym zachodzie. Naliczyliśmy sześć źródeł. Impulsy bardzo słabe. – Szef hydrolokacji odczytał współrzędne. – Od konwoju nadal nie dobiegają żadne sygnały aktywnych hydrolokatorów.
– Wybornie – McCafferty odłożył mikrofon na widełki. „Chicago” pochylony pod kątem piętnastu stopni szybko się zanurzał. Kapitan obserwował wskazania batytermografu. Na głębokości siedemdziesięciu pięciu metrów woda gwałtownie się oziębiła, na odcinku dalszych dwudziestu pięciu jej temperatura spadła o dwanaście stopni. Dobrze, owa gruba warstwa zapewni im wyśmienite schronienie, a głęboka, zimna woda zagwarantuje dobrą pracę sonarów.
Dwie godziny wcześniej McCafferty polecił usunąć z jednej z wyrzutni torpedę, zaś na jej miejscu umieścić rakietę Harpoon. Wprawdzie w razie spotkania z okrętem podwodnym mógł użyć tylko jednej torpedy, za to był w stanie oddać aż trzy salwy do jednostek nawodnych; zostawały też tomahawki. Już teraz mógł strzelać i spodziewać się trafienia, ale szkoda było mu pocisku; po co tracić go na niewielki okręt patrolowy, skoro dalej czeka krążownik i lotniskowiec.
Najpierw chciał dobrze namierzyć cele. Walka z nimi nie będzie rzeczą prostą, lecz przeznaczeniem okrętów podwodnych klasy 688 nie były zadania łatwe. Udał się do przedziału hydrolokacji.
Szef sonaru dostrzegł go kątem oka.
– Kapitanie, chyba namierzyliśmy „Kirowa". Odebraliśmy sześć impulsów sonaru o niskiej częstotliwości. Myślę, że to on; współrzędne: zero-trzy-dziewięć. Próbuję teraz wyodrębnić charakterystykę hydrolokacyjną jego silników. I jeśli… w porządku, po prawej znów zrzucili parę pław sonarowych.
Na ekranie pojawiły się kolejne punkciki świetlne, tym razem mocno na prawo od pierwszego rządka. Dzieliła je spora odległość.
– Szefie, zrzuca pławy sonarowe według szewronów, tak? – spytał McCafferty.
Sonarzysta z uśmiechem skinął głową. Skoro Rosjanie opuszczali pławy sonarowe pod kątem w dwóch liniach, po lewej i prawej stronie konwoju, znaczyć to mogło, że kierują się prosto na „Chicago". Okręt podwodny nie musiał wykonywać żadnego manewru, by do nich dotrzeć. Powinien tylko czekać cierpliwie; jak wykopany grób.
– Wydaje się, że raz szukają pod warstwą a raz nad nią. Między nimi wielki odstęp – szef, nie odrywając wzroku od ekranu, zapalił papierosa. Stojąca obok popielniczka pełna była niedopałków.
– Dobrze go sobie namierzymy. Doskonała robota, Barney.
Kapitan poklepał po ramieniu szefa sonarzystów i wrócił do centrum bojowego, gdzie kierująca ogniem grupa marynarzy nanosiła na nakres nowe kontakty. Wyglądało na to, że między pławami są dwie mile przerwy. Jeśli Rosjanie rzeczywiście sondują ocean za pomocą pław raz nad warstwą, a raz pod nią, „Chicago" miał szansę przemknąć między nimi. Problem stanowiły tylko pławy bierne, których obecności nie mogli wykryć. McCafferty stał przy peryskopie i obserwował ludzi programujących komputer sterujący ogniem. Za plecami miał innych członków załogi, którzy mozolili się nad papierowymi nakresami i wyliczeniami podręcznych kalkulatorów. Pulpit kontroli wyrzutni błyskał licznymi światełkami wskazującymi pełną gotowość bojową. Okręt przygotowywał się do walki.