– Zmniejszyć głębokość do siedemdziesięciu metrów. Posłuchamy, co nowego nad warstwą.
Manewr wykonany został natychmiast.
– Mamy bezpośredni namiar na cele – oznajmił główny sonarzysta. Mogli obecnie wykrywać i śledzić dźwięki wydawane przez radzieckie jednostki bez względu na zanikające i pojawiające się strefy konwergencyjne.
McCafferty rozluźnił się. Wkrótce będzie miał zajęć po uszy.
– Kapitanie, za chwilę zrzucą kolejną pławę. Wypuszczają je przeciętnie co kwadrans, a ta może spaść bardzo blisko nas.
– Znów odbieram sonar typu Horse-Jaw, sir – dobiegło ostrzeżenie z hydrolokacji. – Tym razem współrzędne: trzy-dwa-zero. To krążownik „Kirow". O, następny sygnał. Łapiemy aktywny hydrolokator o średniej częstotliwości. Powtarzam i na pozycji trzy-trzy-jeden mamy aktywny sonar średniej częstotliwości. Przemieszcza się z lewej do prawej. To chyba krążownik do zwalczania okrętów podwodnych klasy Kresta II.
– Chyba ma pan rację – powiedział oficer znad nakresu. – Pozycja: trzy-dwa-zero jest prawie zbieżna z położeniem dwóch śledzonych przez nas na ekranach okrętów, ale wystarczająco odległa, by mógł to być jakiś nowy kontakt. Pozycja: trzy-trzy-jeden pokrywa się ze środkowym okrętem eskorty. Kresta, wraz z jednostką flagową, będzie dowodziła ochroną. Muszę mieć trochę czasu, by obliczyć odległość.
Kapitan polecił zostawić okręt nad warstwą; w każdej chwili jednak był gotów do błyskawicznej ucieczki w dół. Obraz taktyczny stawał się coraz klarowniejszy. Mieli już wstępne współrzędne „Kirowa". Niemal wystarczające, by oddać strzał, lecz ciągle brakowało dokładnych danych o odległości. Między „Chicago" a krążownikiem znajdowały się dwa okręty eskortowe i, jeśli nie obliczyliby jej precyzyjnie, pocisk mógłby przez pomyłkę trafić w niszczyciela lub fregatę. W międzyczasie szef wyrzutni harpoonów zaprogramował rakiety na jednostkę, która jego zdaniem musiała być „Kirowem".
„Chicago" zaczął poruszać się zygzakami, zbaczając z kursu to w lewo, to w prawo. Kiedy zmieniał pozycję, współrzędne celów w hydrolokatorze też się zmieniały. Zespół namierzający musiał to cały czas uwzględniać przy dokonywaniu pomiarów poszczególnych celów. Ruch prostoliniowy okrętu – podstawowe zadanie z trygonometrii na wyższych uczelniach – nie miał tu zastosowania, gdyż należało wkalkulować szybkości i kursy obiektów ruchomych. Komputer niewiele mógł tu przyspieszyć, ale jeden z oficerów od namiaru znany był z tego, że umiał wykorzystać do tych wyliczeń ruch kolisty okrętu i był w stanie podać pozycję jednostki szybciej niż komputer.
Panujące wśród załogi napięcie nieco zelżało. Lata treningu robiły swoje. Dane zostały opracowane i naniesione na nakresy. Marynarze w jednej chwili jakby stopili się w jedno z instrumentami, które obsługiwali. Uczucia przestały się liczyć, emocje opadły i tylko świecące od potu twarze świadczyły o tym, że stoją tu żywe istoty ludzkie a nie maszyny. Ich los całkowicie zależał od operatorów sonaru. Energia dźwiękowa dochodząca z powierzchni oceanu była jedynym wskaźnikiem, co się tam dzieje. Każdy nowy raport dotyczący współrzędnych przeciwnika sprawiał, że ludzie zagłębiali się w gorączkowej pracy. Było już całkiem oczywiste, że cele płyną zakosami, co jeszcze utrudniało wyliczenia.
– Dowodzenie, tu sonar. Aktywna pława niedaleko lewej burty! Chyba poniżej warstwy.
– Ster prawo, dwie trzecie naprzód – natychmiast zakomenderował pierwszy oficer.
McCafferty wszedł do hydrolokacji i nałożył słuchawki. Impulsy były głośne, ale… zniekształcone. Jeśli pława znajdowała się poniżej gradientu temperaturowego, emitowane przez jego okręt prosto w górę sygnały będą nie do wykrycia… przypuszczalnie.
– Jaka siła dźwięku? – zapytał.
– Duża – odparł szef. – Mogą nas znaleźć. Jeśli się oddalimy o pół kilometra, z pewnością nas stracą.
– W porządku, nie mogą przecież mieć wszystkiego na podglądzie.
Pierwszy oficer przeprowadził „Chicago" jeszcze tysiąc metrów i ustawił go na głównym kursie. Wszyscy mieli świadomość, że gdzieś w górze krąży samolot Bear-F uzbrojony w samonaprowadzające torpedy i sonary wyłapujące sygnały z pławy. Jak czułe są te urządzenia i jak sprawni ludzie? Na to pytanie nikt z załogi „Chicago" nie znał odpowiedzi. Upłynęły trzy pełne napięcia minuty, ale nic się nie wydarzyło.
– Jedna trzecia naprzód. Kurs w lewo trzy-dwa-jeden – polecił pierwszy oficer. Przepływali właśnie linię pław; od celu dzieliły ich jeszcze trzy takie bariery. Już prawie ustalili odległość od trzech eskortowców; ciągle nie znali dystansu, jaki dzielił ich od „Kirowa".
– Załoga, beary mamy już za sobą. Jeden kłopot z głowy. Odległość do najbliższej jednostki? – spytał McCafferty oficera.
– Dwadzieścia trzy tysiące metrów. To chyba sovremenny. Kresta znajduje się około pięciu tysięcy na wschód od niego. Namierza okolicę sonarami kadłubowymi o zmiennej głębokości.
McCafferty skinął głową. Hydrolokator tego typu mógł akurat znajdować się pod warstwą, miał wtedy niewielkie szansę wykrycia obecności „Chicago". Obawiać się natomiast należało sonarów kadłubowych, ale był to problem na później. W porządku – pomyślał kapitan. – Wszystko przebiega zgodnie z planem…
– Dowodzenie, tu sonar, torpedy w wodzie, współrzędne: trzy-dwa-zero! Sygnał słaby. Powtarzam, torpedy w wodzie na pozycji trzy-dwa-zero. Współrzędne się nie zmieniają. Ponadto włączyło się wiele aktywnych sonarów. Odbieramy wzrastający hałas śrub od strony celów…
Jeszcze przed zakończeniem raportu McCafferty był w przedziale hydrolokacji.
– Współrzędne torped zmienne?
– Teraz tak. Poruszają się od lewej do prawej… Jezu, myślę, że Ruskich ktoś atakuje. Trafienie! – szef dziobnął palcem w ekran.
Na prawo od „Kirowa" pojawiły się trzy linie jaskrawych punkcików. Obraz na monitorze nagle oszalał. Urządzenia o małej i średniej częstotliwości rozpaliły się liniami aktywnych sonarów. Kiedy okręty zaczęły przyspieszać i zmieniać gwałtownie pozycje, linie na ekranach pojaśniały.
– Następna eksplozja! Na tej samej współrzędnej… o, cholera! Wybuchy w wodzie. Jakiś pocisk. Kolejna torpeda. Współrzędne zmienne: od prawej do lewej.
Teraz już wykres stał się dla McCafferty'ego zbyt skomplikowany. Szef rozwinął harmonogram, by ułatwić sobie interpretację, ale tylko on i jego doświadczeni współpracownicy mogli coś z tego pojąć.
– Kapitanie, wygląda na to, że ktoś wdarł się w środek konwoju i zaatakował go. Trzykrotnie solidnie trafił „Kirowa" i teraz Rosjanie próbują dostać napastnika. Te dwa okręty wyraźnie skupiły się na jakimś obiekcie. Ja… kolejna torpeda w wodzie. Nie wiem, czyja. Jezu, proszę popatrzeć na te wszystkie eksplozje!
McCafferty ruszył w stronę rufy.
– Głębokość peryskopowa!
„Chicago" wystrzelił w górę i po minucie zajął wymaganą pozycję.
Kapitan ujrzał na horyzoncie jakiś maszt i słup czarnego dymu na pozycji trzy-dwa-zero. Działało ponad dwadzieścia radarów, a w eterze rozbrzmiewało wiele głosów.
– Peryskop w dół. Mamy dokładne dane jakichś celów?
– Nie, sir – odparł pierwszy oficer. – Kiedy ich jednostki zaczęły manewry, wszystkie nasze wyliczenia szlag trafił.