Nastąpiło milczenie. Przerwał je doktor:
— Załóżmy, że samo wiercenie dziury w pancerzu odbędzie się w ciszy i spokoju. Przypuszczam jednak, że taki organ, jak to tak zwane serce, jest jakoś od intruzów broniony, i że próba zatrzymania go skończy się smutno.
— Ja także jestem o tym przekonany — powiedział inżynier — ale innej drogi nie widzę. — I usiadł. Widdletton rozglądał się szczegółowo w rysunku, porównywał go ze zdjęciami, a potem spojrzał na zegarek.
— Moi panowie — powiedział — tu nie chodzi o mądrość czy głupotę. W tym wypadku ja nie jestem już waszym przywódcą, proszę, będziemy głosować: czy mamy pójść za propozycją inżyniera Finka? Proszę się dobrze zastanowić, może jest inny projekt?
— Ja mam projekt… — powiedziałem. — Trzeba zrobić tak: dziurę wywiercić automatyczną wiertarką sterowaną na odległość. To się da zrobić. A obserwacje prowadzić przez zmontowany w kamerze telewizor i odpowiednio działać.
— Odpowiednio, to znaczy jak? — spytał Frazer.
— Może uda się wykombinować taki przyrząd, który by mógł, sterowany na odległość, demontować maszynę… coś w rodzaju robota…
— Myśl jest bardzo dobra — powiedział inżynier — ale, niestety, czasu mamy mało. Takich aparatów gotowych nie ma, a zamówić, nawet drogą lotniczą, to potrwa co najmniej trzy dni.
— Tyle panu nie daję — powiedział profesor. — Do dwunastej, do pół na pierwszą najdalej, musimy już coś osiągnąć.
— W tym czasie to wykluczone — powiedział Fink — ale jest inna możliwość: wysadzić stożek w powietrze, na przykład ekrazytem.
— Co, zniszczyć?! Nie, nigdy — rozległy się zmieszane głosy.
— Panowie, jestem z was dumny! — profesor Widdletton wstał. — Pytam raz jeszcze, czy mamy postąpić według propozycji inżyniera Finka?
— Tak!
— A więc proszę do pracy. — Profesor patrzył na Finka. — Jakie pan daje optymalne warunki ochronne?
Fink namyślał się.
— Skafandry muszą nosić wszyscy, na korytarzu też, przy kamerze będzie zawsze tylko jeden człowiek, pociski gazowe muszą być w pogotowiu i maski przeciwgazowe dla nas. Pierwszy etap to jest wiercenie. Myślę, że to się da zrobić tak, jak powiedział McMoor, już o tym myślałem. Tylko obserwować trzeba będzie przez szczelinę w drzwiach. Co dalej, to się zobaczy.
Korytarz był pusty. Przyszła moja kolej — stałem przy drzwiach stalowych, trzymając przy ustach słuchawkę naprędce założonego telefonu i zaglądałem z wytężeniem do wnętrza kamery. Byłem już drugi — po doktorze — i patrzyłem, jak w bladoniebieskim świetle elektrycznym syczała i gwizdała cicho wiertarka, przystawiona na żelaznej podstawie do kozłów z tajemniczą maszyną.
Szerokie wiertło ze stali wanadowo — krzemowej wpijało się w twardą skorupę stożka. Nitka światła drgała w jego wirujących skrętach. W jednej ręce ściskałem słuchawkę, w drugiej — wyłącznik elektryczny wiertarki, wyprowadzony za drzwi kamery, i czekałem. Na razie nic się nie działo — wiertło zagłębiało się zupełnie niewidocznie, ale znając już niespodzianki tego mechanicznego potwora, byłem napięty do ostateczności.
— No, co tam? — rozległ się w słuchawce głos profesora.
— Wszystko po staremu — odpowiedziałem. — Dziura w zębie wierci się, ale diabelnie powoli. Może trzeba zmienić wiertło?
Słyszałem, jak profesor mówi do kogoś — pewno do inżyniera — gdy wtem skamieniałem. Długi na dwa metry albo i więcej czarny wąż leżący na podłodze drgnął, potem poruszył się drugi, słaba fala skurczu przesunęła się przez stalowe zwoje i spłynęła po nich w przeciwnym kierunku.
— Profesorze! — powiedziałem. — Nie! — wrzasnąłem do słuchawki. — On się rusza, rusza mackami, czy mam wyłączyć wiertarkę?
— Nie! Jedź pan dalej, w imię Boże! — rozległ się słaby, daleki głos. Czekałem dalej. Nie jestem tchórzem i nigdy nim nie byłem, ale czułem, że zaczynam się oblewać zimnym potem. Czekałem. Czekałem i czekałem, i wiedziałem, że coś się musi stać. I to, że niebezpieczeństwo było takie tajemnicze i niewiadome, było gorsze, daleko gorsze od lęku przed śmiercią.
Jedna wężownica podniosła się z ziemi, świsnęła w powietrzu jak piekielny stalowy bicz i uderzyła o wiertło. Rozległ się cienki, wysoki, świdrujący w uszach dźwięk pryskającej stali — odłamki rozleciały się. Zacisnąłem rękę z wyłącznikiem — wiertarka stała.
— Profesorze, on rozwalił wiertło swoją przeklętą łapą! — zawołałem do słuchawki.
— Zaraz tam będę.
Czekałem znowu. Tymczasem stwór uspokoił się i nie zauważyłem już żadnych oznak ruchu czy też życia.
Profesor przyszedł niemal bezszelestnie, w towarzystwie inżyniera, który niósł w ręku nowe wiertło. Odstąpiłem na stronę, spojrzeli przez przeziernik.
— Machnął wężownica, co? — profesor kiwał głową.
— A to uparte bydlę, no?
— Myślę, że trzeba mu dać porcję gazu, a może spróbować jakiegoś nowego środka, na przykład chloroformu czy eteru, co?
— Tak żeby go całkiem otruć, co? — powiedział profesor z takim oburzeniem, jakbyśmy stali przy łożu boleści najdroższej dla niego osoby.
Fink skinął głową:
— Profesor ma rację. Strata jednego z nas jest do zastąpienia, gdybyśmy go jednak zabili, czy też zniszczyli, nie da się to już naprawić… — po czym odsunął rygiel kamery i wszedł do środka.
Czekaliśmy z zapartym tchem. Inżynier usunął powoli nogą odłamki świdra, założył w głowicę wiertarki nowy, nastawił go i wyszedł. Był niby spokojny, ale na korytarzu otarł chustką czoło.
— Jazda dalej, McMoor, włącz pan prąd! Nacisnąłem guzik. Wiertarka zawyła i poczęła pracować.
Długie chwile mijały w naprężonym oczekiwaniu.
— Wszystko niby dobrze — powiedział profesor. — Chodźmy, inżynierze, a pan stoi jeszcze dziesięć minut. Zaraz pana zmieni Gedevani.
Odeszli. Uczułem się ogromnie samotny. Patrzyłem w natężeniu — patrzyłem: co to się działo.
Znowu fale skurczów chodziły po bezwładnych mackach. Ze stukiem przewalały się sprężyste obłe węże po betonowej podłodze.
Nagle macki podniosły się powoli, ruchem drgającym, i zawisły w powietrzu — tylko ich końce dygotały szybko, wahając się w różne strony. Zobaczyłem, jak korpus wiertarki drgnął — świder zapadł się lekko. Aha! koniec, już jest dziura — pomyślałem, po czym nacisnąłem (zupełnie nieświadomie) wyłącznik. Ale to było niepotrzebne.
Ujrzałem niebieski błysk. Potem ogromny orkan gorącego powietrza rzucił mnie na przeciwną ścianę — uczułem straszliwy ból w głowie i straciłem przytomność.
Kiedy się zbudziłem, był już ranek. Leżałem w swoim pokoju, a doktor siedział na moim łóżku i układał na kołdrze pasjansa.
— Aha! Już pan jest wśród żywych. No, jak się pan czuje? — zagadnął, zbierając karty.
Otworzyłem z trudem zaschłe usta:
— Doktorze, no? Jak jest? Czy on znowu uciekł?
— Ach, nie interesuje pana nawet dziura we własnej głowie, tylko los pupilka z Marsa? Co?! Nie, nie uciekł. To był jego dowcip ostatni, na razie. Świder opadł na ten sprytny mechanizm, na to niby serce, i w tym swoim jakby konaniu narobił, oj, narobił bigosu, powiadam panu, co tam się działo! Pan pewnie tego nie widział, bo i jak? — doktor trząsł głową. — Przybiegliśmy, a tam korytarz pełen kurzu, tynk na chodniku, oho, myślę, już po naszym reporterze. Drzwi do kamery niemal wyrwane, wiszą na jednym zawiasie, rusztowanie połamane, pan Marsjanin leży na podłodze, a wiertarka, nie do wiary!, stopiona na żużel, kompletnie nic z niej nie zostało. Inżynier mówi, że tam musiało być przez chwilę jakieś sześć, siedem tysięcy stopni ciepła… Jak panu było w tej łaźni?
— Pamiętam tylko jakiś błysk i straszne uderzenie w głowę, aha, i przedtem podmuch straszliwego ukropu, to pewno było powietrze.
— Drzwi pana uratowały i to, że się pan cały owinął w azbestowy chodnik, padając. Powinien pan podziękować Finkowi, to jego pomysł te chodniki z azbestu. Ten podmuch owinął pana w azbest jak jaki pakunek i gdyby nie to, że się pan lekko stuknął w głowę…