Ziemskimi słowami mówił apostoł Paweł: „Gdybym językami ludzkimi i anielskimi mówił, a miłości bym nie miał, byłbym jako miedź brzęcząca i jako cymbał brzmiący”. Tak, to są słowa ludzkie. I jestem z tego dumny. Przyjaciele, nam potrzeba zapomnieć. Nie można wytłumaczyć ludziom tego, co wyście przeżyli, jakże ośmieliłbym się ja, którego wystawił na najcięższą próbę przybysz z obcych światów?
Profesor zamilkł. Ubrania nasze nasiąkły deszczem. Wilgotny wiatr przynosił woń spalenizny. Na wschodzie niebo zaczęło szarzeć.
— Profesorze Widdletton — powiedziałem — jeżeli pan nie chce nam powiedzieć, jaką straszliwą rzecz pokazał panu ten stwór z Marsa na swojej planecie, powiedz pan, proszę, jedno: czy on pana tym pokonał? I, na miłość boską, co się stało z Finkiem?
— Czy on mnie pokonał… — powiedział cicho profesor. — Te dwa pytania się wiążą, wiążą tak ściśle, jak pan nawet nie podejrzewasz. Otóż on właśnie pokonał inżyniera Finka. To nie Fink pod hipnozą, Fink w stanie kataleptycznym, Fink — szaleniec działał… To był tylko zewnętrznie Fink… nie nasz przyjaciel, ale coś, co miało jego ciało, jego nogi i ręce, co nosiło jego ubranie i co nie było inżynierem Finkiem.
— Co pan mówi — zawołałem osłupiały — co to znaczy?…
— Tak, tak, dziwi się pan…
— No dobrze, więc co on z nim zrobił?
— Nie wiem dokładnie, domyślam się tylko… na podstawie mojej wizji. Zmienił w nim coś i zabrał mu coś. Na to miejsce dał mu coś innego.
Byłem zupełnie otumaniony.
— Więc co mu zabrał i co dał — spytałem, przeciągając słowa. — I czy to była może dusza? Może ją na Marsa przekazał czy wysłał?
— Niepotrzebnie pan z takim przekąsem używa słowa „dusza” — powiedział cichutko profesor. — Nie, to nie była dusza. Ja panu tego powiedzieć nie mogę, drogi panie, bo to zahacza o to, czego mi powiedzieć nie wolno. Ale ja panu powiem tak: po pierwsze, więc on mnie nie złamał. W najgorszej, najcięższej chwili przypomniałem sobie, kim jestem i kogo kocham. Może to mnie uratowało? Bo trzeba mieć trochę wiary… jeśli nie w sobie, to za sobą… choć lepiej i w siebie, i w drugich, by móc czegoś dokonać. A po drugie, spróbuję panu, no nie wytłumaczyć, ale zbliżyć panu ten problem inżyniera Finka z innej strony. Pan wie, że można poruszać dowolnie mięśniami ciała, prawda?
— Naturalnie.
— No dobrze, a jak się to dzieje?
— Są różne teorie — odparłem — ale o ile ja wiem, to mechanizm woli jest nieznany.
— Panu, ale nie mnie, żeby było ściśle — powiedział profesor — i chwała Bogu, ale jak pan czasem leży spokojnie, to jeden czy drugi mięsień kurczy się jakby samowolnie, zadrga, a pan to może obserwować, czy tak?
— To mi się zdarzało — odparłem. — Myślę, że to się każdemu przytrafia.
— A kto w tym drugim wypadku działa?
— O, ja wiem — powiedziałem — może się jaki kwas mlekowy w mięśniu wytworzył, a może w korze mózgowej jakiś prąd skądś przybyły odpowiednie centrum zadrażnił…
Profesor kiwał głową i uśmiechał się.
— Widzę, że pan dobrze pamięta tę swoją medycynę, ale to nie jest takie proste… Jeżeli pan zna te różne teorie o działalności mózgu, to musi pan wiedzieć, że niektórzy uczeni właśnie w takich prądach i zadrażnieniach upatrują przyczyny działalności dowolnej?
— No tak, ale są i inni…
— Zostawmy innych, żeby się nie rozpraszać. A więc to, co jedni nazywają mechanizmem dowolnym, jak się okazuje, czasem działa nie bez, ale nawet wbrew naszej woli. Ja nie mówię, naturalnie, o przykurczach mięśni zmęczonych, wtedy sprawa jest jasna, ale o drganiu mięśnia całkowicie normalnego w spoczynku…
Więc to tak jest: jeżeli ten dowolnie poruszany mięsień to jakby symbol inżyniera Finka przed tym… przed nieszczęściem, to ten drugi, który pan sam obserwuje w akcji, dziwiąc się, że on się kurczy, pan czuje jego pracę, ale odbywa się ona całkowicie bez pańskiej intencji, to ten drugi, powiadam, to symbol Finka potem.
I patrząc w świetle na moją twarz, widocznie niezbyt mądrą:
— Panie McMoor, nie mogę panu więcej powiedzieć, bobym musiał powiedzieć wszystko… czego mi zrobić nie wolno.
Było już prawie jasno. Profesor zwrócił się do nas, mówiąc:
— Zanim pójdziemy do Burke’a, który czeka na nas z maszyną, musimy zrewidować ruiny. Jeżeli nawet, jak mam nadzieję, stożek jest zniszczony, to możliwe, że kula centralna ocalała. A to jest właśnie ów twór straszliwy… cóż bowiem winna materia?
— Profesorze — spytałem — czy pan sądzi, że kula sama, bez aparatu, ma zdolność odbudowy, taka bezsilna?
— Nie chciałbym mieć tak bezsilnego przeciwnika, nawet mając pod sobą całą armię Stanów Zjednoczonych — powiedział profesor. — A teraz nie pytajcie mnie, bo nic już więcej nie powiem.
Szliśmy po ciężkiej, mokrej trawie. Pierwszy przeszedłem przez obaloną podmuchem eksplozji bramę i począłem piąć się po gruzowisku. Straszliwa moc wybuchu pogięła najtęższe dźwigary profilowane z maszynowej stali, zmiażdżyła głowice motorów, rozkawałkowała jednolite bloki żelbetonu.
Nagle ujrzałem pod gruzem coś czarnego — przyskoczyłem blisko.
Była to jedna oderwana macka potwora.
— Nie dotykać!! — zawołał profesor. — Jego plazma jest śmiertelna, jego złość nie.
Szukałem dalej. Ujrzałem coś, jakby pogięty kołpak stożka, ale nie byłem pewny, czy to on naprawdę. Potem zawołał nas Frazer — wtłoczony między cegły wisiał strzęp marynarki Finka. Chodziliśmy po rumowisku, od którego wiało jeszcze chlorem pocisków gazowych. Wreszcie odezwał się profesor:
— To na nic. Każę zlać to kilkuset galonami benzyny i podpalić. Wtedy, jeśli jądro nawet żyło, zniszczeje.
I mały, czarny, zgarbiony, ruszył w kierunku bramy wyjściowej. Przeskakując z kamienia na kamień, szliśmy za nim po osypującym się gruzie.
Ruszyliśmy drogą w milczeniu, patrząc na okolicę. W niewielkiej odległości, po prawej, rozlewały się zielone nieprzezroczyste fale jeziora. Nareszcie za zakrętem ukazało się auto jako czarny punkt na szarej taśmie autostrady. W tej samej chwili wschodnie niebo zapłonęło czerwono i złoto i pierwszy snop promieni słonecznych, jak triumfalny salut świetlny, rozpękł się na błękitach. Leżące niskimi pasmami chmury rozbiegały się szybko, oświetlone kremowo i biało. Twarze muskał wiatr pachnący wodą z jeziora.
— I to on nam chciał zabrać to wszystko… — szeptał profesor. Czy dobrze go zrozumiałem? Nie śmiałem pytać. W milczeniu doszliśmy do czarnego ciężkiego buicka. Burke wyskoczył z maszyny i otworzył nam drzwiczki. Wsiedliśmy — drzwi trzasnęły — krótką chwilę mamrotał starter — fuknęło dymem. Wóz drgnął i ruszył w kierunku Nowego Jorku.
1994