– Rozdajmy jedzenie, a później porozmawiamy – zaproponowała Houston.
Gdy kilka godzin później znalazły się z powrotem w domku Jean, wyciągnęła z kieszeni paczkę herbaty. – To dla ciebie.
Jean Taggert zaparzyła herbatę i kiedy już usiadły, zaczęła rozmowę.
– Więc będziemy spowinowacone.
– Za pięć dni. Przyjdziesz, prawda?
– Oczywiście. Wyciągnę z szafy moją sukienkę Kopciuszka i przyjadę szklaną karetą.
– Nie przejmuj się takimi sprawami. Wszystko załatwiłam. Jakub Fenton wydał zezwolenie i wszyscy Taggertowie mogą swobodnie wjeżdżać i wyjeżdżać. Moja krawcowa czeka na ciebie, a krawiec, pan Bagly, też już dostał instrukcje. Musisz tylko przyprowadzić swojego ojca, Rafe’a i lana.
– To wszystko? – Jean uśmiechnęła się. – Z moim ojcem nie będzie problemu, ale Rafę to zupełnie inna sprawa. A Ian jest dokładnie taki, jak jego stryj.
Houston westchnęła, patrząc na wyszczerbiony kubek, z którego piła herbatę.
– Niech zgadnę. Po pierwsze, nie masz pojęcia, czy Rafę będzie miał ochotę iść na wesele, czy nie, bo jest zupełnie nieprzewidywalny. Może się roześmiać i pójść z radością, a może zacząć krzyczeć i powiedzieć, że nigdzie nie idzie.
Jean wpatrywała się w nią oniemiała.
– Czy to znaczy, że Kane też jest prawdziwym Taggertem?
Houston wstała; podeszła do małego okienka, przez które nie było nic widać.
– Dlaczego za niego wychodzisz? – spytała Jean.
– Właściwie nie wiem. Leander i ja byliśmy taką idealną parą – mówiła łagodnie, jakby we śnie. – Przez te wszystkie lata, kiedy byliśmy zaręczeni, praktycznie od dzieciństwa, nie pamiętam, żebyśmy się w czymś nie zgadzali. Mieliśmy pewne problemy, gdy dorośliśmy (myślała o tym, jaki Leander był zły, że nie chciała z nim pójść do łóżka), ale panowała między nami prawie perfekcyjna harmonia. Ja chciałam zielone zasłonki, Leander też chciał zielone zasłonki. – Popatrzyła na Jean. – A później poznałam Kane’a Taggerta. Chyba ani razu w niczym się nie zgadzaliśmy. Wydzieram się na niego jak przekupka. Tego dnia, kiedy zgodziłam się wyjść za niego, rozbiłam mu dzbanek na głowie. Albo jestem na niego wściekła, albo chcę go osłaniać, albo zatracić się w jego sile.
Usiadła i ujęła twarz w dłonie.
– Już nic nie rozumiem. Tak długo kochałam Leandera, taka byłam pewna swej miłości, a teraz, gdybym mogła wybierać, zatrzymałabym Kane’a. Ale dlaczego? Jestem wariatką, kompletną wariatką.
– Jesteś pewna? – spytała cicho Jean.
– Oczywiście – odpowiedziała Houston. – Żadna inna kobieta…
– Nie, mówię o tym, że jesteś taka w nim zakochana i nie widzisz wad. Ja zawsze miałam nadzieję, że jak ktoś mnie pokocha, będzie widział wszystkie moje słabe punkty i dalej będzie mnie kochał. Nie chciałabym, żeby mnie uważał za bóstwo, bo później, kiedy pozna mój charakterek, mógłby się odkochać.
Houston z zaciekawieniem patrzyła na Jean.
– Ale kochać kogoś, to znaczy…
– No właśnie, co znaczy?
Houston wstała i wyjrzała przez okno.
– To, że chcesz z kimś być, czy jest zdrowy, czy chory; chcesz mieć z nim dzieci, kochać go nawet wtedy, gdy zrobi coś, co ci się nie podoba. Uważać, że jest najszlachetniejszym, najwspanialszym księciem na świecie i śmiać się, kiedy powie ci coś przykrego piąty raz w ciągu godziny. Martwić się, czy mu się spodobasz w nowej sukience i czuć, że wszystko w tobie topnieje, jeżeli mu się podobasz. – Milczała przez chwilę. – Kiedy jestem z nim, żyję – szepnęła. – Nim go poznałam, po prostu egzystowałam; ruszałam się, jadłam, słuchałam poleceń. Przy nim czuję się, jakbym mogła wszystko. Kane jest…
– No? – spytała łagodnie Jean. – Kim jest Kane?
– Człowiekiem, którego kocham.
Jean wybuchnęła śmiechem.
– Czy to naprawdę takie nieszczęście zakochać się w którymś z nas, Taggertów?
– Kochać łatwo, ale żyć z kimś takim może być znacznie trudniej.
– Nawet w połowie nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić. – Jean dalej się śmiała. – Herbaty?
– Czy cała wasza rodzina jest jak Kane?
– Mój ojciec podobny jest na szczęście do rodziny swojej matki, ale wuj Rafę i Ian są prawdziwymi Taggertami. Myślałam, że Kane, z powodu swoich pieniędzy…
– Pewnie dlatego jest jeszcze gorszy. Kim jest ojciec lana? Tego chłopaka też chyba nigdy nie widziałam.
– Nie. Pracuje w kopalniach od dawna, chociaż ma dopiero szesnaście lat. Wygląda jak Rafę: duży, przystojny, zły. Jego ojcem był Lyle, brat Rafę’a. Zginął podczas wybuchu, gdy miał dwadzieścia trzy lata.
– A ojciec Kane’a?
– Frank był najstarszym z braci. Zginął w wypadku na długo przedtem, nim się urodziłam i chyba też przed urodzeniem Kane’a.
– Tak mi przykro – powiedziała Houston. – Musi ci być ciężko zajmować się wszystkimi.
– Dostaję pomoc od dobrych młodych dam – odparła. – Niedługo będzie ciemno. Lepiej wracaj.
– Czy przyjdziesz na mój ślub? Tak bym chciała, żebyś była, a poza tym zobaczyłabyś mnie w czymś czystszym. – Houston uśmiechnęła się, ukazując poczernione zęby.
– Prawdę mówiąc, chyba lepiej się czuję w towarzystwie Sadie niż gwiazdy towarzystwa, panny Chandler.
– Nie mów tak! – zaoponowała Houston. – Proszę cię.
– Dobrze, postaram się.
– I pójdziesz jutro do mojej krawcowej? Musi mieć czas na uszycie. Tu jest adres.
– Cieszę się. Postaram się też zrobić co się da z wujem Rafe’em i łanem, ale nic nie obiecuję.
– Rozumiem cię doskonale. – Przytuliła Jean do siebie. – Cieszę się, że się zobaczymy.
W drodze do miasta Houston rozmyślała o swojej rozmowie z Jean. Teraz już wiedziała, że jest zakochana w Taggercie. Nie może tego nikomu powiedzieć, że w Lee właściwie nigdy nie była zakochana, bo uznano by, że jest zmienna w uczuciach, a tak nie było. Roześmiała się głośno.
Ściągnęła lejce, żeby popędzić konie. Musiała się jeszcze umyć i przebrać. Później zacznie przygotowania na piątkowy wieczór. Uśmiechnęła się tajemniczo. Poprosi Leandera, żeby zaprosił Kane’a z Edanem do swego męskiego klubu, a narzeczonego o użyczenie domu na pożegnalne przyjęcie dla jej koleżanek. Takie małe zebranko, jakie miała Ellie przed ślubem. Jeśli tylko uda jej się namówić tego siłacza, którego widziała na afiszach na Coal Avenue, żeby zrobił, co zaplanowała.
Była tak pochłonięta swoimi rozmyślaniami, że straciła czujność i nie zauważyła samotnego jeźdźca ukrytego za drzewami.
Edan miał wyraźnie strapioną minę jadąc jej śladem do miasta.
12
Do ślubu pozostało już tylko kilka dni i Houston miała bardzo niewiele czasu na przygotowania. Kolacja u Kane’a w środę okazała się bardzo udana.
– Zerwałam dziś swoje zaręczyny z Johnem, panie Taggert – powiedziała nieśmiało Cordelia Farrell.
– To dobra wiadomość. – Kane zaśmiał się, schwycił ją za ramiona i serdecznie pocałował w usta. Cordelia była nieco zmieszana, ale zadowolona. – Stać cię na coś znacznie lepszego niż ten stary.
– Dziękuję panu bardzo.
Przez chwilę patrzył zdziwiony.
– Dlaczego wszyscy mówią do mnie „pan”?
– Dlatego, że pan nigdy nie zaproponował, żeby mówić „Kane” – odpowiedziała gładko Houston.
– Wszyscy możecie mówić mi Kane – powiedział cicho, lecz spojrzawszy na narzeczoną, dodał. – Z wyjątkiem ciebie, Houston. Tylko raz tak do mnie powiedziałaś i wtedy bardzo mi się to podobało.
Houston wiedziała, że wszyscy rozumieją tę aluzję, i umierała ze wstydu.
Sara Oakley schwyciła poduszkę i uderzyła Kane’a w głowę. Schwycił ją i wszyscy czekali z zapartym tchem na to, jak zareaguje.