Выбрать главу

Wrócił do przyczepy.

Co teraz?

Czy Konnie mógłby zdobyć nakaz rewizji?

Przez chwilę stał podparty pod boki, po czym dostrzegł nieco dalej ubitą ziemię w miejscu do parkowania, tuż za szpalerem drzew. Podszedł bliżej. Ziemia była wilgotna po porannym deszczu, widać więc było kilka świeżych śladów opon. Wyciągnął szkic, który wykonał na stacji Vienna i porównał go ze śladami w błocie. Nic.

Drugi ślad też nie pasował.

Ale trzeci…

Tak jest. Rysunek zgadzał się w najdrobniejszych szczegółach z ostatnim śladem na parkingu.

Pobiegł z powrotem do pierwszej przyczepy, przy której się zatrzymał, tam gdzie właścicielka wyglądała przez okno sypialni. Znikła natychmiast, gdy tylko się zbliżył. Kiedy zapukał ponownie do drzwi, wydało mu się, że słyszy przerażony oddech.

– Przepraszam panią. – Starał się mówić z oksfordzkim akcentem. – Czy przypadkiem nie widziała tu pani szarej furgonetki?

– Widziałam, owszem – odezwał się głos spoza podwójnych zamkniętych i z pewnością dobrze zaryglowanych drzwi. Zasłona w okienku lekko się odchyliła. Dostrzegł tylko jej dłoń.

– Widziała pani może kierowcę albo tablice rejestracyjne?

– Widziałam mężczyznę koło czterdziestki, ale nie tablice.

– A dziewczynę, blondynkę?

– Nie.

– Nie ma pani pojęcia, dokąd mogła pojechać ta furgonetka?

– Skręciła na zachód na Fredericks i nie jestem pewna, ale mam wrażenie, że jeśli się nie mieszka na tej ulicy, to jeździ się nią tylko do autostrady.

– Której autostrady?

– Sześćdziesiątej szóstej. Wjazd na zachód jest dwie przecznice stąd.

I-66. Biegnąca przez cały cholerny kraj. Aż do Los Angeles.

– Muszę koniecznie zadzwonić.

– Zadzwonić – odezwał się przytłumiony głos.

Cisza. Drzwi się nie otworzyły.

– Tak, z pani telefonu. Bardzo króciutko. Rozmowa lokalna.

– Ach, mój telefon. Niestety. Zepsuł się.

– To bardzo ważne.

– Właśnie czekam na naprawę. Powinni przyjechać za kilka godzin. A może jutro. Przepraszam, muszę sprawdzić piekarnik.

Zasłona wróciła na swoje miejsce.

Rozdział 15

Joshua LeFevre wrzucił ćwierćdolarówkę do automatu telefonicznego koło 7-Eleven i złapał Tate’a w domu. Opowiedział mu o wszystkim, czego się dowiedział.

– Joshua znalazł Emily – powtórzył Tate, najprawdopodobniej do Bett. I znów do słuchawki: – A więc jest i tajemniczy mężczyzna. Który może miał jej walizkę lub ubrania… Kolejna sympatia?

– Nie sądzę – odparł LeFevre. – Ale Megan nie opowiadała mi zbyt wiele o swoim życiu osobistym. – Poczuł ukłucie w sercu na wspomnienie rozmowy w zeszłym miesiącu, kiedy chciał się z nią umówić, ale ona wykręciła się, mówiąc, że ma randkę z Bobbym.

Zazdrość to paskudne uczucie, prawda? – pomyślał.

– Czy pan Konstantynopol jest u państwa?

– Konstantinakis. Nie. Właśnie usiłowałem się do niego dodzwonić. Nie ma go też w biurze. Ale zostaw wiadomość, to oddzwoni.

Gdy się rozłączyli, LeFevre nagrał wiadomość w biurze policji stanowej, zostawiając numer automatu. Oparł się o budkę, skrzyżował ręce i zmarszczył czoło. Podszedł jakiś biznesman, spojrzał na LeFevre’a, zrezygnował z dzwonienia i zniknął.

Telefon odezwał się pięć minut później.

Nie potrafił się oprzeć.

– Kto nawija?

– Dalej wyglądasz jak pierdolona reklama markowych piżam?

– Mam działki za dziesiątaka, mam działki za miedziaka.

– Niech cię, LeFevre – rzucił szybko Konnie – wpakowałeś się w szambo. Ta linia jest monitorowana przez wydział do spraw narkotyków.

– Rany, człowieku, hej, panie władzo… – LeFevre zorientował się, że to żart, dopiero gdy usłyszał zduszony śmiech policjanta. – To nie było zabawne.

– Może nie – odpowiedział detektyw – ale ton twojego głosu był.

– Ma pan coś ciekawego? – LeFevre położył akcent na „pan”, żeby zasugerować, że on ma.

Konnie chrząknął.

– Owszem, zły humor – odparł.

– Mam się przejmować pańskimi humorami? – spytał ostrożnie, jeszcze nie do końca przekonany, że Konnie najbardziej lubi tych, którzy traktują go najgorzej.

– Wielkie gówno. Amtrak to całkowita ściema. Jeśli kupiła bilet, to nie na swoje nazwisko. Jestem teraz na National. I tu też nic. Tak na marginesie, pieprzony ruch w tym mieście.

– Ja coś mam. Trop. Tak to nazywacie, prawda?

– Naoglądałeś się seriali. A jak, do cholery, mielibyśmy to nazywać?

Opowiedział Konniemu o mężczyźnie w szarej furgonetce i o Emily.

– Nieźle, Sherlocku. Znasz jej nazwisko?

– Nie, tylko adres. Parking przyczep w Oakton.

Podał adres policjantowi.

– W porządku. Resztę znajdziemy.

– Mogła pojechać z tym gościem z furgonetki. Megan też.

– Znasz tablice?

– Co?

– Tablice rejestracyjne.

– Nie.

– Cholera. Z jakiego stanu? – warknął Konnie.

– Nie wiem.

– Niech to szlag.

– Powiedz mi, jak mam dalej postępować, Konnie.

– Tak, możesz się do mnie zwracać per Konnie, jeśli o to pytasz.

– Nie o to.

– A jak sądzisz, co powinniśmy zrobić?

– Miałem nadzieję, że uda się zdobyć spis szarych furgonetek albo coś takiego.

– Znasz model?

– Cholera. – LeFevre uprzedził Konniego.

– Och, jakże przydatne. Takie poszukiwanie da nam zapewne milutką listę około sześciu tysięcy samochodów. Zakładając, że rzeczywiście była szara. A nie sinofioletowa, oliwkowa albo brudnobiała. Albo że jej nie przemalowano. Albo nie ukradziono w Trenton, Paoli czy Anchorage.

– To dość ciężka robota, prawda?

– Czemu przestałeś gadać jak Murzyn?

– Możesz mówić: jak czarnuch, sam tak mówię.

– Nie mam ochoty.

– Bo studiowałem malarstwo w Yale, Oksfordzie i na Sorbonie.

– To jakieś szkoły? Uczą tam ludzi?

– Jesteś zabawny, Konnie.

– Okej. Oto moja propozycja. Wydruk z bazy danych nic nie da, jeśli będziemy mieli do czynienia z tyloma samochodami. Trzeba tę liczbę zredukować.

– Jak? Co mam zrobić?

– Z twoim tropem?

– Tak. Tate Collier mówi, że jesteś specem.

– Zabierzmy się do tego razem. Mamy, twoim zdaniem, szarą furgonetkę. Która przypuszczalnie pojechała na zachód szosą I-66. Facet zapewne zaprowadził auto Megan na dworzec?

– Tak sądzę.

– A w środku są być może ciuchy Megan i kobieta, z którą piła tej nocy, kiedy wspięła się na wieżę ciśnień w Fairfax. Ty Tak Sądzisz. Oki-doki, zajmę się sprawdzeniem tej Emily. A twój przydział… Jesteś gotowy?

– Mam nawet ołówek.

– Nie będzie ci potrzebny. Zadam ci tylko jedno pytanie, które wskaże ci drogę.

– A brzmi ono?

– Czego potrzeba samochodom?

Zabrało mu to dziesięć długich, bardzo długich sekund.

– Nie pomyślałem o tym.

– Właśnie dlatego to ja jestem gliną, a ty dupkiem z włosami jak szczotki do przetykania rur. Muszę spadać.

Ten świat nie jest doskonały.

Ale czasami Bóg daje nam w życiu to, czego pragniemy najbardziej – wyjaśnienie rzeczy niewyobrażalnych. A gdy już to otrzymamy, znikają wszelkie zapory odcinające nas od szczęścia i zadowolenia. Oto przed nami jest przedmiot wszystkich naszych pragnień, przepustka do rozkoszy nieba.

Megan McCall była dla Aarona Matthewsa właśnie takim wyjaśnieniem.