Выбрать главу

Konnie wrócił do własnego samochodu, zapalił silnik i włączył klimatyzację.

Okej, Megan została porwana.

Jak to się stało? Wyobraź sobie. Ktoś porwał ją rano, gdy szła do samochodu, ponieważ nie dotarła do terapeuty. Zmusił ją do napisania listów, a potem pojechał na farmę Tate’a i zaczekał, aż prawnik wyszedł na pole, żeby sprawdzić to, co miał sprawdzić. Wtedy porywacz zakradł się do domu, posługując się kluczami Megan, zgasił światło i zostawił listy. A następnie przyjechał tutaj i zamienił jej samochód na furgonetkę.

I odjechał na zachód.

LeFevre umie myśleć.

Konnie ruszył i udał się najkrótszą drogą ze stacji na farmę Tate’a. A następnie powtórzył podróż, wybierając kolejną najkrótszą drogę i – jakby był przemytnikiem z czterdziestoma bańkami na mleko wypełnionymi bimbrem w bagażniku – jeszcze raz, ale tym razem okrężną trasą. Taką, którą wybrałby ktoś, kto nie miał ochoty natknąć się na radary, patrole policyjne i świadków.

Ale nawet ta droga nie była całkiem pusta.

Znalazł sklep meblowy bez klientów. Doskonale. Wysiadł z samochodu i przepytał dwóch sprzedawców, którzy popalali jednego papierosa przed sklepem, czy nie widzieli przypadkiem rano niebieskiego forda tempo. Oczywiście nie widzieli.

Trzy kolejne sklepy i dwie restauracje. Nic.

W barze 7-Eleven jeden sprzedawca twierdził, że zapamiętał taki samochód, ponieważ jego syn planował zakup tempa. Urzędnikowi wydawało się, że kierowcą był mężczyzna.

Ale nie przysiągłby. A już na pewno nie w sądzie.

Mimo to Konnie był podekscytowany, gdy wracał na farmę Tate’a. Zauważył na podjeździe dwa samochody, ale zaparkował na drodze i poszedł energicznym krokiem przez błotniste pole ku domowi. Był wczesny wieczór, ponury i chmurny, toteż używał halogenowej latarki, żeby oświetlać drogę.

Zatrzymał się przy zaroślach bukszpanu, skąd każdy najpewniej szpiegowałby dom. Znalazł cztery ślady stóp należące do jednego człowieka. Rozmyły się jednak w deszczu i nie nadadzą się na dowód. Nie było petów, puszek po piwie, strzępów materiału, włókien. Przeszedł ku miejscu, które uznał za drugi dobry punkt obserwacyjny. Też nic.

Stanął i wpatrywał się w dom.

Gdy Konnie Konstantinakis stał tak, przyglądając się dopiero co zasianym polom, uświadomił sobie, że tylko częściowo przyjechał tu po ślady. Również dla zebrania odwagi.

Ruszaj i zrób to, powiedział sobie. Dalej.

Już miał zejść z pagórka, podejść do Tate’a Colliera i wyznać mu, co sprawiło, że umarł po raz trzeci w ciągu pięciu lat. Prawdę mówiąc, Konnie wierzył, że jedynym celem zniknięcia Megan było zmuszenie go do uczynienia tego wyznania.

Ale jeszcze nie był do tego zdolny.

Jaja. Brak jaj.

Śledzenie porywaczy i zabójców było znacznie łatwiejsze.

Przeniósł się więc w kolejne miejsce i stanął w koleinie wyrytej kołami ciężkiego traktora, co zmusiło go do odwrócenia głowy w kierunku pól uprawnych. Brak śladów porwania. Ale nie wróci z pustymi rękami. Coś bowiem odnalazł: znane poczucie, za którym tęsknił tak długo – pragnienie, z którym rodzą się istoty ludzkie, pragnienie zrozumienia, odkrywania, ujawniania. A ku swojemu większemu zaskoczeniu odnalazł również wiarę – zmartwychwstałą pomimo trzykrotnej śmierci, przejść z butelką i jeszcze cięższych przepraw z wychodzeniem z nałogu, rozpadu małżeństwa i nawet strzelaniny z żółwiem – wiarę w to, że Bóg dał każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie cel. I że ich jedyną rolą na Jego ziemi było poszukiwanie tego celu, nawet jeśli zmęczenie, smutki i przedwczesny koniec miałyby dać im przeraźliwie mało czasu na wykonanie tego zadania, które On im przeznaczył.

Wrócił do samochodu.

Konnie nigdy nie widział Megan McCall. A jednak była ona teraz, właśnie w tym momencie, jedyną osobą na świecie, za której odnalezienie oddałby życie.

Rozdział 20

Musisz słuchać, ale najpierw przyjrzyj się oczom.

Koniecznie oczom.

Aaron Matthews oparł głowę o pień dębu i obserwował mężczyznę w średnim wieku, wspartego pod boki, uśmiechniętego, rozmawiającego z grupką dziewcząt w świetle latarni pod szkołą.

Robert Carson.

Zrozumiał, dlaczego Tate i Bett zająknęli się w jego gabinecie, gdy o nim mówili. Nauczyciel, to prawda. Ale również chłopak. Ten, z którym Megan niedawno zerwała. („Bobby? A kto to?”. Matthews przypomniał sobie pytanie, jakie zadał jej podczas sesji. I odpowiedź: zerwałam z nim). Niechlujny, charyzmatyczny, zapewne lubiący wypić, pielęgnujący wygląd, który gwarantuje ugodzenie każdej nastolatki prosto w serce.

Carson rozejrzał się wokół niepewnie, chwycił jedną z dziewcząt za ramię, żeby podkreślić jakieś słowa, i pochylił się, by usłyszeć odpowiedź.

Matthews nie słyszał słów. Ale to nie miało znaczenia, ponieważ dokładnie widział oczy Carsona kilka razy podczas tej godziny, gdy śledził go na szkolnym podwórku.

Robert Frost mówi o znaczeniu dźwięku. O tym, że aby się porozumieć, nie musimy słyszeć słów, ale możemy domyślić się znaczenia z samego dźwięku – dochodzącego na przykład przez grube drzwi lub ścianę. Matthews przeczytał o tym w bibliotece szpitala psychiatrycznego i pomysł ten bardzo mu się spodobał.

Aaron Matthews głosił kazania w Katedrze wśród Sosen przez ponad dziesięć lat i doradzał pacjentom przez następne dziesięć. Nauczył się odrzucać ich słowa, odrywać się od tego, co słyszalne, i obserwować to, co naprawdę miała do powiedzenia dusza. Nierzadko różnica między przekazem a słowami była szeroka jak Morze Czerwone.

Wychylił się teraz do przodu i przyglądał się Carsonowi – nauczycielowi, który obserwował wszystkie dziewczęta.

Wspinamy się po drabinie Jakubowej…

Intuicja podpowiedziała Matthewsowi, co zrobić. Wyszedł zza drzewa i przeszedł obok Carsona i grupy uczennic. Nauczyciel spojrzał na niego, nie przestając uśmiechać się z powodu czegoś, co powiedziała któraś z dziewcząt. Matthews przelotnie spojrzał na Carsona i dostrzegł niechęć, ponieważ uśmiech nauczyciela zniknął niczym światło wyłączonej żarówki.

A usta Matthewsa wygięły się w ledwie zauważalny łuk uśmiechu, jakby przyłapał Carsona na gorącym uczynku. Matthews poszedł w swoją stronę.

Wspinamy się po drabinie Jakubowej… Żołnierze Krzyża.

Retoryka, jak napisał Platon, jest uniwersalną sztuką zdobywania umysłów za pomocą argumentów.

Tate Collier w wieku lat jedenastu usłyszał tę definicję z ust Sędziego i uznał, że kiedyś będzie „robił retorykę”, cokolwiek miałoby to oznaczać.

Musiał czekać trzy lata na swoją szansę, ale wreszcie w szkole średniej wybłagał dla siebie (jakże by inaczej?) członkostwo w klubie debatowym, który teoretycznie przyjmował tylko ludzi z klas wyższych.

Tradycja turniejów debatowych sięga czasów kolonialnej Ameryki i Klubu Szpiegowskiego na Harvardzie we wczesnych latach XVIII wieku. Kobiety zostały dopuszczone do tych turniejów sto lat później, wraz z utworzeniem Stowarzyszenia Młodych Dam w Oberlin, ale setki mniej formalnych towarzystw i konkursów zawsze cieszyły się popularnością w koloniach. W czasie gdy Tate chodził do szkoły, debaty międzyszkolne stały się powszechną praktyką.

Tate brał udział w setkach Narodowych Turniejów Debatowych, a także w konkurencyjnej formie – turniejach Towarzystwa Krzyżowego Ognia Pytań. Był członkiem honorowych bractw: Delta Sigma Ro, Fi Ro Pi i Pi Kappa Delta, działał też aktywnie w Amerykańskim Towarzystwie Sądowniczym i w Amerykańskim Towarzystwie Czynnych Prawników.