W oczach wielu wydawało się co najmniej dziwne, że Tuon po osiągnięciu dojrzałości zdecydowała się przejść próby przydatności na sul’dam, chociaż nikt oczywiście wówczas nie zaprotestował otwarcie. Reakcja matki była inna — milczeniem wyraziła zgodę. I choć oczywiście nie mogło być mowy o tym, by naprawdę została sul’dam, to szkolenie damane dostarczyło jej takich samych przyjemności jak układanie koni, w obu tych zajęciach była zresztą równie dobra. Mylen stanowiła najlepszy dowód. Kiedy Tuon kupiła ją na nabrzeżu w Shon Kifar, blada drobna damane była ledwie żywa ze strachu i przeżytego wstrząsu, odmawiając przyjmowania jedzenia i wody. Wszystkie der’sul’dam desperowały, twierdząc, że nie pożyje długo, ale oto teraz Mylen w pełni sił uśmiechała się do Tuon, pochylając by ucałować jej dłoń, zanim jeszcze została pogłaskana po ciemnych włosach. Niegdyś sama skóra i kości, dzisiaj zasługiwała na miano pulchnej. Zamiast skarcić ją za naruszenie etykiety, trzymająca jej smycz Catrona, pozwoliła, by uśmiech rozciął zmarszczki surowego oblicza i mruknęła pochwałę. Pochwałę zresztą całkowicie prawdziwą — nikomu nawet nie przyszłoby do głowy, że Mylen ongiś mieniła się Aes Sedai.
Przed opuszczeniem kajuty Tuon wydała jeszcze kilka rozporządzeń w sprawie ćwiczeń i diety damane. Sul’dam oczywiście doskonale wiedziały co robić, podobnie jak pozostała dwunastka orszaku Tuon — w przeciwnym razie nie byłoby dla nich miejsca w jej służbie — ale ona sądziła, że na posiadanie damane nie zasługuje nikt, kto nie okazuje im aktywnego zainteresowania. Znała idiosynkrazje każdej z nich równie dobrze, co własną twarz.
Przeszła do zewnętrznej kajuty swoich apartamentów. Na jej widok wyprężyli się żołnierze Straży Skazańców, stojący pod ścianami w zbrojach lakierowanych czerwienią i zielenią tak ciemna że nieomal wpadającą w czerń. To znaczy można by powiedzieć że wyprężyli się, gdyby posągi mogły się prężyć. Mężczyźni o twardych obliczach — wraz z pięcioma setkami sobie podobnych odpowiadali osobiście za bezpieczeństwo Tuon. Każdy z nich i wszyscy naraz gotowi byli oddać życie, by ją chronić. Gdyby coś jej się stało, z pewnością nie byłoby dla mnich miejsca wśród żywych. Ochotnicy, sami zgłosili się do tej służby. Widok woalki sprawił, że posiwiały kapitan Musenge tylko dwóch wyznaczył, aby towarzyszyli jej na pokład. Przed wejściem do kajuty w dwu szeregach stali jej Ogrodnicy, Ogirowie w czerwieniach i zieleniach, ponurymi oczyma wypatrując niebezpieczeństwa i prezentując broń — wielkie topory z czarnymi pendantami. Ich nie obowiązywała reguła oddania życia za jej życie, jednak też zgłosili się na ochotnika, ona zaś bez chwili namysłu powierzyłaby swoje bezpieczeństwo w ich wielkie dłonie.
Żebrowane żagle na trzech wysokich masztach “Kidrona” wydymał chłodny wiatr, który pchał okręt ku ciemnemu brzegowi, na tyle już bliskiemu, że mogła dostrzec wzgórza i przylądki. Pokład pełen był ludzi, wszyscy mężczyźni i kobiety Krwi w swoich najlepszych jedwabiach. Nie zwracali uwagi na podmuchy wiatru szarpiącego im płaszcze oraz członków załogi, uwijających się między nimi. Niektórzy przedstawiciele szlachty nieco w zbyt demonstracyjny sposób ignorowali ludzi z załogi, jakby naprawdę sądzili, że tamci mogą obsługiwać statek, kłaniając się i klękając co parę kroków. Na widok jej woalki tylko pokłonili się nieznacznie, wszyscy identycznie, w miejsce ceremonialnych hołdów, których najwyraźniej wcześniej oczekiwali. Yuril, mężczyzna o haczykowatym nosie, powszechnie uważany za jej sekretarza, przykląkł na jedno kolano. Rzecz jasna, był jej sekretarzem, nadto jednak również jej Ręką, dowódcą jej Poszukiwaczy. Kobieta imieniem Macura jako jedyna zareagowała niewłaściwie — przypadła do pokładu i zaczęła całować pokład — póki kilka cichych słów z ust jej sekretarza nie sprawiło, że powstała szybko, rumieniąc się i wygładzając czerwone spódnice. Przyjmując ją w Tanchico na służbę, Tuon miała poważne wątpliwości, jednak tamta błagała ją ni czym da’covale. Z jakiegoś powodu do szpiku kości nienawidziła Aes Sedai i nie dbając szczególnie o nagrody, jakie dotąd otrzymała za swoje bezcenne informacje, pragnęła tylko narobić im jeszcze większej szkody.
Odpowiedziawszy Krwi skinieniem głowy, Tuon wspięła się na pokład rufowy. Jej śladem poszli dwaj Strażnicy Skazańców. Wiatr rozwiewał poły jej peleryny, raz przylepiając do twarzy materię woalki, raz unosząc ją nad głową. Nie miało to znaczenia, fakt, iż ją włożyła mówił sam za siebie. Osobisty sztandar — dwa złote lwy zaprzężone do starożytnego rydwanu— powiewał z rufy ponad głowami sześciu sterników, zmagających się z długim rumplem. Kruk i Róże znikną sponad pokładu, gdy tylko rozejdzie się słowo o jej woalce. Kapitan “Kidrona”, barczysta kobieta o wysmaganej wiatrem twarzy, siwych włosach i nieprawdopodobnie zielonych oczach, skłoniła się w momencie, gdy czubek pantofla Tuon dotknął pokładu, a potem natychmiast powróciła do swoich obowiązków.
Przy relingu stała Anath, odziana wyłącznie w czarne jedwabie, bez płaszcza czy czapki — wyraźnie niewrażliwa na zimny wicher. Szczupła, wysoka — uznawano by ją za wysoką, nawet gdyby była mężczyzną. Czarna niczym węgiel twarz zasługiwała na miano pięknej, jednak wielkie czarne oczy patrzyły przenikliwie niczym szydła. Soe’feia Tuon, jej Prawdomówczyni, mianowana przez Imperatorową, obyżyła wiecznie, po tym jak Neferi zginęła. Było to zaskoczenie, biorąc pod uwagę, że Lewa Ręka Neferi była wyszkolona i gotowa przejąć obowiązki, jednak kiedy Imperatorowa przemawiała z Kryształowego Tronu, jej słowo było prawem. I choć z pewnością nie należało w żadnej mierze obawiać się swojej Soe’feia, to jednak Tuon w jej obecności czuła pewien niepokój. Odrobinę. Stanęła obok tamtej, chwyciła reling i szybko musiała rozluźnić palce, nie chcąc złamać lakierowanego paznokcia. To mogłoby stanowić nadzwyczaj zły omen.
— Tak więc... — powiedziała Anath, a słowa te były niczym świder wwiercający się w czaszkę Tuon. Tamta spojrzała na nią z gon, zmarszczyła brwi i dalszą jej przemowę zabarwiła nieskrywana pogarda. — Skryłaś swoją twarz... do pewnego stopnia... i teraz jesteś po prostu Szlachetną Lady Tuon. A przecież wszyscy i tak wiedzą, kim jesteś naprawdę, nawet jeśli nikt nie wspomni o tym słowem. Jak długo masz zamiar odgrywać tę farsę? — Pełne usta Anath wykrzywił grymas, szczupła dłoń poruszyła się eleganckim, lekceważącym gestem — Podejrzewam, że ten idiotyzm ma coś wspólnego z tym, że wychłostano twoją damane. Jednak jesteś głupia, jeśli uważasz, że nikt nie zobaczy wyrazu twoich oczu. Cóż ona takiego powiedziała, że cię zezłościła? Najwyraźniej nikt o niczym nie ma pojęcia, poza tym, że wpadłaś w taki szał, iż żałuję, że nie mogłam być tego świadkiem.
Tuon zmusiła swe dłonie, by bez ruchu spoczywały na relingu. Najwyraźniej zostawione same sobie miały ochotę niepowstrzymanie drżeć.
— Będę nosiła woalkę, póki nie doczekam się omenu, który każe mi ją zdjąć, Anath — powiedziała, panując nad głosem. Wyłącznie szczęśliwemu losowi mogła zawdzięczać,że nikt nie podsłuchał tajemniczych słów Lidyi. Wszyscy wiedzieli, że ta damane potrafi przewidzieć przyszłość, a gdyby któreś z Krwi usłyszało, nie byłoby końca skrytym plotkom na temat jej jutra.