Anath roześmiała się ochryple i dalej karciła ją za okazywaną głupotę, tym razem wdając się w bliższe szczegóły. Znacznie bliższe. Nie zatroszczyła się o zniżenie głosu. Kapitan Tehan wbiła wzrok w przestrzeń przed sobą, na pomarszczonej twarzy oczy omal nie wychodziły jej z orbit. Tuon słuchała z uwagą, choć czuła jak coraz bardziej palą ją policzki, póki nie wydawało się, iż za chwilę woalka wybuchnie płomieniem.
Wielu spośród Krwi określało swoje Głosy mianem Soe’feia, jednak w istocie Głosy Krwi były tylko so’jhin, doskonale zdającymi sobie sprawę, że ich właścicielom nie spodobałoby się to, co mówić winni Soe’feia. Mówcy Prawdy nie wolno było rozkazywać, ani przymuszać go, czy w żaden inny sposób karać. Od Prawdomówcy wymagano, żeby głosił czystą prawdę, niezależnie czy słuchający chciał tego, czy nie, oraz zadbanie wszystkimi środkami, żeby prawda ta dotarła do jego uszu. Ci spośród Krwi, którzy uważali swe Głosy za Soe’feia równocześnie przekonam byli, iż Algwyn — ostatni mężczyzna zasiadający na Kryształowym Tronie, prawie tysiąc lat temu — musiał oszaleć, ponieważ pozwolił swojej Soe’feia żyć i zachować pozycję po tym, jak w obliczu całego dworu uderzyła go w twarz. W nie większym stopniu pojmowali tradycje jej rodziny niż wytrzeszczająca oczy kapitan. Rysy na skrytych za obramowaniem hełmów twarzach Strażników Skazańców nawet nie drgnęły. Oni rozumieli.
— Dziękuję ci, ale niepotrzebna mi pokuta — oznajmiła grzecznie, kiedy Anath na moment urwała swoją tyradę.
Pewnego razu, kiedy przeklęła Neferi za jej głupią śmierć, w wyniku upadku ze schodów, poprosiła swoją nową Soe’feia, by sama zajęła się egzekucją pokuty. Przeklinanie umarłych stanowiło wykroczenie dostatecznie poważne, by na całe miesiące uczynić człowieka sei’mosiev. Tamta wywiązała się z zadania w sposób, który można było określić nieomal mianem delikatnego, jakkolwiek by to dziwnie nie brzmiało, jednak nawet wówczas Tuon płakała przez wiele dni i nie była w stanie założyć nawet bielizny. Nie dlatego wszakże odrzuciła propozycję — pokuta musiała być surowa, żeby przywrócić równowagę. Nie, nie miała po prostu zamiaru wybierać łatwiejszej drogi, skoro już podjęła decyzję. A także dlatego, że, jak musiała sama przed sobą przyznać, nie chciała skorzystać z rady swojej Soe’feia. W ogóle nie chciała jej słuchać. Jak wielokrotnie powtarzała Selucia, zawsze była uparta. Odmowa nadstawienia uszu swojej Soe’feia stanowiła czyn godny pogardy. Być może powinna mimo wszystko zgodzić się z tamtą, po to by przywrócić sobie utraconą równowagę. Trzy długie szare morświny wysunęły pyski nad powierzchnię wody i zaśpiewały. Trzy i nie pojawiły się na powrót. Trzymać się powziętej decyzji.
— Kiedy przybijemy do brzegu — powiedziała — Szlachetna Lady Suroth powierzy się twojej pieczy. — Trzymać się powziętej decyzji. — A jej ambicje domagać się będą bliższej uwagi. Udało się dokonać z Przodkami więcej niźli Imperatorowa, oby żyła wiecznie, sobie wymarzyła, jednak sukces na taką skalę często rodzi równoważne ambicje.
Zirytowana taką zmianą tematu, Anath przygarbiła się, zacisnęła usta. Jej oczy rozbłysły.
— Pewna jestem, że ambicje Suroth sprowadzają się wyłącznie do interesów Imperium — oznajmiła grzecznie.
Tuon skinęła głową. Ona sama nie była tego aż tak pewna. Ten rodzaj pewności mógł bowiem nawet ją zaprowadzić wprost do Wieży Kruków. Być może zwłaszcza ją.
— Trzeba znaleźć sposób, by najszybciej jak to tylko możliwe nawiązać kontakt ze Smokiem Odrodzonym. Musi uklęknąć przed Kryształowym Tronem zanim nadejdzie Tarmon Gai’don, w przeciwnym razie wszystko stracone. — Tak stwierdzały Proroctwa Smoka, w sposób nie dopuszczający wątpliwości.
Nastrój Anath zmienił się w jednej chwili. Uśmiechnęła się i położyła dłoń na ramieniu Tuon, gestem znamionującym nieomal dumę posiadacza. Posunęła się za daleko, jednak była przecież Soe’feia, a to wrażenie mogło być wyłącznie tworem umysłu Tuon.
— Musisz postępować nadzwyczaj ostrożnie — zamruczała.
— Nie może się dowiedzieć, jak bardzo jesteś dlań niebezpieczna, póki nie będzie już za późno na ucieczkę.
Miała jeszcze wiele dobrych rad, Tuon jednak puściła je wszystkie mimo uszu. Uważała tylko na tyle, by zdawać sobie sprawę o czym mowa, wszystko to już słyszała wcześniej po sto razy. W oddali, przed dziobem łodzi widziała już wlot do wielkiej zatoki. Ebou Dar, skąd wyruszy Corenne, jak wcześniej wyruszył z Tanchico. Ta myśl wywołała w niej dreszcz rozkoszy, poczucie spełnienia. Za skrywającą oblicze woalką była tylko Szlachetną Lady Tuon, rangą bynajmniej nie przewyższającą wielu spośród Krwi, jednak w swym sercu była zawsze Tuon Athaem Kore Paendrag, Córką Dziewięciu Księżyców, i oto przybywała, aby odebrać to, co skradziono jej przodkowi.
15
Potrzebny ludwisarz
Pudełkowaty wóz — mały domek na kołach — przywodził Matowi na myśl wozy Druciarzy, które widywał wcześniej, jednak szafki i wbudowane w ściany warsztaty jednoznacznie dawały do zrozumienia, że jego przeznaczeniem nie było mieszkanie. W nosie zawierciło mu od dziwnych, kwaśnych zapachów wypełniających wnętrze, żałośnie zmienił pozycję na trójnożnym stołku, który był jedynym nadającym się do siedzenia meblem. Połamane żebra i kości nóg zdążyły się już zrosnąć, zagoiły się rany, jakie wyniósł spod gruzów domu, który zwalił mu się na głowę, ale odniesione kontuzje od czasu do czasu wciąż odzywały się bólem. Poza tym zależało mu na współczuciu. Kobiety uwielbiały okazywać współczucie, jeśli tylko rozegrać odpowiednio całą sprawę. Zmusił do spokoju dłoń obracającą długi sygnet na palcu. Kiedy kobieta zorientuje się, że się denerwujesz, zaraz zacznie sobie to tłumaczyć na swój sposób i całe współczucie można będzie wyrzucić za okno.
— Posłuchaj, Aludra — powiedział, uśmiechając się jednym ze swoich najbardziej ujmujących uśmiechów — musiałaś już zdać sobie sprawę, że Seanchanie nawet dwa razy nie spojrzą na fajerwerki. Jak słyszałem, te ich damane potrafią robić coś, co nazywa się Światła Niebios, a przy tym twoje najlepsze fajerwerki będą wyglądać niczym iskierki polatujące w kominie. Bez obrazy.
— Jeśli o mnie chodzi, to nie widziałam na własne oczy tych ich tak zwanych Świateł Niebios — odparła z roztargnieniem, w jej glosie pobrzmiewał silny akcent Tarabon. Nie podniosła głowy znad drewnianego moździerza rozmiarów sporego antałka stojącego na jednym z warsztatów. Mimo iż długie do pasa włosy miała przewiązane na karku szeroką błękitną wstążką, wymykające się spod nich pasma przesłaniały jej twarz. Długi biały fartuch, pobrudzony ciemnymi smugami praktycznie rzecz biorąc wcale nie skrywał tego, jak ciasno jej ciemnozielona suknia opinała biodra, jednak, jego bardziej interesowało to, co ona robi. A przynajmniej w równym stopniu. Drewnianym tłuczkiem długim prawie jak jej ręka miażdżyła i ucierała gruby czarny proszek. Proszek nieco przypominał to, co znalazł wewnątrz fajerwerków, które niegdyś ośmielił się otworzyć, wciąż jednak nie miał pojęcia o składnikach. — Tak czy siak — ciągnęła dalej, nieświadoma jego uwagi— nie zdradzę ci sekretów Gildii. Rozumiesz, nieprawdaż?
Mat skrzywił się. Od czterech dni nad nią pracował, żeby dotrzeć do tego punktu, a zaczął od pierwszej chwili, gdy w wyniku przypadkowej wizyty w objazdowym przedstawieniu Valana Luki odkrył, że ona przebywa w Ebou Dar. Przez cały ten czas bał się bodaj wspomnienia o Gildii Iluminatorów.