Nagle delikatnym błyskiem w jego głowie zawirowały kolory — skrzywił się i potarł czoło. Ostatnimi czasy zdarzało się to zawsze, gdy pomyślał o którymś z nich. Nie miał pojęcia, co to oznacza i nie chciał wiedzieć. Chciał tylko, żeby to się już skończyło. Gdyby tylko potrafił się wydostać z Ebou Dar. I zabrać ze sobą tajemnicę fajerwerków, rzecz jasna. Ucieczka była dlań jednak znacznie ważniejsza niż jakiekolwiek tajemnice.
Thom i Beslan wciąż znajdowali się tam, gdzie ich zostawił, popijający w towarzystwie Luki przed zdobionym frontem wozu tego ostatniego. Nie mógł się tak swobodnie do nich przysiąść. Z jakiegoś powodu Luca nabrał instynktownej antypatii do Mata Cauthona. Mat odpłacał mu tym samym uczuciem, ale on miał powody. Chodziło o tę pełną samozadowolenia, kołtuńsko uśmiechniętą twarz tamtego, o sposób w jaki patrzył na wszystkie kobiety. I o to, jak najwyraźniej mu się zdawało, iż wszystkie kobiety świata lubią patrzeć na niego. Światłości, ten człowiek był przecież żonaty!
Rozciągnięty w pozłacanym fotelu, z pewnością wyszabrowanym z jakiegoś pałacu, Luca śmiał się, gestykulując zamaszyście, po pańsku, przed oczyma Thoma i Beslana, usadowionych na ławkach po jego obu stronach. Jego jaskrawoczerwony płaszcz i kaftan zdobiły symbole gwiazd i komet. Druciarz by się zawstydził! A na widok jego wozu zapłakał! Znacznie większy od warsztatu na kołach Aludry, najwyraźniej cały był lakierowany! Wizerunki księżyca w kolejnych fazach zdobiły całą długość boków wozu, resztę zaś odmalowanej w czerwieniach i błękitach powierzchni pokrywały gwiazdy i komety. W tym otoczeniu Beslan wywierał dość słabe wrażenie, mimo kaftana i płaszcza z motywami ptaków w locie. Thom zaś, który właśnie ocierał wino z wąsów, w prostych brązowych wełnach i ciemnym płaszczu wyglądał zdecydowanie bezbarwnie.
Jedynej osoby, którą spodziewał się tu zastać nie było na miejscu, jednak szybko rozejrzawszy się dookoła, dostrzegł przy sąsiednim wozie gromadkę kobiet. Od młodych, w jego wieku, aż po siwe, wszystkie chichotały, rozbawione przez tego, którego otaczały. Mat westchnął i udał się w tamtą stronę.
— Och, nie potrafię się zdecydować — dobiegł jego uszy wysoki głos chłopca, stojącego w kręgu kobiet. — Kiedy spoglądam na ciebie, Merici, wydaje mi się, że twoje oczy są najpiękniejsze ze wszystkich, jakie w życiu widziałem. Ale kiedy przyjrzę się tobie, Neilyn, twoje zdają mi się najpiękniejsze. Twoje usta są niczym dojrzałe wiśnie, Gillin, a twoje pragnąłbym tylko całować, Adria. Twoja szyja zaś, Jameine, wdzięczna niczym u łabędzia...
Mat zdusił przekleństwo i na ile był w stanie przyspieszył kroku, przepchnął się przez tłum kobiet, mrucząc na lewo i prawo przeprosiny. Wreszcie zobaczył Olvera, niskiego, bladego chłopca, który stał pośród zgromadzenia prężąc się i uśmiechając do kolejnych kobiet. Już na widok jego wyszczerzonych w szerokim uśmiechu zębów, każda powinna w pierwszym rzędzie myśleć o oberwaniu mu uszu.
— Proszę, wybaczcie mu — wymamrotał Mat, biorąc chłopca za rękę. — Chodź, Olver, musimy wracać do miasta. Przestań tak zamiatać tym płaszczem. On tak naprawdę nie wie, co mówi. Nie mam pojęcia skąd mu się to wszystko bierze.
Na szczęście kobiety tylko śmiały się i straszyły włosy Olvera, kiedy Mat go odprowadzał na bok. Niektóre najwyraźniej urzeczone nim, jakby tego było mało! Jedna zaś wsunęła dłoń pod płaszcz Mata i uszczypnęła go w pośladek. Kobiety!
Kiedy już wydostali się na wolną przestrzeń, Mat popatrzył ponuro na chłopca, z zadowoleniem truchtającego przy jego boku. Olver znacznie urósł od kiedy Mat po raz pierwszy go spotkał, ale wciąż był niski jak na swoje lata. A z tym szerokim uśmiechem i odstającymi uszami na dokładkę, nigdy nie będzie przystojny.
— Możesz wpakować się w poważne tarapaty, jeśli będziesz się w ten sposób zwracał do kobiet — pouczył go Mat. — Kobiety lubią, jak mężczyzna jest cichy i dobrze wychowany. I opanowany. Opanowany i może nieco nieśmiały. Pielęgnuj w sobie te cechy, a daleko zajdziesz.
Olver obrzucił go pełnym nieskrywanego niedowierzania spojrzeniem, Matowi pozostało więc jedynie westchnąć. Chłopak miał całą gromadę wujków, którzy się nim zajmowali, a każdy z nich — wyjąwszy oczywiście samego Mata — wywierał nań zły wpływ.
Widoku Thoma i Beslana starczyło, żeby szeroki uśmiech powrócił na twarz Olvera. Uwolnił dłoń i ze śmiechem pobiegł w ich stronę. Thom uczył chłopaka żonglerki oraz gry na harfie i flecie, Beslan zaś posługiwania się mieczem. Pozostali “wujkowie” dawali mu inne lekcje, wpajając zadziwiająco szeroki wachlarz umiejętności. Kiedy tylko wróci do sił, Mat zamierzał dołożyć do tego ćwiczenia w walce na pałki i strzelania z łuku, długiego na modłę Dwu Rzek. Czego natomiast chłopak uczył się od Chela Vanina albo innych żołnierzy Legionu, Mat wolał nie wiedzieć.
Na widok Mata Luca podniósł się ze swego ekstrawaganckiego siedziska, głupi uśmiech przeszedł natychmiast w kwaśny grymas. Spojrzeniem zmierzył go od stóp do głów, zamiótł wokół siebie połami tego idiotycznego płaszcza i oznajmił grzmiącym głosem:
— Jestem człowiekiem zajętym. Mam mnóstwo pracy. Niewykluczone, że wkrótce będę gościł Szlachetną Lady Suroth na prywatnym przedstawieniu. — I nie powiedziawszy więcej słowa, odszedł trzymając poły zdobnego płaszcza tylko jedną dłonią tak, że łopotały za jego plecami niczym sztandar.
Mat otulił się ściślej własnym okryciem. Płaszcz był po to, by grzać. Zdarzyło mu się widzieć w pałacu Suroth, choć nigdy z bliska. Bliższych kontaktów jednak sobie nie życzył. Nie potrafił sobie wyobrazić, aby miała poświęcić bodaj chwilkę swego czasu na oglądanie Wielkiego Wędrownego Widowiska i Wspaniałej Wystawy Cudów oraz Dziwów Świata Valana Luki, jak głosił czerwonymi literami wysokimi na krok transparent rozpięty na dwu wysokich tyczkach przed wejściem. Gdyby się jednak zdecydowała, z pewnością należało się obawiać o los lwów. Mogłyby umrzeć ze strachu.
— Zgodził się, Thom? — zapytał cicho, patrząc spod zmarszczonych brwi w ślad za Luką.
— Kiedy opuści Ebou Dar, możemy się z nim zabrać — odparł pomarszczony mężczyzna. — Nie za darmo. — Parsknął, rozdmuchując siwe wąsy, a potem z irytacją przeczesał dłonią białe włosy. — Za sumę, której się domaga, powinniśmy jeść i sypiać niczym królowie, ale znając go, mocno w to wątpię. Nie uważa nas za przestępców, zapewne wnioskując z faktu,że wciąż możemy swobodnie się poruszać, zdaje sobie jednak sprawę, iż przed czymś uciekamy, w przeciwnym razie bowiem wybralibyśmy inny sposób podróżowania. Najgorsze jest, że przed nastaniem wiosny nie ma zamiaru ruszyć się z miejsca.
Mat przez chwilę szperał w zasobach stosownych przekleństw. Dopiero wiosną. Światłość jedna wiedziała, co Tylin zrobi z nim do tego czasu, do zrobienia czego go zmusi. Może pomysł, by Vanin ukradł konie, nie był taką złą ideą.
— Będę miał więcej czasu na grę w kości — oznajmił, jakby cała sprawa nie miała najmniejszego znaczenia. — Jeśli chce tyle, ile mówisz, trzeba napełnić sakiewkę. Jedną rzecz należy przyznać Seanchanom, potrafią przegrywać. — Od chwili, gdy był w stanie na własnych nogach opuścić Pałac, starał się kontrolować długość okresów szczęścia w grze i jakoś nie naraził się na groźby poderżnięcia gardła za oszukiwanie. Początkowo sądził nawet, że to jego szczęście objęło swym zasięgiem również inne rzeczy, albo że fakt bycia ta’veren w końcu na coś się przydał.