— Jestem Noal Charin, Macie Cauthon. Nie, przebywam tu już od pewnego czasu. Ale mój siennik na strychu “Pod Złotymi Kaczkami” zajmuje aktualnie gruby illiański kupiec oliwny, który dzisiejszego ranka został eksmitowany ze swego pokoju, robiąc miejsce seanchańskiemu oficerowi. Przyszło mi do głowy, że dzisiejszą noc spędzę może w jakiejś bocznej uliczce. — Zakrzywionym węźlastym paluchem potarł grzbiet nosa i zachichotał, jakby noc w takim miejscu był czymś zupełnie normalnym. — Nie była to pierwsza noc spędzona w niewybrednych warunkach, nawet w mieście.
— Sądzę, że mogę ci zaproponować cos lepszego — poinformował go Mat, ale reszta zamierzonych słów zamarła mu na ustach. Zrozumiał, że kości wciąż toczą się w jego głowie. Udało mu się nich zapomnieć podczas walki z gholam, one jednak dalej podskakiwały, wciąż nie chciały się zatrzymać. Jeśli stanowiły ostrzeżenie przed czymś znacznie gorszym niż gholam, to naprawdę nie chciał wiedzieć, co to będzie. Tyle tylko, że w końcu się dowie. Co do tego nie było wątpliwości. Dowie się, kiedy będzie już za późno.
17
Różowe wstążki
Kiedy Mat w towarzystwie Noala wyszedł szybkim krokiem z alejki, chłodny wiatr hulający po Mol Hara szarpnął poły jego płaszcza i zmroził błoto oblepiające rzeczy. Tarcza słońca przycupnęła na dachu domu na poły skryta za kominem, rzucając długie cienie. Ponieważ jedną rękę miał zajętą kosturem, a w drugiej ściskał przerwany rzemyk medalionu z lisim łbem, wetknięty w kieszeń kaftana, skąd natychmiast można go było dobyć, to nie miał jak poradzić sobie z płaszczem. Bolało go całe ciało, od czubka głowy aż do pięt, pod czaszką kości grzechotały na alarm, ale ledwie zwracał na to wszystko uwagę. Zbyt pochłonięty był rozglądaniem się na wszystkie strony i roztrząsaniem, jak też tamten stwór mógł zmieścić się w tak małej dziurze. Wreszcie przyłapał się na tym, że podejrzliwie mierzy wzrokiem szczeliny między kamieniami bruku na placu. Choć nadzwyczaj mało prawdopodobne było, że tamten zaatakuje go na otwartej przestrzeni.
Z otaczających ulic dobiegało brzęczenie ludzkiego mrowia, tutaj jednak było pusto — tylko chudy pies o sterczących żebrach przebiegł obok fontanny zwieńczonej posągiem historycznej królowej Nariene. Jej uniesiona dłoń, wskazująca ocean, zdaniem jednych zapowiadała morskie bogactwa, którym Ebou Dar zawdzięczało swoją pomyślność, zdaniem innych wskazywała grożące niebezpieczeństwo. Jeszcze inni powiadali, że to następca chciał zwrócić uwagę na jej dwuznaczną raczej uczciwość, symbolicznie przedstawiając ją z jedną tylko odsłoniętą piersią.
O tej porze dnia, nawet zimą, na Mol Hara powinny licznie przebywać pary spacerujących kochanków i pełnych optymizmu żebraków, jednak Seanchanie natychmiast po przybyciu zgarnęli tych drugich z ulic i zapędzili do pracy, a kochankowie trzymali się z daleka nawet za dnia. Powodem był fakt, że wielki masyw białych kopuł, marmurowych iglic i kutych balkonów Pałacu Tarasin stanowił rezydencję Tylin Quintara Mitsobar z Łaski Światłości Królowej Altary — albo przynajmniej tej części Altary, która rozciągała się na kilka dni drogi wierzchem od Ebou Dar — Pani Czterech Wiatrów i Strażniczki Morza Sztormów. Zapewne jeszcze ważniejszy był fakt, że stanowił on rezydencję Szlachetnej Lady Suoth Sabelle Meldarath, głównodowodzącej Zwiastunami Imperatorowej Seanchan, oby żyła wiecznie. W zaistniałych okolicznościach pozycja tej drugiej w Ebou Dar zdecydowanie górowała nad pierwszą. Każdego wejścia do pałacu strzegli gwardziści Tylin w zielonych butach, workowatych białych spodniach i pozłacanych napierśnikach na zielonych kaftanach oraz mężczyźni i kobiety w owadzich hełmach, w zbrojach pokrytych pasami o barwach błękitu i żółci, zieleni i bieli czy też wszelkich innych możliwych do wyobrażenia kombinacji. Królowej Altary potrzebne było bezpieczeństwo i cisza dla zapewnienia spokoju wypoczynku. Czy też może tak właśnie zarządziła lady Suroth, a jeśli Suroth twierdziła,że Tylin czegoś chce, wkrótce ta dochodziła do wniosku, że tak, tego właśnie chce.
Po chwili zastanowienia Mat powiódł Noala do jednej z bram prowadzących na podwórze stajni. Tamtędy znacznie łatwiej było przemycić do środka obcego niźli po szerokich marmurowych schodach, wiodących na plac. Nie wspominając już, że dzięki temu będzie miał znacznie większe szansę na doprowadzenie ubrania do porządku, nim przyjdzie mu stanąć przed Tylin. Ostatnim razem, kiedy po bójce w tawernie wrócił w stanie mocno niedbałym, królowa wyraźnie dała wyraz swemu niezadowoleniu.
Garstka zbrojnych w halabardy gwardzistów z Ebou Dar stała po jednej stronie otwartych wrót, identyczni liczebnością zbrojni w ozdobione kutasami włócznie Seanchanie okupowali przestrzeń przy ich drugim skrzydle. Wszyscy trwali wyprężeni i sztywni niczym posąg Nariene.
— Łaska Światłości wszystkim tu zgromadzonym — pozdrowił grzecznie Mat eboudariańskich gwardzistów. Zawsze lepiej być przesadnie nawet grzecznym wobec mieszkańców tego miasta, przynajmniej dopóki się ich nie pozna bliżej. Zresztą nawet i potem. Mimo że ostatecznie byli znacznie bardziej... elastyczni... niż Seanchanie.
— I tobie, mój panie — odparł krępy oficer, dając kilka kroków naprzód. I wtedy Mat rozpoznał w nim Surlivana Sarata, jak na bardziej przyzwoitego człowieka, o ciętym dowcipie i znakomitym oku do koni. Kręcąc głową, Surlivan postukał w swój szpiczasty, hełm cienką, pozłacaną laseczką, stanowiącą symbol pełnionej funkcji. — Kolejna walka, mój panie? Na twój widok ona tryśnie przekleństwami niczym fontanna.
Mat spróbował w mniej widoczny sposób wesprzeć się na pałce i wyprostować ramiona. Równocześnie zdenerwowała go uwaga Surlivana. Cięty dowcip? Jeśli się nad tym zastanowić, tamten miał język niczym nie wyprawiona skóra. A okiem do koni również aż tak znakomitym wcale się nie mógł poszczycić.
— Komuś się nie spodoba, jeśli mój przyjaciel spędzi noc z moimi ludźmi? — zapytał szorstko Mat. — Ja nie widzę powodów, w kwaterach jest dość miejsca dla jeszcze jednego. — Po prawdzie to nie tylko dla jednego znalazłoby się miejsce. Od czasu przybycia do Ebou Dar stracił już ośmiu ludzi.
— Ja nie będę miał nic przeciwko, mój panie — odparł Surlivan, równocześnie mierząc wzrokiem wychudzonego człowieka stojącego u boku Mata i zaciskając rozważnie usta. W mętnym świetle kaftan Noala wydawał się dobrej jakości, nadto można było zauważyć zdobiące go koronki, w każdym razie i tak tamten wyglądał lepiej niż Mat. Być może to przesądziło sprawę. — A ponieważ ona nie musi o wszystkim wiedzieć, a więc również z pewnością nie zgłosi zastrzeżeń.
Mat zmarszczył czoło, nim jednak z jego ust dobyły się nierozważne słowa, przez które z pewnością ściągnąłby burzę na głowę swoją i Noala, pod bramę przygalopowali trzej Seanchanie i Surlivan odwrócił się do nich.
— Wraz z szanowną małżonką mieszkasz w Pałacu Królowej? — zapytał Noal, ruszając przez bramę.
Mat schwycił go za ramię.
— Poczekajmy, aż przejadą — powiedział, ruchem głowy wskazując jeźdźców. Jego szanowna małżonka? Przeklęte kobiety! Przeklęte kości w jego przeklętej głowie!
— pilne wieści dla Szlachetnej Lady Suroth — zaanonsował jeden z Seanchan, klepiąc równocześnie skórę kurierskiej torby, zawieszonej przez okryte zbroją ramię. Na jego hełmie widać było pojedyncze cienkie pióro, co czyniło zeń niskiego rangą oficera jednak dosiadał wysokiego wałacha, który sprawiał wrażenie naprawdę szybkiego. Pozostałe dwa konie sprawiały również niezłe wrażenie, ale nie mogły się równać z tamtym.