Выбрать главу

— Wjedźcie z błogosławieństwem Światłości — powiedział Surlivan, kłaniając się nieznacznie.

Ukłon jakim z siodła zrewanżowała się oficer Seanchan — ponieważ po chwili okazało się, że to kobieta — stanowił lustrzane odbicie gestu Surliyana.

— Błogosławieństwo Światłości i dla was — powiedziała z rozwlekłym akcentem i kopyta trzech koni zastukały po dziedzińcu stajni.

— Bardzo dziwne — zadumał się Surlivan, spoglądając w ślad za nimi. — Zawsze to nas proszą o pozwolenie na wjazd, nigdy nie pytają swoich. — Machnął laseczką w kierunku seanchańskich gwardzistów, stojących po drugiej stronie bramy. Mat nie zauważył, by bodaj przestąpili z nogi na nogę albo zerknęli w kierunku kurierów.

— A jakby zareagowali, gdybyś zabronił im wjazdu? — zapylał cicho Noal, poprawiając tobołek na plecach.

Surlivan odwrócił się na pięcie.

— Dość, że złożyłem przysięgę mej królowej — odparł głosem wyzutym z wyrazu — a ona złożyła przysięgę... temu, komu złożyła. Zaprowadź swego przyjaciela do miejsca, gdzie będzie mógł się przespać, mój panie. I ostrzeż go, że w Ebou Dar są rzeczy, które lepiej pozostawić niewypowiedziane i pytania, których lepiej nie zadawać.

Noal wyglądał na zmieszanego i zaczął protestować, że naprawię zwyczajnie był ciekaw, ale Mat wymienił tylko dalsze błogosławieństwa i grzeczności z altarańskim oficerem — tak pospieszne, jak pozwalało poczucie przyzwoitości — i powiódł swego nowego znajomego przez bramę, przyciszonym głosem wyjaśniając mu kwestie tyczące Słuchaczy. To tylko, że tamten ocalił go przed gholam, nie stanowiło dostatecznego powodu, by pozwolić mu wydać się w ręce Seanchan. Wśród seanchańskich formacji byli ludzie zwani Poszukiwaczami, a z tych nielicznych plotek na ich temat jakie udało mu się usłyszeć — nawet ci, którzy ze swadą potrafili rozprawiać na temat Straży Skazańców, nabierali wody w usta, gdy bodaj wzmiankowano Poszukiwaczy — z tych pojedynczych wzmianek wnosił, że przy Poszukiwaczach Śledczy Białych Płaszczy byli niczym chłopcy obrywający muchom skrzydełka, co było czynnością wprawdzie dość paskudną, jednak nie spędzało snu z powiek dorosłemu mężczyźnie.

— Rozumiem — powoli przytaknął tamten. — Nie wiedziałem. — Sprawiał wrażenie, jakby ta niewiedza zdenerwowała go. — Z pewnością spędzasz sporo czasu w towarzystwie Seanchan. Znasz może więc samą Szlachetną Lady Suroth? Muszę przyznać, że nie podejrzewałem, iż posiadasz takie koneksje.

— Kiedy tylko mogę spędzam czas z żołnierzami w tawernach. — kwaśno odparł Mat. Przynajmniej gdy Tylin na to pozwalała. Światłości, równie dobrze mógłby faktycznie być żonaty!— Suroth nie ma pojęcia, że w ogóle istnieję. — I żywił gorącą nadzieję, że ten stan rzeczy nie ulegnie zmianie.

Trójki konnych Seanchan nie było już nigdzie w zasięgu wzroku, ich zwierzęta z pewnością odprowadzono do stajni, tylko dobrych kilka dziesiątek sul’dam odprawiało ze swoimi damane ich porcję wieczornych ćwiczeń, wędrując wielkim kręgiem po obwodzie brukowanego dziedzińca. Prawie połowę odzianych na szaro damane stanowiły kobiety o smagłej cerze, pozbawione jednak biżuterii, którą jeszcze niedawno nosiły jako Poszukiwaczki Wiatrów. Ich widok nie był niczym niezwykłym w pałacu i okolicy — Seanchanie zebrali bogate żniwa z pokładów okrętów Ludu Morza, którym nie udało się na czas opuścić portu. Na twarzach zastygła ponura rezygnacja albo grymas odrętwienia, tylko siedem czy osiem patrzyło wprost przed siebie, wzrokiem zagubionym i zmieszanym, wciąż nie wierząc. Obok każdej z nich blisko szła pochodząca z Seanchan damane, trzymając za rękę albo otaczając ramieniem, uśmiechając się lub coś szepcząc pod pełnymi aprobaty spojrzeniami kobiet ze srebrnymi bransoletami przytroczonymi do srebrnych obroży, obejmujących ich szyje. Parę spośród tych oszołomionych kobiet wpijało się w idące obok damane, jakby ściskały koła ratunkowe. Nawet gdyby nie przemarznięta odzież, już samego tego widoku starczyłoby, aby Mata przeszył dreszcz.

Próbował jak najszybciej pokonać dziedziniec, ale miarowy ruch po okręgu koła sprawił, że obok niego znalazła się kobieta, która nie była ani z Seanchan, ani z Atha’an Miere, związana z pulchną siwiejącą sul’dam o oliwkowej skórze, swobodnie mogącą uchodzić za Altarankę, nie wspominając już o tym, że przede wszystkim roztaczała wokół siebie macierzyńską atmosferę. Jasne, że wnioskując ze sposobu w jaki odnosiła się do swej podopiecznej, musiało chodzić o matkę surową z dzieckiem najprawdopodobniej krnąbrnym. Teslyn Baradon przytyła nieco po półtora miesiąca seanchańskiej niewoli, jednak wyraz jej pozbawionej śladów wieku twarzy wciąż nasuwał podejrzenia, że trzy razy dziennie odżywia się kolczastymi pnączami. Z drugiej strony, spokojnie szła na smyczy i posłusznie stosowała się do półgłosem wypowiadanych komend sul’dam. A przystanęła tylko na moment, by skłonić się głęboko przed nim i Noalem. Zanim jednak wraz ze swoją sul’dam podjęła marsz wokół podwórza stajni, na mgnienie w jej oczach rozbłysła wyraźnie adresowana do niego nienawiść. A potem już nic, tylko spokój i posłuszeństwo. Mat widział już wcześniej na tym samym dziedzińcu damane zgięte w pół i wyjące pod rózgą za byle przewinienie. Teslyn była wśród nich. Niewiele zaznał od niej dobrego, prawdopodobnie raczej działała na jego niekorzyść, lecz nigdy nie życzyłby jej takiego losu.

— Lepsze to niż śmierć, jak sądzę — mruknął, ruszając dalej. Teslyn była twardą kobietą, bez wątpienia każdą wolną chwilę spędzała na układaniu planów ucieczki, ale być twardym to jeszcze nie wszystko. Pani Okrętów i jej Mistrz Mieczy umarli na palu bez jednego jęku, ale to ich przecież nie ocaliło.

— Naprawdę tak sądzisz? — nieobecnym tonem zapytał Noal, znów niezgrabnie szamocząc się z tobołkiem. Połamane dłonie z nożem radziły sobie dostatecznie zręcznie, gdy jednak przychodziło do innych czynności, okazywały się rozpaczliwie niezgrabne.

Mat spojrzał spod zmarszczonych brwi. Nie, wcale nie był pewien, czy tak sądzi. Te srebrne a’dam zbyt bardzo kojarzyły z niewidzialną smyczą, na której wodziła go Tylin. Ale z drugiej strony, przez resztę życia pozwoliłby Tylin drapać się pod brodą, gdyby alternatywą miał być pal. Światłości, niech te kości w jego głowie wreszcie staną i niech się to wszystko skończy! Nie, to było kłamstwo. Od kiedy wreszcie zrozumiał, co symbolizują, nigdy tak naprawdę nie chciał, by stanęły.

Pomieszczenie, które Chel Vanin dzielił z resztą ocalałych Czerwonorękich znajdowało się stosunkowo niedaleko stajni; wewnątrz gipsowane na biało ściany, niski sufit i łóżka zbyt liczne dla jeszcze żywych. Na jednym z nich spoczywał bez kaftana Vanin, niczym łysiejąca góra tłuszczu, na piersiach oparł otwartą książkę. Mat poczuł zaskoczenie na samą myśl, że tamten w ogóle umie czytać. Vanin tymczasem splunął przez szczerbę w zębach i zmierzył spojrzeniem usmarowany błotem ubiór Mata.

— Znowu się biłeś? — zapytał. — Założę się, że jej się to nic spodoba. — Nie wstał. Wyjąwszy nieliczne zaskakujące przypadki. Vanin uważał się za równie dobrego, co dowolny lord lub lady.

— Kłopoty, lordzie Mat? — warknął Harnan, zeskakując z łóżka. To był solidny człowiek, zarówno z budowy fizycznej jak usposobienia, teraz jednak jego mocne szczęki rytmicznie się zaciskały, wprawiając w ruch jastrzębia prymitywnie wytatuowanego na policzku. — Wybacz, ale nie jesteś w odpowiednim stanie na takie rzeczy. Powiedz nam jak on wyglądał, a sami się nim zajmiemy.