Thom i Beslan często wychodzili razem, nie zapraszając go do kompanii, zdarzało się, że nie było ich przez pół nocy albo pół dnia. Żaden słowem nawet się nie zająknął o treści ich knowań, choć Thom miał przynajmniej tyle przyzwoitości, żeby wyglądać na zmieszanego. Mat miał nadzieję, że w wyniku ich działań nie zginą niewinni ludzie, ich jednak nie obchodziło jego zdanie. Beslan na sam jego widok reagował źle. Juilin wciąż przemykał na wyższe pietra pałacu, w końcu został zauważony przez Suroth, w wyniku czego zarobił chłostę, podwieszony za ręce na belce w stajni. Mat odwiedził go, kiedy kurował się pod okiem Vanina — Vanin uważał, że leczenie ludzi niczym nie różni się od leczenia koni — i ostrzegł, że następnym razem będzie znacznie gorzej tylko po to chyba, by jeszcze tej samej nocy zobaczyć na korytarzu, skrzywionego bolesnym dotykiem materii koszuli na ranach. Musiało chodzić o kobietę, choć łowca złodziei za nic się nie chciał do tego przyznać. Mat podejrzewał, że mogła być w to zaangażowana jedna z seanchańskich szlachcianek. Któraś ze służących nie miałaby trudności z odwiedzaniem go w pokoju, zwłaszcza, że Thoma i tak przez większość czasu nie było.
Oczywiście nie było mowy nawet o Tuon czy Suroth, niemniej nie do nich dwu ograniczała się obecność Szlachetnej Krwi Seanchan w pałacu. Większość seanchańskiej szlachty wynajmowała na mieście pokoje, czy też — znacznie częściej — całe domy, ale część dotrzymywała towarzystwa Suroth, podobnie jak dziewczynie. Niejedna spośród kobiet wyglądała, jakby uścisk jej ramion mógł ofiarować przyjemność mężczyźnie, mimo wygolonych częściowo głów i zadzierania nosa w obliczu wszystkich, którzy mieli włosy na skroniach. Oczywiście warunkiem wstępnym było dostrzeżenie w nim mężczyzny, nie zaś kolejnego mebla stojącego na drodze. Jeśli już, to mogłoby się wydawać wątpliwe, aby taka pyszna kobieta zechciała po raz drugi zerknąć na mężczyznę mieszkającego w kwaterach dla służby; cóż, Światłość jedna wiedziała, że kobiety mają osobliwe gusta. Nie miał innego wyjścia, jak zostawić Juilina własnemu losowi. Kimkolwiek była ta kobieta, mogła jeszcze zaprowadzić łowcę złodziei na katowski pień, ale na miłosną gorączkę nie było lekarstwa — musiała wypalić się sama, nim mężczyzna zdolny był do jasnego myślenia. Kobiety potrafiły osobliwie zamącić mężczyznom w głowach.
Dzień za dniem przybywające okręty wypluwały w porcie ludzi zwierzęta i towary, tyle że masywne mury obronne miasta eksplodowałyby chyba, gdyby cała ta masa pozostawała w ich obrębie — na szczęście żywa rzeka płynęła przez miasto na wieś, wraz z rodzinami, dobytkiem i żywym inwentarzem, przygotowując się, by tam zapuścić korzenie. Tysiącami przemierzali miasto żołnierze — zdyscyplinowana piechota i kawaleria złożona z wypróbowanych weteranów — ciągnąc na północ z kolorowych zbrojach i na wschód przez rzekę. Mat zaprzestał już prób zliczenia ich. Czasami widywał dziwne stwory, chociaż zazwyczaj wyprowadzano je na brzeg za miastem, żeby uniknąć ryzykownych ulic. Torm przypominał trójokiego pokrytego brązową łuską kota rozmiaru konia, samej jego obecności starczyło, żeby wszystkie konie w okolicy dostawały szału; corim był niczym włochaty bezskrzydły ptak wzrostu człowieka, jego wyprężone uszy strzygły bezustannie, a długi dziób wyglądał, jakby tylko czekał na ciało, które można poszarpać; wreszcie s’redit o długim pysku i jeszcze dłuższych kłach. Rakeny i jeszcze od nich większe to’rakeny przelatywały ponad miastem z miejsca lądowania poniżej Rahad, wyglądały niczym wielkie jaszczurki z nietoperzymi skrzydłami, na grzbietach niosły ludzi. Nietrudno było podchwycić nazwy zwierząt — każdy seanchański żołnierz chętnie wdawał się w długie dyskusje na temat taktycznych korzyści, jakie dawali zwiadowcy na rakenach czy zdolności tropicielskich corim, na temat tego, czy s’redit nadają się do czegoś więcej prócz transportu ciężkich ładunków, oraz czy torm są naprawdę zbyt inteligentne, aby im ufać. Wielu ciekawych rzeczy dowiedział się w ten sposób od żołnierzy, którzy chcieli tego, czego chcą wojskowi wszystkich armii świata: picia, kobiet, odrobiny hazardu, niekoniecznie w tym porządku. Zazwyczaj miał do czynienia z weteranami. Seanchan stanowiło imperium większe niż wszystkie kraje zamieszkiwane przez ludy żyjące między Oceanem Aryth a Grzbietem Świata, w całości, pozostające pod rządami Imperatorowej, jednak z historią nieustannych właściwie rewolucji i buntów, które utrzymywały żołnierzy w dobrej formie. Należało oczekiwać, że z tych samych względów seanchańskich osadników niełatwo będzie wyrugować z miejsca, gdzie postanowią zostać.
Oczywiście nie wszyscy żołnierze od razu opuszczali miasto, został w nim silny garnizon złożony nie tylko z Seanchan, ale również tarabońskich lansjerów w nabijanych ćwiekami kaftanach, amadicjańskich pikinierów z napierśnikami pomalowanymi na wzór seanchańskich zbroi. I oczywiście Altaran, nie licząc zbrojnych Tylin. Wedle deklaracji Seanchan, Altaranie z głębi lądu, ci, którzy mieli czerwone pasy wymalowane ukośnie na napierśnikach, w takim samym stopniu byli ludźmi Tylin jak gwardziści w Pałacu Tarasin, co jednak, o dziwo, nie bardzo ją cieszyło. Podobnie zresztą jak nie cieszyło tych żołnierzy. Oni oraz ludzie w zieleniach i bielach Domu Mitsobar mierzyli się podejrzliwymi spojrzeniami jak koty w jednej klatce. W ogóle podejrzliwości wszędzie było sporo — Tarabonian wobec Amadicjan, Amadicjan wobec Altaran i wzajemnie, na powierzchnię wypływały zadawnione, utrwalone animozje, rzadko jednak prowadząc do poważniejszych konsekwencji niż okazjonalne grożenie pięściami i przekleństwa. Nie bez powodu z pokładów okrętów zeszło i pozostało w Ebou Dar pięć setek ludzi ze Straży Skazańców. Pod rządami Seanchan zwykły odsetek przestępstw, jakiego należy oczekiwać po każdym wielkim mieście, spadł dramatycznie, ale Straż zabrała się do patrolowania miasta w taki sposób, jakby oczekiwała, że w każdej chwili spod bruku wyłonić się mogą zastępy kieszonkowców, najemnych zbirów oraz po zęby uzbrojone zbójeckie oddziały. Dlatego też i Altaranie, i Amadicjanie, i Tarabonianie trzymali swe temperamenty na wodzy. Tylko głupiec chciałby zadzierać ze Strażą Skazańców, zwłaszcza po raz drugi. W mieście zresztą stacjonował inny całkiem jeszcze kontyngent Straży, w skład którego wchodziła setka Ogirów w barwach czerwieni i czerni. Czasami wchodzili w skład ludzkich patroli, czasami też przechadzali się samotnie, z toporami o długich drzewcach na ramieniu. W niczym nie przypominali przyjaciela Mata imieniem Loial. Tak, mieli podobne szerokie nosy i zakończone pędzelkami uszy i długie brwi, które spływały im na policzki, otaczając oczy wielkości spodków, jednak Ogrodnicy patrzyli na człowieka, jakby się zastanawiali czy przypadkiem nie przydałoby mu się wypielenie paru kończyn. Nikt nie był na tyle głupi, by choć raz zadrzeć z Ogrodnikami.
Seanchanie wylewali się z Ebou Dar, w zamian do wnętrza miasta napływały wieści. Nawet zmuszeni do nocowania na stryszkach kupcy rozsiadali się w wolnym czasie we wspólnych salach karczm, pykając fajki i dzieląc się informacjami, których inni nie posiadali. Przynajmniej w stopniu, w którym nie miało to wpływu na ich zyski. Strażnicy kupieckich karawan natomiast nie dbali o zyski w których nie mieli udziału i mówili wszystko, z czego część nawet nosiła pozory prawdy. Żeglarze raczyli opowieściami każdego, kto gotów był postawić im kufel, albo jeszcze lepiej korzenne wino a kiedy wypili dość dużo, mówili jeszcze więcej: o portach, które odwiedzili, o zdarzeniach, jakich byli świadkami. A wszystko to najpewniej rodziło się ze snów, jakie mieli od alkoholowych oparów w głowach. Wyłaniał się stąd dość jasny wizerunek ogólny — świat poza obrębem Ebou Dar burzył się niczym Morze Sztormów. Zewsząd docierały plotki o Aielach, łupiących i palących wszystko, o maszerujących armiach, nie tylko Seanchan, armiach w Łzie i Murandy, w Arad Doman i Andorze, w Amadicii, która opierała się jeszcze władzy Seanchan, oraz o licznych skupiskach zbrojnych, nie zasługujących na miano armii, w samym sercu Altary. Wyjąwszy oddziały w Altarze i Amadicii, nikt do końca nie znał zamiarów dowódców tych armii, a nawet w samej Altarze sytuacja też nie była do końca jasna. Altaranie mieli zwyczaj korzystać ze społecznych niepokojów, żeby odpłacić za urazy doznane i od sąsiadów.