Выбрать главу

Największe wzburzenie wywoływały w mieście wieści o Randzie. Mat dokładał wszelkich starań, żeby nie myśleć o nim, ani o Perrinie, jednak unikanie tych dziwnych wirów barw w głowie stanowiło zadanie naprawdę trudne, gdy imię Smoka Odrodzony go było na ustach wszystkich. Smok Odrodzony nie żyje, twierdzili jedni, zamordowany został przez Aes Sedai, kiedy cała Biała Wieża runęła nań w Cairhien, albo w Illian, albo w Łzie. Nie, twierdzili inni, został przez nie porwany i uwięziony w Białej Wieży. Nie, sam udał się do Białej Wieży i ukorzył przed Tronem Amyrlin. Ostatnia plotka cieszyła się największą wiarygodnością, ponieważ wielu ludzi rzekomo widziało na własne oczy proklamację, pisaną ręką Elaidy, z której miało to wynikać. Mat żywił odnośnie tego wszystkiego spore wątpliwości, a przynajmniej nie potrafił uwierzyć, by Rand zginął lub zaprzysiągł się Elaidzie. Z niezrozumiałego dla samego siebie powodu, miał pewność, że gdyby Rand zginął, wiedziałby o tym, zaś jeśli chodzi o tę drugą kwestię, nie potrafił uwierzyć, by tamten z własnej woli zbliżył się na odległość stu mil od Białej Wieży. Smok Odrodzony czy zwykły mężczyzna, z pewnością miał więcej oleju w głowie.

Wieści te — we wszystkich możliwych mutacjach — działały na Seanchan niczym kij wetknięty w mrowisko. O każdej porze dnia i nocy po korytarzach Pałacu Tarasin maszerowali wysocy rangą oficerowie, ze swoimi dziwnymi, zdobionymi piórami hełmami pod pachą, obcasy wybijały dźwięczny rytm po płytkach posadzki, twarze zastygały w zaciętym grymasie. Kurierzy wciąż opuszczali Ebou Dar na grzbietach koni i to’rakenów. Sul’dam i damane wycofano spod bram i posłano do patrolowania ulic, zdwojono wysiłki poszukiwania zdolnych do przenoszenia kobiet. Mat schodził oficerom z drogi i kłaniał się grzecznie sul’dam, kiedy mijał którą na ulicy. Jakkolwiek wyglądała sytuacja Randa, w Ebou Dar nie mógł mu się na nic przydać. Najpierw trzeba było wydostać się z miasta.

Rankiem następnego dnia po tym, jak gholam próbował go zabić, gdy tylko Tylin opuściła apartamenty, Mat spalił w kominku wszystkie różowe wstążki, cały ich wielki kłąb. Spalił również różowy kaftan, który kazała dlań uszyć, dwie pary różowych spodni i różowy płaszcz. Odór płonącej wełny i jedwabiu wypełnił komnatę, aż musiał otworzyć kilka okien, nie dbał o ziąb. Poczuł głęboką ulgę, przebierając się w jaskrawo-błękitne spodnie i haftowany zielny kaftan oraz niebieski płaszcz z boleśnie misternym wzorem. Nawet te wszystkie koronki już go nie wyprowadzały z równowagi. Przynajmniej żadne nie były różowe. W życiu nie chciał już na oczy widzieć nic w tym kolorze!

Nasadził kapelusz na głowę i wykuśtykał z Pałacu Tarasin ze świeżym postanowieniem znalezienia gdzieś bodaj najnędzniejszej komórki, w której mógłby gromadzić rzeczy niezbędne do ucieczki, choćby w tym celu trzeba było po dziesięć razy odwiedzić każda tawernę, karczmę i żeglarską melinę w mieście. Tym razem nie będzie omijał nawet Rahad. Choćby miał po sto razy tam wracać! Szare mewy i czarnoskrzydłe brzytwodzioby kołowały po ołowianym niebie, które znowu zwiastowało deszcz, a lodowaty wiatr hulający po Mol Hara miał posmak soli i szarpał połami płaszcza, Mat wbijał obcasy butów w bruk, jakby chciał strzaskać kamienie. Światłości, jeśli będzie trzeba odjedzie z Luką w tym co ma na grzbiecie. Może tamten pozwoli mu zapracować na podróż w charakterze błazna! Z pewnością pomysł by mu się spodobał. Dzięki temu mógłby przynajmniej być blisko Aludry i jej sekretów.

Przeszedł przez całą szerokość placu nim zdał sobie sprawy że przez cały czas wbija wzrok we fronton szerokiego białego budynku, który przecież dobrze znał. Godło nad łukiem sklepionymi drzwiami oznajmiało “Wędrowną Kobietę”. Z gospody wychodził właśnie wysoki mężczyzna o pogodnej, okrągłej twarzy i siwych skroniach, w czerwono-czarnej zbroi— na hełmie pod pacha kołysały się trzy cienkie czarne pióra. Tamten przystanął, czekając aż mu przyprowadzą konia. Nie patrzył na Mata, a Mat unikał spoglądania na niego. Niezależnie od miłego wyglądu, mimo wszystko był ze Straży Skazańców i to na dodatek w randze generała sztandaru. Ponieważ “Wędrowna Kobieta” znajdowała się blisko pałacu, prawie wszystkie pokoje wynajmowali w niej wyżsi oficerowie Seanchan, z tego też powodu Mat nie bywał w tym miejscu od czasu, gdy wstał z łóżka. Prości seanchańscy żołnierze nie byli jeszcze tacyźli, zawsze gotowi grać w kości przez pól nocy i postawić kolejkę, jednak oficerowie wysokiej rangi równie dobrze mogliby się wywodzić ze szlachty. Niemniej, gdzieś musiał zacząć.

Wspólna sala gospody była nieomal w takim samym stanie, jak ją zapamiętał — wysoki sufit i jasne światło lamp płonących pod ścianami mimo wczesnej pory. Przed zimnem chroniły solidne okiennice na wysokich, sklepionych łukami oknach, na dwu długich kominkach buzował ogień. W powietrzu wisiała lekka mgiełka fajkowego dymu oraz zapach dobrego jedzenia, docierający z kuchni. Dwie flecistki i mężczyzna z bębenkiem między kolanami grali szybką, ostrą eboudariańską melodię, do której aż chciało się przytupywać. Jak dotąd wszystko wyglądało nie inaczej niż wówczas, gdy tu mieszkał. Na wszystkich krzesłach siedzieli jednak seanchanie, jedni w zbrojach, inni w długich haftowanych kaftanach, pili, rozmawiali, studiowali mapy rozłożone na stołach, siwiejąca kobieta z płomieniem der’sul’dam wyhaftowanym na ramieniu najwyraźniej składała raport przy jednym ze stołów, przy innym koścista sul’dam z damane o okrągłej twarzy przyjmowały rozkazy. Liczni Seanchanie mieli z boku i z tyły wygolone głowy tak, że wyglądali, jakby na karku mieli kule do gry; pozostałe włosy spływały na plecy na wzór szerokiego końskiego ogona, sięgającego u mężczyzn do ramion, a u kobiet niekiedy i do talii. W większości była to zwyczajna szlachta, nie zaś żadna arystokracja, ale nie miało to większego znaczenia. Lord pozostawał lordem, a poza tym, ci mężczyźni i kobiety, zamawiający u służącej właśnie kolejne napitki, mieli na twarzach ten pogardliwy wyraz właściwy oficerom, co oznaczało, że ci którym się wysługiwali w ten sposób, musieli być oficerami jeszcze wyższej rangi, która mogła już człowiekowi napytać biedy. Kilku zauważyło Mata i zmarszczyło brwi, omal nie wyszedł.

Wtedy jednak zobaczył karczmarkę schodzącą po pozbawionych poręczy schodach w głębi sali, stateczną kobietę o migdałowych oczach, przetykanych siwizną włosach, z wielkimi złotymi kolczykami w uszach. Setalle Anan nie pochodziła z Ebou Dar, podejrzewał, że nawet nie urodziła się w Altarze, ale nosiła małżeński nóż, zwisający rękojeścią w dół na srebrnym łańcuszku w głębokim wąskim dekolcie oraz długi zakrzywiony nóż przy pasku. Zdawała sobie sprawę, że powinna go traktować jak lorda, nie był jednak pewien, do jakiego stopnia w to wierzy i co niby miałoby wyniknąć, gdyby nawet wszystkie te bzdury wzięła na poważnie. W każdym razie teraz zobaczyła go w tym samym momencie uśmiechnęła się, przyjacielskim, ciepłym uśmiechem, który sprawił, że jej twarz zaczęła wyglądać jeszcze ładniej. Nie miał innego wyjścia, jak podejść i się przywitać, zapytać grzecznie o zdrowie, oczywiście bez przesady. Jej umięśniony mąż był kapitanem rybackiego kutra, ozdobionym większą ilością blizn po pojedynkach niż Mat chciałby sobie wyobrażać. Z miejsca zaczęła wypytywać o Nynaeve i Elayne oraz, ku jego zaskoczeniu, o losy Rodziny. Nie miał pojęcia, że w ogóle zdawała sobie sprawę z ich istnienia.