Osłonięta woalką twarz zwróciła się w jego stronę. Tak naprawdę śliczna twarz, można by ją nawet nazwać piękną, gdyby jej właścicielka choć raz spojrzała wzrokiem, który by nie sprawiał wrażenia, że zaraz kogoś ugryzie. Nie wydawało mu się już, że przypomina chłopca — szerokie, obcisłe paski, które zawsze nosiła uwydatniały krągłości — niemniej prawie tak było. Rzadko kiedy zdarzało mu się patrzeć na dorosłą kobietę młodszą od jego babci i nie zastanawiać się niezobowiązująco, jak by to było zatańczyć z nią albo może ją pocałować. Odnosiło się to również do tych pysznych seanchańskich kobiet Krwi, jednak nigdy taka myśl nie przyszła mu do głowy w obecności Tuon. Kobieta przecież musi mieć coś, co można otoczyć ramieniem, w przeciwnym razie po co?
— Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby Tylin mogła coś takiego posiadać — powiedziała chłodno z miękkim akcentem, stawiając włócznię o długim ostrzu obok łuku — a więc musi należeć do ciebie. Co to jest? Skąd to masz? — Te zimne żądania wyjaśnień sprawiły, że zacisnął szczęki. Ta przeklęta kobieta równie dobrze mogłaby rozkazywać służącemu. Światłości, na ile się orientowała, nie wiedziała nawet jak on ma na imię! Tylin powiedziała mu, że od oferty kupna, ani razu nie zapytała o niego ani nie wspomniała o nim.
— To się nazywa włócznia, moja pani — powiedział, dławiąc w sobie pokusę, by oprzeć się o framugę drzwi i zatknąć kciuki za pas. Mimo wszystko była z seanchańskiej Krwi. — Kupiłem ją.
— Zaoferuję ci cenę dziesięciokrotnie wyższą niż zapłaciłeś powiedziała. — Wymień ją.
Omal się nie zaśmiał. Naprawdę chciało mu się śmiać, choć z pewnością nie byłby to wesoły śmiech. Nie: “czy nie zechciałbyś sprzedać”, ale: “kupię ją i oto ile zapłacę”.
— Cena nie została zapłacona w złocie, moja pani. — Mimowolnie jego dłoń powędrowała do czarnej szarfy, upewniając się że wciąż skrywa ona poszarpaną bliznę otaczającą szyję.— Tylko głupiec skłonny byłby ją zapłacić, a cóż dopiero pomnożyć przez dziesięć.
Przez chwilę przyglądała się mu, wyraz jej twarzy pozostaw niemożliwy do odczytania, niezależnie od przezroczystości woalki. I nagle, znowu mógł już zupełnie nie istnieć. Przeszła obok niego, jakby go wcale nie było i opuściła apartamenty.
Ale nie był to jedyny raz, gdy przyszło im się spotkać sam na sam. Rzecz jasna, nie zawsze towarzyszyły jej Anath lub Selucia czy też straż przyboczna, lecz zdawało mu się, że jakoś nazbyt często, kiedy decydował się po coś wrócić, spotykał ją samą, albo kiedy raptownie wybiegał z pokoju, ona stała pod drzwiami. Więcej niż raz, opuszczając pałac, spoglądał przez ramię i widział w oknie jej zawoalowaną twarz. Prawda, nie było w tym nic z jakiegoś bezczelnego gapienia się. Obrzucała go pojedynczym spojrzeniem i odwracała się, jakby w ogóle nie istniał, zerkała przez okno i natychmiast gdy ją zobaczył, znowu wracała do pomieszczenia. Była niczym stojąca lampa w korytarzu albo kamień bruku na Mol Hara Powoli zaczynało go to irytować. Mimo wszystko ta kobieta chciała go kupić. Coś takiego może samo przez się zdenerwować każdego człowieka.
Nawet dziwne zachowanie Tuon nie potrafiło zburzyć jednał rosnącego w nim przekonania, że wreszcie wszystko toczy się w właściwy sposób. Gholam nie wrócił, on zaś zaczął żywić nadzieję, że może wybrał łatwiejsze “żniwa”. W każdym razie, trzymał się z daleka od ciemnych i pustych miejsc, gdzie najłatwiej mógł go napotkać. Medalion chronił go znakomicie, ale jeszcze lepszej ochrony dostarczał gęsty tłum. Podczas jego ostatniej wizyty Aludrze prawie się coś wymsknęło — tego był pewien — zanim się opamiętała i pospiesznie wygnała go ze swojego wozu. Nie było takiej rzeczy, którą kobieta potrafi przed człowiekiem zataić, jest dostatecznie często będzie ją całował. Trzymał się z dala od “Wędrownej Kobiety”, żeby nie wzbudzać podejrzeń Tylin, ale Nerim i Lopin systematycznie i zręcznie przemycali jego rzeczy do piwnicy gospody. Moneta za monetą, już połowa zawartości okutej żelazem szkatułki przewędrowała spod łóżka Tylin do otworu pod posadzką kuchni w gospodzie.
Zresztą tamta skrytka też zaczynała go trochę niepokoić. Była jak najbardziej odpowiednia na ukrycie szkatułki, próbując ją rozbić, można by skruszyć niejedno dłuto. Poza tym wówczas on mieszkał na piętrze gospody. Teraz jednak jego złoto trafiało po prostu zwyczajnie luzem do dziury po tym jak Setalle pozamiatała kuchnię. A co, jeśli ktoś się zacznie zastanawiać, dlaczego ona wygania wszystkich po przyjściu Lopina i Nerima? Każdy przecież mógł unieść ten kamień, gdyby wiedział, gdzie patrzeć. Musi się osobiście upewnić, czy wszystko w porządku. Dopiero potem, długo potem będzie się zastanawiać, dlaczego te przeklęte kości go nie ostrzegły.
19
Trzy kobiety
Kiedy Mat wędrował przez Mol Hara, wiatr dął z północy a słońce jeszcze na dobre nie wzeszło, co wedle lokalnych mieszkańców miało zwiastować deszcz — i faktycznie, niebo szczelnie zaciągnięte chmurami zdawało się potwierdzać tę mądrość. Z wspólnej sali “Wędrownej Kobiety” zniknęli oczywiście ci goście, których miał tam okazję widzieć wcześniej, tym razem nie było ani jednej sul’dam czy damane, jednak wciąż pełna była Seanchan i fajkowego dymu. Muzykanci też jeszcze się nie pojawili. Większość zajęta była śniadaniem, niektórzy niepewnie wpatrywali się w swoje miski, jakby nie do końca przekonani do zaproponowanego posiłku — sam żywił podobne uczucia wobec dziwnej białej owsianki, konsumowanej na śniadanie w Ebou Dar — ale nie wszyscy jedli. Przy jednym stole trzej mężczyźni i kobieta w długich haftowanych szatach oddawali się grze w karty i paleniu, ich głowy ogolone były na modłę pomniejszej szlachty. Złoto na ich stole na moment przykuło uwagę Mata, grali o naprawdę wysokie stawki. Największy stos monet spoczywał przed drobnym ciemnowłosym mężczyzną, o skórze czarnej jak Anath, który uśmiechał się drapieżnie do swych przeciwników, zagryzając bardzo długi cybuch fajki o srebrnej główce. Mat jednak dysponował własnym złotem, a szczęście dopisujące mu w kartach nigdy nie dorównywało szczęściu w kościach.
Okazało się jednak, że pani Anan jeszcze pod osłoną ciemności poszła załatwić to czy tamto, o czym poinformowała gości córka, Marah, której powierzono pieczę nad gospodą. Marah była przyjemnie pulchna, miała te same wielkie, śliczne oczy o migdałowej barwie co matka, suknie miała po lewej stronie podszyte aż do pół uda, coś, na co pani Anan nie zgodziłaby się w czasach, gdy jeszcze Mat u niej mieszkał. Nieszczególnie ucieszyła się na jego widok, zmarszczyła brwi, gdy tylko podszedł bliżej. W czasie, gdy tu wynajmował pokój, z jego ręki padło dwóch ludzi— byli to złodzieje, którzy nadto chcieli go zabić, ale takie rzeczy nie zdarzały się pod “Wędrowną Kobietą”. Kiedy się wówczas wyprowadzał, wyraźnie dała mu do zrozumienia, że przyjmuje ten fakt z zadowoleniem.
Marah również nieszczególnie interesowało, czego teraz sobie życzy, on zresztą nie mógł jej wyjaśnić. Tylko pani Anan wiedziała o skrytce pod posadzką w kuchni, przynajmniej taką żywił nadzieję, z pewnością zaś nie miał zamiaru dzielić się tą informacją we wspólnej sali. A więc zmyślił na poczekaniu opowiastkę o tym, jak to zatęsknił za serwowanymi przez kucharza potrawami i zerkając na tę podpiętą spódnicę, zasugerował, że być może tęsknił za czymś jeszcze. Nie potrafił pojąć, dlaczego odsłonięcie odrobiny halki miałoby uchodzić za skandaliczne, skoro wszystkie kobiety paradowały po Ebou Dar ukazując piersi do połowy, a jeśli Marah czuła się tak frywolnie, kilka komplementów specjalnie mu nie zaszkodzi. Uśmiechnął się więc najlepiej jak potrafił.