Выбрать главу

Ponieważ skończyła przed Renną, Bethamin musiała zaczekać u stóp schodów, póki druga sul’dam nie zejdzie na dół.

— Zanieś to Essonde wraz z własnym sprawozdaniem — rozkazała, wkładając w ręce Renny tabliczkę, zanim tamta zeszła z ostatniego stopnia. Nie zaskoczyło jej, że Renna zareagowała na polecenie równie pokornie, co na wcześniejszy rozkaz i spiesznie ruszyła, po drodze zerkając na raport, jakby się bała, że zawiera jakieś uwagi na jej temat. Stała się zupełnie inną kobietą niż była przed Falme.

Bethamin wzięła swój płaszcz, opuściła pałac i początkowo zamierzała wrócić do gospody, gdzie z konieczności dzieliła łóżko Dwoma innymi sul’dam, ale tylko na krótką chwilę, jakiej trzeba aby wyjąć trochę pieniędzy ze szkatułki. Inspekcja zagród była jedynym obowiązkiem w dzisiejszym planie dnia, resztę czasu miała dla siebie. Dla odmiany, zamiast szukać sobie dodatkowych zajęć, spędzi go kupując pamiątki. Może taki nóż, co te lokalne kobiety nosiły na szyi, jeśli uda jej się znaleźć taki bez klejnotów na rękojeści, za którymi najwyraźniej przepadały. I na pewno emalię — była tu równie znakomita jak w Imperium, a wzory takie... obce. Zakupy ją uspokoją. A potrzebował uspokojenia.

Kamienie placu Mol Hara wciąż jeszcze lśniły wilgocią po porannym deszczu, w powietrzu wisiała rześka woń soli, przywodząc na myśl rodzinną wioskę na brzegu Morza L’Heye, jednak mroźny chłód sprawił, że ciaśniej otuliła się płaszczem. W Abunai nigdy nie był tak zimno, a niezależnie od licznych podróży nigdy do tego nie przywykła. Myśl o domu nie przyniosła spodziewanej pociechy. Kiedy wędrowała zatłoczonymi ulicami, wciąż nie potrafiła zapomnieć o Rennie i Secie, co sprawiało, że ciągle wpadała na ludzi, a raz nawet pod kawalkadę wozów kupieckich opuszczających miasto. Dopiero krzyk woźnicy wyrwał ją z zamyślenia, odskoczyła w ostatniej chwili. Wóz przetoczył się z łoskotem przez miejsce, które przed chwilą zajmowała, a zacinająca batem kobieta nawet na nią nie spojrzała. Ci obcy nie mieli pojęcia o szacunku należnym sul’dam.

Renna i Seta. Wszyscy, którzy byli pod Falme musieli zmagać się ze wspomnieniami, których najchętniej by się pozbyli, wspomnieniami, o których nie rozmawiali, chyba że wypili zbyt dużo. Z nią było podobnie, pominąwszy fakt, że jej pamięci nie nawiedzały obrazy walki z na poły widzialnymi duchami z legend ani groza porażki, ani szaleńcze wizje na niebie. Ile razy żałowała, że tamtego dnia poszła na górę? Tylko dlatego, ponieważ chciała się dowiedzieć, jak się wiedzie Tuli, damane szczególnie uzdolnionej w obróbce metali. Ale zajrzała do zagrody Tuli. I zobaczyła Rene oraz Setę, szaleńczymi ruchami próbujące zerwać z własnych karków a’dam, wrzeszczące z bólu, zgięte w pół od mdłości i wciąż szarpiące za obroże. Przody sukienek miały poplamione wymiotami. W swoim szaleństwie w ogóle nie dostrzegły, kiedy przerażona zamknęła za sobą drzwi.

Przerażenie zresztą nie brało się wyłącznie stąd, że w dwóch a’dam objawiły się znienacka marath’damane, ale sięgało znacznie bardziej osobistych pokładów. Nie raz zdawało jej się, że jest w stanie prawie dojrzeć sploty damane, a zawsze potrafiła wyczuć obecność damane i jej siłę. Wiele sul’dam to potrafiło, powszechnie uznawano, że umiejętność ta bierze się z długiej praktyki pracy z a’dam. Widok szaleństwa tamtych wzbudził jednak w jej głowie niepożądane myśli, w nowym i przerażającym stawiając świetle wszystko co dotąd brała na wiarę. Czy prawie widziała sploty, czy widziała je naprawdę? Czasami wydawało jej się, że samo przenoszenie, również wykrywała. Nawet sul’dam musiały przechodzić doroczne próby aż do dwudziestych piątych imienin, ona zaś ani razu nie miała kłopotów. Tyle, że... Jeśli prawda na temat Renny i Sety wyjdzie na jaw, zostaną zarządzone nowe próby, mające na celu odkrycie marath’damane, którym jakimś sposobem udało się przejść próby dotychczasowe. Pod takim ciosem mogą zatrząść się fundamenty Imperium. A z obrazem Renny i Sety wypalonym pod czaszką, wiedziała już z całkowitą pewnością, że po tych próbach Bethamin Zeami nie będzie już dłużej szanowaną obywatelką. Jej miejsce zajmie damane o imieniu Bethamin, niewolnica Imperium.

Wciąż dręczyło ją poczucie winy. Osobiste obawy przedłożyła nad interesy Imperium, nad wszystko co uważała za słuszne, prawdziwe i dobre. Na Falme zstąpiła wojna i koszmar, ale ona nie pognała, by połączyć się ze swoją damane i ruszyć w wir bitwy, zamiast tego skorzystała z zamieszania, ukradła konia i uciekła, tu szybko i tak daleko, jak tylko mogła.

Zrozumiała, że mimowolnie przystanęła, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w wystawę sklepu szwaczki. Zresztą znajdujące się na niej towary wcale jej nie interesowały. Niebieska suknia z czerwonymi emblematami błyskawic była jedyną, którą wkładała na siebie przez te lata i jedyną, którą wkładać chciała. Z pewnością też nie założyłaby nic, co by ją tak nieprzystojnie obnażało. Poszła dalej, a skraj spódnicy oplatał jej kostki, wciąż jednak nie potrafiła przepędzić myśli o Rennie i Secie, oraz Suroth.

Alwhin najwyraźniej musiała odkryć parę sul’dam w obrożach i doniosła o tym Suroth. A Suroth nie pozwoliła, by wieści te dotarły do Imperium, chroniąc Rennę i Setę, niezależnie, jak mogło to okazać niebezpieczne. A co, jeśli znienacka zaczną przenosić? Prawdopodobnie dla Imperium lepiej byłoby, gdyby zaaranżowała ich śmierć, chociaż zabicie sul’dam było traktowane jako morderstwo, nawet gdy chodziło o kogoś ze Szlachetnej Krwi. Dwa podejrzane zgony wśród sul’dam z pewnością ściągnęłyby poszukiwaczy. Tak więc Renna i Seta były wolne, jeśli tym słowem można całą rzecz określić, pamiętać bowiem należało, że nigdy nie pozwoli im się na połączenie w parę. Alwhin wypełniła swój obowiązek i została przez Suroth uhonorowana awansem na jej Głos. Suroth również wypełniła swój obowiązek, jakkolwiek nie musiał wydawać jej się obrzydliwy. Nie było żadnych nowych prób. Jej ucieczka na nic się nie zdała. A gdyby wówczas została na miejscu, nie znalazłaby się w Tanchico, co stanowiło koszmar, o którym wolałaby zapomnieć jeszcze chętniej niż o tym, co zrobiła w Falme.

Obok przemaszerował oddział Straży Skazańców w lśniących zbrojach, a Bethamin przystanęła, by popatrzeć. Tłum rozstępował się przed nimi, jak fale morskie przed dziobem dreadnoughta pod pełnymi żaglami. Gdy Tuon wreszcie zdejmie woalkę, w całym mieście, w całym kraju zapanuje radość i zacznie świętowanie, jakby akurat właśnie przybyła. Myśląc w ten sposób o Córce Dziewięciu Księżyców, czuła, jak ją wypełnia przyjemność zaprawiona poczuciem winy, identyczna z uczuciem, którego doznawała, gdy w dzieciństwie jeszcze zdarzyło jej się zrobić coś zakazanego, choć oczywiście, póki Tuon nie zrzuciła woalki, była zwykłą Szlachetną Lady Tuon, a więc nikim bardziej szlachetnym od Suroth. Odział Straży Skazańców przeszedł obok wybijając rytm buciorami — oto byli żołnierze sercem i duszą oddani Imperium i Imperatorowej — Bethamin zaś poszła w przeciwną stronę. Co stanowiło zupełnie udaną metaforę, ponieważ ona sercem i dusza dana była tylko sprawie własnej wolności.

“Złote Łabędzie Niebios” była to dość pompatyczna nazwa dla maleńkiej gospody wciśniętej między stajnie miejskie i sklep z emalią. Ten drugi pełen był oficerów armii, kupujących wszystko, co mogli tylko w nim znaleźć, te pierwsze pełne były koni pozyskanych w drodze loterii i jeszcze nie przydzielonych nikomu, natomiast “Złote Łabędzie” pełne były sul’dam. Po prawdzie, to słowo “nabite” byłoby znacznie trafniejsze oraz czasownik “bywały”, zwłaszcza po zmroku. Bethamin mogła mówić o szczęściu, że trafiły jej się tylko dwie towarzyszki łoża. Zgodnie z rozkazem, który nakazywał jej przyjąć pod swój dach, ile tylko będzie mogła, karczmarka upychała po cztery, pięć do jednego łóżka gdy tylko uznała, że się zmieszczą. Ale pościel była czysta, a jedzenie całkiem dobre, nawet jeśli dziwne w smaku. Biorąc zaś pod uwagę, że alternatywą był stryszek z sianem, należało się zadowolić tym, co się ma.