Выбрать главу

O tej porze wszelako okrągłe stoły we wspólnej sali były puste, Niektóre z mieszkających w gospodzie sul’dam z pewnością miały obowiązki do wykonania, pozostałe zaś najpewniej unikały karczmarki. Z zaplecionymi na piersiach ramionami i marsem na czole Darnella Shoran przyglądała się, jak kilka służących pracowicie myje posadzkę z zielonych płytek. Była kobietą kościstą z siwymi włosami upiętymi na karku oraz końską szczęką, która nadawała jej wojowniczy wygląd — mimo tego bezsensownego noża o rękojeści wysadzanej tanimi białymi i czerwonymi klejnotami mogłaby spokojnie ujść za der’sul’dam. Służące kobiety rzekomo były wolne, jednak skakały niczym niewolnice na jedno słowo karczmarki.

Bethamin sama aż podskoczyła, kiedy tamta natarła na nią.

— Wiesz, jakie tu obowiązują reguły dotyczące mężczyzn, pani Zeami? — zapytała. Po całym tym czasie leniwy akcent tych ludzi wciąż brzmiał dziwnie. — Słyszałam o waszych obcych zwyczajach i jeśli faktycznie jest to prawdą, to wasza sprawa, byle nie pod moim dachem. Jeżeli chcecie się spotykać z mężczyznami, róbcie, to gdzie indziej!

— Zapewniam panią, że nie spotykam się z mężczyznami ani tutaj, ani nigdzie indziej, pani Shoran.

Karczmarka spojrzała na nią podejrzliwie.

— Cóż, przyszedł tutaj i pytał o ciebie z imienia. Przystojny blondyn. Nie chłopiec, ale również nieszczególnie stary. Z waszej zgrai, tak rozciągał słowa, że ledwie go można było zrozumieć.

Starając się mówić pojednawczym tonem, Bethamin próbowała wytłumaczyć tamtej, że nie zna nikogo, kto odpowiadałby temu opisowi że przy wszystkich jej obowiązkach naprawdę nie ma czasu na mężczyzn. I jedno, i drugie było prawdą, jednak oczywiście skłamałaby, gdyby się to okazało konieczne. “Złote Łabędzie” nie zostały jeszcze zmilitaryzowane, a trzy w jednym łóżku, to znacznie lepiej niż stryszek na siano. Próbowała wysondować, czy tamta nie miałaby ochoty na jakiś drobny podarunek przy okazji zakupów, ale ta obraziła się, gdy zaproponowała jej nóż z większą liczbą bardziej barwnych klejnotów. Nie miała na myśli nic naprawdę kosztownego, nic co można by traktować jako łapówkę — a przynajmniej nie do końca — jednak pani Shoran tak rzecz całą zrozumiała, nadymając się i marszcząc czoło z rozdrażnieniem. Tak czy siak, nie miała pojęcia, czy bodaj w najmniejszym stopniu udało jej się wpłynąć na zmianę nastroju tamtej. Z jakiegoś powodu karczmarka uważała, że one cały wolny czas spędzają, tarzając się w rozpuście. Wciąż marszczyła czoło, gdy Bethamin szła już po pozbawionych poręczy schodach na tylnej ścianie wspólnej sali udając do ostatniej chwili, że nawet przez myśl nie przeszło jej nic innego prócz zakupów.

Tożsamość tamtego mężczyzny nie dawała jej spokoju. Z opisu żadną miarą nie potrafiła się domyślić, kto to mógł być. Najprawdopodobniej jego wizyta związana była ze śledztwem, jakie prowadziła, w takim wypadku jednak, skoro potrafił aż tu za nią dotrzeć, znaczy, że była zbyt mało dyskretna. Niewykluczone, że niebezpiecznie niedyskretna. Mimo to pragnęła, żeby jeszcze raz przyszedł. Musiała wiedzieć. Musiała!

Otworzyła drzwi do swojego pokoju i zamarła. Niemożliwe. Jej żelazna szkatułka stała na łóżku z otwartym wiekiem. Zamek był naprawdę mocny, a jedyny klucz do niego znajdował się na dnie jej sakwy. Nadto złodziej wciąż był w środku i co najdziwniejsze, kartkował jej dziennik! Jak, na Światłość, udało mu się przejść pod czujnym okiem pani Shoran?

Paraliż trwał tylko chwilę. Wyciągnęła z pochwy swój nóż i otworzyła usta, by krzyczeć o pomoc.

Wyraz twarzy tamtego nie zmienił się wcale i ani nie spróbował uciec, ani jej zaatakować. Po prostu wyjął ze swojej sakwy jakiś drobny przedmiot i uniósł do góry, żeby zobaczyła — i dopiero wtedy powietrze w jej gardle stanęło ołowiem. Odrętwiałą, dłonią wsunęła sztylet z powrotem do pochwy i wyciągnęła przed siebie dłonie, aby pokazać mu, że nie jest uzbrojona i nie ma zamiaru sięgać po broń. W palcach trzymał płytkę z kości słoniowej obrzeżoną złotem, na której wygrawerowano kruka i wieżę. Znienacka zobaczyła w nim mężczyznę: blondyna w średnim wieku. Niewykluczone, że naprawdę był przystojny, jak to powiedziała pani Shoran, ale tylko szalona mogłaby myśleć o Poszukiwaczu Prawdy w ten sposób. Dzięki Światłości, w dzienniku nie zapisy wała nic ryzykownego. Ale on i tak musi wiedzieć. Pytał o nią z imienia. Och, Światłości, na pewno wie!

— Zamknij drzwi — powiedział cicho, wsuwając plakietkę z powrotem do sakwy, ona zaś posłuchała. Choć nogi same rwały się do ucieczki. A równocześnie kolana uginały, by na klęczkach błagać o litość. Był Poszukiwaczem, więc stała tylko, trzęsąc się. Ku jej zaskoczeniu wrzucił dziennik do szkatułki i gestem wskazał jedyne w pokoju krzesło. — Siadaj. Po co masz się niepotrzebnie męczyć.

Powoli odwiesiła płaszcz i zajęła miejsce na krześle, choć raz wcale jej nie obchodziło, jak niewygodne i dziwne było drabinkowate oparcie. Nawet się nie starała ukrywać dreszczy. Nawet ktoś z Krwi, nawet ktoś ze Szlachetnej Krwi, mógłby trząść się podczas przesłuchania przez Poszukiwacza. Została jej już tylko odrobina nadziei. Wciąż nie kazał jej pójść ze sobą. Może mimo wszystko nie wiedział.

— Wypytywałaś o kapitana żeglugi o imieniu Egeanin Sarna — zapytał. — Dlaczego?

Nadzieja słabła wraz z każdym ciężkim łomotem w piersiach.

— Szukałam starej przyjaciółki — odrzekła drżącym głosem. Najlepsze kłamstwa to takie, które zawierają jak najwięcej prawdy. — Byłyśmy razem pod Falme. Chciałam sprawdzić, czy przeżyła. — Okłamywanie Poszukiwacza kwalifikowane było jako zdrada, lecz ona swą pierwszą zdradę popełniła już dawno temu, kiedy uciekła spod Falme.

— Żyje — poinformował ją uprzejmie. Nie spuszczając z niej wzroku, siadł w nogach łóżka. Jego oczy były niebieskie i powodowały, ze najchętniej otuliłaby się płaszczem. — Obecnie jest bohaterem, Zielonym Kapitanem i lady Egeanin Tamarath. Taką otrzymała nagrodę od Szlachetnej Lady Suroth. Również przebywa tutaj, w Ebou Dar. Odnowisz łączącą was przyjaźń. A potem będziesz mi donosić, z kim się widuje, gdzie chadza, co mówi. Wszystko.

Bethamin zacisnęła szczęki, nie chcąc się zanieść histerycznym śmiechem. Chodziło mu o Egeanin, nie o nią. Światłości chwała! Chwała Światłości i jej nieskończonemu miłosierdziu! Chciała się tylko dowiedzieć, czy ta kobieta wciąż żyje, czy trzeba powziąć środki ostrożności. Egeanin uwolniła ją raz, jednak w ciągu dziesięciu lat, od których Bethamin ją znała, stanowiła istny wzór obowiązkowości. Zawsze istniała możliwość, że doniesie o własnym pojedynczym wykroczeniu, niezależnie ile miałoby to ją kosztować, ale dziwa nad dziwy, nie zrobiła tego. A ten Poszukiwacz miał ją na uwadze, nie zaś...! Przed jej oczyma zaczęły się malować nowe możliwości, teraz już mające rangę pewności, straciła ochotę, by się śmiać.

— Jak...? Jak miałabym odnowić naszą przyjaźń? — Tak czy siak, nigdy to nie była przyjaźń, co najwyżej znajomość, ale teraz było już za późno o tym wspominać. — Powiedziałeś, że została wyniesiona w szeregi Krwi. Inicjatywa musi wyjść od niej. — Strach dodał jej śmiałości. A równocześnie przepełnił paniką, jak wtedy w Falme. — Dlaczego chcesz ze mnie zrobić swojego Słuchacza? W każdej chwili, kiedy tylko zechcesz możesz ją wziąć na przesłuchanie. — Ugryzła się od środka w policzek, żeby pohamować język. Światłości, niczego chyba nie pragnęła mniej, niż tego co w ostatnim zdaniu zaproponowała.