Выбрать главу

— A więc znalazłeś to, czegoś tu szukał? — Spojrzał na nią spod zmarszczonych brwi, a wtedy uśmiechnęła się i poklepała po ramieniu. — Gdybyś przybył do Far Madding, sądząc,że podbijesz miasto potęgą swego imienia, wyjechałbyś, zdawszy sobie sprawę, że nie potrafisz tu przenosić. Pozostawał więc tylko wniosek, że czegoś lub kogoś tu szukałeś.

— Może. Może znalazłem to, czego mi było trzeba — odparł grzecznie. Ale nie to, czego chciał.

— Wobec tego, Rand, przyjdź dziś wieczorem do pałacu Barsalli, na Wzgórzach. Każdy ci wskaże drogę. Ze swej strony mam już pewność, że ona cię wysłucha. — Chciała się otulić płaszczem i jakby dopiero w tej chwili zdała sobie sprawę, że okrycie całe ocieka wodą. — Ojej. Muszę się osuszyć. Tobie radzę to samo. — Odwróciła się, by odejść i jeszcze spojrzała nań przez ramię. Ciemne oczy nie mrugały. Znienacka znikło gdzieś jej roztargnienie. — Mogłeś sobie znaleźć doradczynię znacznie gorszą niż Cadsuane, Rand, ale wątpię, byś gdzieś spotkał lepszą. Jeżeli się zgodzi, a ty nie okażesz się głupcem, będziesz jej słuchał. — I zniknęła w strugach deszczu, krocząc majestatycznie niczym bardzo pulchny łabędź.

“Czasami ta kobieta mnie przeraża” — mruknął Lews Therin, a Rand pokiwał głową. Cadsuane wprawdzie nie przerażała go, jednak w jej towarzystwie miał się na baczności. Podobnie zresztą jak w towarzystwie wszystkich Aes Sedai, które nie uklękły przed nim. Nynaeve była jedynym wyjątkiem. Zresztą i jej momentami nie był pewien.

Kiedy wędrował ku odległej o dwie mile “Głowie Radczyni”, deszcz przestał padać, zerwał się wiatr. Skrzypiało kołyszące się na zawiasach ponad drzwiami godło gospody: srogie oblicze kobiety w wysadzanym klejnotami diademie Pierwszej Radczyni. Wspólna sala gospody była znacznie niniejsza niż pod “Złotym Kołem” ale panele boazerii były tu rzeźbione i wypolerowane, a stołów pod czerwonymi belkami sufitu nie rozstawiono tak gęsto. Czerwone było też przejście do Kobiecej Sali i ozdobione misterną koronką rzeźbień, podobnie jak gzymsy kominków z bladego marmuru. Pod“Głową Radczyni” służący spinali długie włosy srebrnymi spinkami. Z całej obsługi na sali było ich tylko dwóch — stali obok drzwi do kuchni — ale też nie było co robić: każdy z trzech mężczyzn, siedzących przy oddzielnych stołach, miał przed sobą pucharek z winem, w którym utkwił wzrok. Zapewne konkurencja, wnioskując z ukradkowych spojrzeń, jakimi się od czasu do czasu obrzucali. Jeden z nich — ten siwiejący i posunięty w latach — miał na sobie kaftan z szarego jedwabiu, drugi — szczupły z ostrymi rysami twarzy — w uchu klejnot wielkości gołębiego jaja. “Głowa Radczyni” obsługiwała tylko najbogatszych zagranicznych kupców, a obecnie niewielu takich przebywało w Far Madding.

Gdy tylko wszedł do sali, kuranty zegara na gzymsie kominka — w srebrnej obudowie, jeśli wierzyć Min — wyśpiewały godzinę, a zanim na dobre strząsnął z siebie wilgoć, do wnętrza wkroczył Lan. Strażnik pochwycił spojrzenie Randa i pokręcił głową. Cóż, w tej chwili Rand porzucił nadzieję na ich odnalezienie. Tak szczęśliwy zbieg okoliczności był nawet poza możliwościami ta’veren.

Kiedy już zasiedli na długiej czerwonej ławie przed jednym z kominków, a przed każdym wylądował pucharek grzanego wina z korzeniami, powiedział Lanowi, co postanowił i wyłuszczył powody. Przynajmniej po części. W każdym razie nic istotnego nie pominął.

— Gdyby teraz wpadli mi w ręce, pozabijałbym ich, nawet ryzykując, że zostanę złapany. Jednak ich śmierć nic nie zmieni. W każdym razie, nie zmieni nic istotnego — poprawił się, spod zmarszczonych brwi spoglądając w płomienie. — Mógłbym poczekać jeszcze do jutra, wierząc, że ich znajdziemy. A potem kolejny dzień. I jeszcze jeden. Tygodnie. Miesiące. Tyle że świat nie zaczeka na mnie. Sądziłem, że do tej pory będzie po wszystkim. Ale wydarzenia dalece wyprzedzają, com sobie wyobrażał. I mówię tylko o tych wydarzeniach, o których wiem. Światłości, a co się dzieje, o czym nie mam pojęcia, ponieważ nie udało mi się podsłuchać tego z ust kupca, plotkującego nad winem?

— Nigdy nie wiesz wszystkiego — cicho powiedział Lan — a w części tego co wiesz, i tak się mylisz. Niewykluczone, że mylisz się w najważniejszych sprawach. Po części mądrość właśnie do tego się sprowadza: żeby o tym nie zapominać. A odwaga po części sprowadza się do tego, by dalej trwać przy swoim.

Rand wyciągnął obute nogi w kierunku ognia.

— Czy Nynaeve powiedziała ci, że Cadsuane będzie im towarzyszyć? Właśnie sobie urządziły przejażdżkę. — W zasadzie, to pewnie raczej wracają z przejażdżki. Czuł, że Min jest coraz bliżej. Niedługo dotrze na miejsce. Wciąż była czymś podekscytowana, uczucie to pulsowało w niej, stając się to silniejsze, to słabsze, ponieważ dokładała próżnych starań, żeby je opanować.

Lan uśmiechnął się, co pod nieobecność Nynaeve zdarzało mu się nadzwyczaj rzadko. Jednak uśmiech nie roztopił lodu w oczach.

— Zabroniła mi cię informować. Skoro jednak i tak wiesz... Ona i Min przekonały Alivię, że jeśli Cadsuane zainteresuje się ich osobami, to może i na ciebie spojrzy łaskawszym okiem. Dowiedziały się, gdzie przebywa i poprosiły, by je uczyła. — Uśmiech rozwiał się, pozostawiając twarz wyrzeźbioną w kamieniu. — Moja żona poświęciła się dla ciebie, pasterzu — dodał cicho. — Mani nadzieję, że o tym nie zapomnisz. Z pewnością o tym nie wspomni, pewien jednak jestem, że Cadsuane widzi w niej Przyjętą albo wręcz nowicjuszkę. Wiesz, ile Nynaeve musi wytrzymać, by znieść takie traktowanie.

— Cadsuane tak traktuje wszystkich — mruknął Rand. Arogancja? Światłości, jak miał sobie poczynać z tą kobietą? Niemniej, musiał znaleźć sposób.

I tak siedzieli w milczeniu, patrząc w ogień, póki znad wyciągniętych ku płomieniom butów nie zaczęła unosić się para.

Więź zobowiązań powiedziała mu wszystko, odwrócił się akurat w chwili, gdy Nynaeve wkroczyła do środka przez tylne drzwi. Za nią pojawiły się Min i Alivia. Otrzepały wodę z płaszczy, wygładziły spódnice do konnej jazdy, jednocześnie skrzywiły się na widok mokrych plam, jakby naprawdę obie oczekiwały, iż wycieczka w deszczu skończy się inaczej. Nynaeve jak zawsze miała na sobie liczne wysadzane klejnotami ter’angreale: pasek i naszyjnik, swoje bransolety i pierścienie, wreszcie ten osobliwy angreal złożony z pierścieni połączonych z bransoletką.

Min nie skończyła się jeszcze doprowadzać do porządku, a już spojrzała na Randa i uśmiechnęła się. Oczywiście wiedziała, że go tu zastanie. Przez więź popłynęła od niej serdeczność, niczym pieszczota, choć równocześnie wciąż skrywała ekscytację. Pozostałe dwie kobiety początkowo nie zauważyły ich. Dopiero po chwili podały służącym płaszcze, które tamci zanieśli do pokoi, i dołączyły do grzejących się przy ogniu mężczyzn. Usiadły, wyciągnęły dłonie ku płomieniom.

— Udała się przejażdżka z Cadsuane? — zapytał Rand, podnosząc do ust pucharek słodkiego wina. Min spojrzała na niego, zaskoczona, a w więzi rozbłysło poczucie winy. Jednak twarz wyrażała tylko urazę. Omalże się nie zakrztusił. To potajemne spotkanie z Cadsuane też było jego winą? — Przestań tak patrzeć na Lana, Nynaeve — powiedział, gdy odzyskał oddech. — Wiem od Verin. — Nynaeve przeniosła na niego swe niezadowolenie, on zaś pokręcił głową. Słyszał, jak kobiety twierdzą, że to zawsze jest winą mężczyzny, cokolwiek “to” miało znaczyć, jednak najwyraźniej czasami same wierzyły w swoje słowa! — Z góry przepraszam, za wszystko co dla mnie musiałaś wycierpieć w jej towarzystwie, — ciągnął dalej — ale dłużej już nie będziesz musiała tego znosić. Poprosiłem ją, by została moją doradczynią. Czy też raczej, poprosiłem Verin, by ją w moim imieniu poprosiła. Sam udam się do niej dziś wieczorem. Przy odrobinie szczęścia jutro wyjedziemy razem z nią. — Spodziewał się okrzyków zaskoczenia i ulgi, ale jakoś się nie doczekał.