Выбрать главу

— Mówię ci — powiedziała ze znacznie większym spokojem niźli czuła — nie jestem w stanie zerwać tarczy. Talaan jest zbyt silna.

— Dwa — powiedziała Zaida, splatając ramiona na piersiach i przyglądając się Nynaeve w taki sposób, jakby naprawdę potrafiła dojrzeć sploty.

Nynaeve na próbę pchnęła tarczę. Równie dobrze mogłaby pchać kamienną ścianę, taki był efekt.

— Posłuchaj mnie, Za... hm... Mistrzyni Fal. — Z pewnością nie było żadnej potrzeby jeszcze bardziej drażnić tej kobiety. Tamte były maniaczkami właściwego tytułowania. Maniaczkami zdecydowanie zbyt wielu rzeczy. — Jestem pewna, że również Merilille musiała ci wspomnieć o naturze tarczy. Ona zaś składała Trzy Przysięgi. Po prostu nie jest w stanie kłamać. — Niewykluczone, że w sprawie Różdżki Przysiąg Egwene miała jednak rację.

Spojrzenie Zaidy nie zadrżało nawet na moment, wyraz twarzy nie zmienił się.

— Trzy.

— Wysłuchaj mnie — upierała się Nynaeve, nie dbając już wcale o skrywanie rozpaczliwych poniekąd tonów w głosie. Mocniej nacisnęła na tarczę, potem z całą siłą. Równie dobrze mogłaby tłuc głową o głaz. Instynktownie, całkiem na próżno zaczęła się wiercić w krępujących ją strumieniach Powietrza, zatańczyły frędzle i luźne fałdy szala. Miała tyleż samo szans na wyrwanie się z tych więzów, co na przełamanie tarczy, jednak nie potrafiła się już opanować. Nigdy więcej! Tego nie zniesie! — Musisz mnie wysłuchać.

— Cztery.

Nie! Nie! Nigdy więcej! Szaleńczo zaczęła drapać tarczę. Choć twarda niczym kamień, pod dotykiem splotów przypominała raczej szkło — gładkie i śliskie. Czuła pulsującą za nią obecność Źródła, prawie mogła je dostrzec, niczym światło i ciepło tuż za granicą pola widzenia. W desperacji, ciężko dysząc, błądziła po gładkiej powierzchni. Dawało się wyczuć jej krawędź, ale była to krawędź okręgu równocześnie tak małego, że mieścił się w dłoni i tak wielkiego, że mógłby skryć się pod nim cały świat, kiedy jednak spróbował prześlizgnąć się przez tę krawędź, natychmiast znalazła się na powrót w centrum tej gładzi. To na nic. Wiedziała o tym od dawna, dawno temu tego ją nauczono. W jej klatce piersiowej serce tłukło się ożebra. Bezskutecznie próbując się opanować, znowu wymacała splotami tę krawędź, ale tym razem zamiast prób przedostania się poprzestała na samych odczuciach. Było tam miejsce, sprawiające wrażenie... miękkiego. Nigdy wcześniej go nie zauważyła. Miękki punkt — nieznaczne zgrubienie? — pod wszelkimi innym względami był identyczny jak reszta tarczy, zresztą wcale niebyt znowu taki miękki, mimo to jednak naparła nań z całej siły. I znowu wróciła na środek kręgu. Zdjęta całkowitym szaleństwem, wszystkie swe siły rzuciła przeciwko tej podatnej osobliwości i już nie mogła przestać, próbowała, odrzucało ją na powrót, nie przerywała nawet na moment, próbowała znowu. I znowu. Och, Światłości! Proszę! Musi jej się udać, zanim...

Nagle zdała sobie sprawę, że Zaida wciąż nie powiedziała “pięć”. Rozpaczliwie łapiąc powietrze, jakby właśnie przebiegła dziesięć mil, patrzyła wytrzeszczonymi oczyma. Pot spływał po jej twarzy, po plecach. Jego kropelki łaskotały między piersiami, toczyły się dalej, na brzuch. Drżały pod nią kolana. Mistrzyni Fal zaglądała jej głęboko w oczy, w namyśle dotykając szczupłym palcem pełnych ust. Poświata wciąż otaczała krąg sześciu Poszukiwaczek Wiatrów, Kurin dalej stała niczym pogardliwy kamienny posąg, jednak Zaida nie doliczyła do pięciu.

— Naprawdę walczyła tak mocno, jak się wydawało, Kurin — zapytała na koniec Mistrzyni Fal — czy tylko ciskała się i jęczała dla pozoru? — Nynaeve spróbowała spojrzeć na nią z obrazą. Wcale nie jęczała! A może? Jednak chmurny mars na jej czole nie wywarł na Zaidzie większego wrażenia niż kropla deszczu na skale.

— Wkładając tyle wysiłku, Mistrzyni Fal — niechętnie przyznała Kurin — mogłaby raker przenieść na plecach. — Jednak w płaskich czarnych kamykach jej oczu wciąż lśniła pogarda. Tylko ci co żyli morzem, potrafili zasłużyć sobie na jej szacunek.

— Uwolnij ją, Talaan — rozkazała Zaida, a kiedy się odwróciła i, nie spojrzawszy więcej na Nynaeve, ruszyła na swoje miejsce, więzy zniknęły. — Poszukiwaczki Wiatru, chcę z wami zamienić słowo, gdy ona już sobie pójdzie. Oczekuję cię jutro o tej samej porze, Nynaeve Sedai.

Nynaeve wygładziła pomięte spódnice, ze złością odrzuciła szal i podjęła próbę odzyskania przynajmniej części godności. Niełatwe zadanie, biorąc pod uwagę, że cała była spocona i drżała. Na pewno nie jęczała! Omijała wzrokiem kobietę, która odgrodziła ją tarczą. Dwukrotnie! Stała tam sobie, pokorna jak ciele, ze spojrzeniem utkwionym w dywanie. Ha! Nynaeve zarzuciła szal na ramiona.

— Sareitha Sedai będzie jutro udzielać lekcji, Mistrzyni Fal. — Przynajmniej głos już jej nie drżał. — Ja będę zajęta aż do...

— Twoje lekcje są znacznie bardziej pouczające niż lekcje innych — powiedziała Zaida, wciąż nawet na nią nie spojrzawszy. — O tej samej godzinie, albo przyślę twoje uczennice, żeby cię sprowadziły. Teraz możesz odejść. — I brzmiało to jak: “A teraz odejdziesz”.

Nynaeve z wysiłkiem przełknęła cisnące się na usta słowa protestu. Miały gorzki smak. Bardziej pouczające? Co to miało znaczyć? Nie sądziła, by naprawdę chciała wiedzieć.

Póki nie opuściła pomieszczenia, wciąż była nauczycielką — kobiety Ludu Morza ściśle przestrzegały ustanowionych reguł; podejrzewała, że to przez fakt, iż na wodzie brak wyraźnych zasad mógł przysporzyć kłopotów, niemniej wolałaby, aby pojęły, że to nie pokład statku — wciąż była nauczycielką, a to oznaczało, że nie może po prostu się wymknąć, jak bardzo by tego nie pragnęła. Gorzej, ich reguły wyraźnie określały rolę nauczycielek branych spośród przykutych do brzegu. Podejrzewała, że może po prostu odmówić współpracy, jeśli jednak choć odrobinę naruszy postanowienia umowy, te kobiety rozniosą wieści o tym od Łzy po Światłość Jedna wie jakie miejsca! Cały świat się dowie, że Aes Sedai złamała dane słowo. Jaki to mogłoby mieć wpływ na postawę ludzi wobec Aes Sedai, nawet bała się myśleć. Krew i krwawe popioły! Egwene miała racje, żeby sczezła!

— Dziękuję ci, Mistrzyni Fal, za zaszczyt, jakim było udzielenie ci lekcji — powiedziała, kłaniając się, a potem dotykając palcami czoła, ust i piersi. Nie był to zbyt głęboki ukłon, niemniej na nic więcej nie zasłużyły dzisiaj, jak tylko na przelotne skinienie głowy. No cóż, może dwa. Jedno należało się Poszukiwaczkom Wiatrów. — Dziękuję wam, Poszukiwaczki Wiatrów, za to, że mogłam wam dzisiaj udzielić lekcji. — Siostry, które zdecydowały się na koniec uczyć Atha’an Miere, gotowały się z wściekłości, kiedy zrozumiały, że ich uczennice będą decydować o tym, czego należy je uczyć, kiedy, a nawet o sposobie wypełniania czasu nie przeznaczonego na naukę. Na okręcie Ludu Morza zamieszkujący ląd nauczyciel przewyższał rangą prostego majtka, lecz tylko odrobinę. A siostry nie miały nawet otrzymać tłustych mieszków złota jakimi zazwyczaj kuszono innych nauczycieli.

Zaida i Poszukiwaczki Wiatrów zareagowały dokładnie w taki sposób, jakby prosty majtek właśnie oznajmił im, że odchodzi. To znaczy, stały spokojnie w milczącej gromadce, najwyraźniej czekając — raczej niecierpliwie — aż sobie pójdzie. Tylko Rainyn zaszczyciła ją bodaj spojrzeniem. Też z lekka zniecierpliwionym. Mimo tego co zostało powiedziane i zrobione, przede wszystkim była Poszukiwaczką Wiatrów. Talaan wciąż stała tam gdzie przedtem, pokorna istotka wpatrzona w dywan pod bosymi stopami.

Nynaeve uniosła głowę, wyprostowała się, zebrała wszystkie strzępy godności, jakie jej jeszcze zostały i opuściła pomieszczenie. Były to spocone, pomięte strzępy. Już w korytarzu schwyciła skrzydło drzwi obiema dłońmi i zatrzasnęła je z całej siły. Potężny łomot, który echem poniósł się po pałacu, był nadzwyczaj satysfakcjonujący. Gdyby ktoś się skarżył, zawsze mogła powiedzieć, że wyślizgnęły jej się z ręki. I naprawdę tak było, tyle że najpierw wprawiła je w ruch.