Выбрать главу

— W chwili obecnej są to sprawy bez znaczenia — podjął na nowo Rand, podchodząc do stołu. Nie miała pojęcia, czy chodziło mu o miejsce pobytu Mata, czy własne rany. Wyjął z worka dwa posążki, każdy wysoki może na stopę. Jedna statuetka przedstawiała mądrego, brodatego mężczyznę, druga równie mądrą i pogodną kobietę, obie postaci odziane były w obszerne szaty, w dłoni każda trzymała przezroczystą kryształową kulę. Wnioskując ze sposobu, jaki ciążyły mu w dłoniach, musiały ważyć znacznie więcej, niż się wydawało. — Chcę, żebyś je dla mnie przechowała, Nynaeve do czasu aż po nie przyślę. — Z ręką wspartą na figurce kobiety zawahał się. — Aż przyślę po ciebie. Będziesz mi potrzebna żeby je użyć. Razem ich użyjemy. Kiedy już zajmę się tymi ludźmi. To trzeba załatwić najpierw.

— Użyć? — zapytała podejrzliwie. Dlaczego najpierw należało kogoś zabić? Jednak pytanie to wydawało się obecnie nieważne — Do czego? To są ter’angreale?

Pokiwał głową.

— Za pomocą tego możesz korzystać z największego sa’angreala, jaki kiedykolwiek wykonano dla kobiety. Z tego co wiem, spoczywa pogrzebany w ziemi pod Tremalking, ale to nieistotne. — położył dłoń na statuetce mężczyzny. — Dzięki niemu, ja mogę dotknąć męskiej połowy. Ktoś... powiedział mi... kiedyś, że mężczyzna i kobieta dysponujący tymi są sa’angrealami mogą rzucić wyzwanie Czarnemu. Niewykluczone zresztą, że po to je właśnie ongiś wykonano, tymczasem jednak mam nadzieję, że wystarczą dla oczyszczenia męskiej połowy Źródła.

— Gdyby było to możliwe, dlaczego nie zrobili tego w Wieku Legend? — powiedział cicho Lan. Jego głos przypominał syk ostrza opuszczającego pochwę. — Powiedziałeś kiedyś, że przeze mnie może stać jej się krzywda. — Wydawało się niemożliwe, by mógł mówić jeszcze twardszym głosem, jednak tak właśnie było. — Ty możesz ją zabić, pasterzu. — A z jego głosu wyraźnie wynikało, że nie pozwoli na to.

Na spojrzenie zimnych oczu Lana Rand zareagował równie chłodnym wzrokiem.

— Nie mam pojęcia, dlaczego tego nie zrobili. I nie interesuje mnie to. Spróbować trzeba.

Nynaeve przygryzła wargę. Podejrzewała, że Rand specjalnie zrobił z tego publiczne przedstawienie — przechodzenie z publicznej do prywatnej sfery życia, pociągana przez nie różnica ról powodowała, że czasami kręciło jej się w głowie — jednak nie miała Lanowi za złe, że odezwał się nie pytany. Pod tym względem często zachowywał się nieznośnie, ale lubiła szczerych mężczyzn. W każdym razie potrzebowała czasu do namysłu. Nie chodziło o kształt decyzji. Tę podjęła od razu. Tylko o to, jak wprowadzić ją w życie. Randowi może się to nie spodobać. Lan z pewnością oszaleje. Cóż, mężczyźni zawsze chcieli, żeby wszystko układało się po ich myśli. Czasami potrzebna im była nauczka, wykazująca daremność tych dążeń.

— Uważam, że to doskonały pomysł — powiedziała na koniec. Nie do końca było to kłamstwo. W porównaniu z alternatywą, pomysł był doskonały. — Ale nie rozumiem, dlaczego miałabym tu siedzieć i czekać na wezwanie, niczym jakaś pokojówka. Zrobię to ale od razu weźmiesz mnie z sobą.

Miała rację. Żadnemu się nie spodobało.

12

Zimowa lilia

Kolejny służący omal się nie przewrócił w głębokim ukłonie — Elayne tylko westchnęła i poszła dalej korytarzem pałacu. Z całą gracją jaka była jej właściwa. Dziedziczka Tronu Andoru — stateczna i niewzruszona. Najchętniej by pobiegła, gdyby nie pewność, że w tej sukni po prostu się nie da. Spojrzenie tamtego odprowadzało ją i jej towarzyszki. Czuła je na plecach. Drobny powód do irytacji, niczym ziarnko piasku uwierające w pantoflu.

“Przeklęty Rand al’Thor. Wydaje mu się, że najlepiej wie, czego komu trzeba, a w istocie jest tylko jak świerzbacz na moim grzbiecie” — myślała. “Jeżeli tym razem ucieknie przed nią...!”

— Pamiętajcie — oznajmiła zdecydowanie. — Ani słowa o szpiegach, widłokorzeniu, żeby wam się coś nie wymsknęło! — Zaraz by pewnie chciał ją “ratować”. Mężczyźni tacy właśnie byli; Nynaeve mawiała, że myślą włosami na piersiach. Światłości, Rand na pewno zaraz zażąda, żeby Saldaeanie i Aielowie wrócili do miasta! Do samego pałacu! Z goryczą musiała jednak przyznać, że nie mogła mu się sprzeciwić, jeżeli nie chciała otwartej wojny. W najlepszym razie tak by się to skończyło.

— Nie mówię mu nic, o czym nie musi wiedzieć — zauważyła Min, mierząc zdziwionym wzrokiem kobietę, która, niczym tamten przed chwilą, prawie wyciągnęła się jak długa na posadzce. Z wychudzonej twarzy świeciły wielkie oczy. Zerkając na Min, Elayne myślała o czasach, gdy sama nosiła spodnie i rozważała, czy obecnie jej to przystoi. Z pewnością są znacznie wygodniejsze niż suknia. Rozsądek kazał jej od razu odrzucić buty na wysokich obcasach. Min wprawdzie dorównywała w nich wzrostem Aviendzie jednak na wysokich obcasach nawet Birgitte nie umiała pewnie stąpać. Poza tym w Połączeniu z obcisłymi spodniami i krótkim kaftanem sprawiałyby wrażenie zdecydowanie nieprzyzwoite.

— Okłamujesz go? — głos Aviendhy ociekał podejrzliwością, Spojrzała nieprzyjemnie na Min, z wyraźną dezaprobatą poprawiając ciemny szal.

— Oczywiście, że nie — odrzekła ostro Min, odpowiadając hardym spojrzeniem. — Przynajmniej, póki nie muszę.

Aviendha zachichotała, ale zaraz, najwyraźniej zdziwiona swoją reakcją, umilkła. Rysy jej twarzy zastygły.

Co ona miała z nimi zrobić? Musiały się polubić. Nie było innego wyjścia. Ale od pierwszej chwili prychały na siebie jak obce koty zamknięte w zbyt małym pomieszczeniu. Zgodziły się na jej plan prawdopodobnie dlatego, że nie miały innego wyboru, ponieważ żadna nie wiedziała, czy kiedykolwiek jeszcze nadarzy się taka okazja — spotkać się z nim we trzy. Poza tym miała nadzieję, że nie będą już więcej popisywać się przed sobą umiejętnościami władania nożem. Demonstracja ta miała całkowicie niewymuszony i pokojowy charakter, jednak trudno było nie wyciągnąć odpowiednich wniosków. Za pocieszający można by uznać tylko fakt, że Aviendha z podziwem zareagowała na ilość noży, jaką Min nosiła przy sobie.

Tyczkowaty młody służący ukłonił się na jej widok. W dłoniach trzymał tacę wyładowaną długimi koszulkami, przeznaczonymi do stojących lamp. I jakoś się nieszczęśliwie złożyło, że zagapił się, zupełnie zapominając o swoim brzemieniu. Przez chwilę było słychać tylko brzęk tłukącego się szkła.

Elayne znów westchnęła. Nie należało oczekiwać, że wszyscy od razu wpasują się w nowy porządek rzeczy. Tamten miał poniekąd prawo się gapić. I wcale nie chodziło tylko o nią, Aviendhę czy Min— w rzeczywistości to idące za nimi Caseille i Deni, ściągały na siebie większość zdumionych spojrzeń służby, one więc pośrednio odpowiadały za całe zamieszanie. Spośród ośmiu Gwardzistek, które tworzyły jej straż przyboczna, te dwie akurat miały wartę pod jej drzwiami.

Zdumienie wzbudzał zresztą prawdopodobnie nie tylko fakt, że Elayne towarzyszyła straż przyboczna Gwardii, ale zapewne to, iż składała się z samych kobiet. Ta część nowych porządków wciąż jeszcze była nieco zbyt radykalna. Na dodatek Birgitte wywiązała się z obietnicy umundurowania ich ze stosowną galą. Mając na względzie, że pomysł zyskał aprobatę Elayne dopiero wczorajszej nocy, prawdopodobnie przez cały ten czas wszystkie pałacowe szwaczki i kapeluszniczki nie miały ani chwili wolnego. W oczy rzucał się przede wszystkim jaskrawoczerwony kapelusz z długim, białym piórem zdobiącym szerokie rondo i szeroka, obrzeżona śnieżnobiałą koronką czerwona szarfa z Białymi Lwami w pozycji stojącej przewieszana ukośnie wzdłuż piersi. Mundur zaś uzupełniały: kaftany ze szkarłatnego jedwabiu z szerokimi białymi kołnierzami, których krój poddano drobnym przeróbkom tak, by dostosować je do kobiecej sylwetki, i które sięgały niemalże do kolan spływając na szkarłatne spodnie z szerokimi białymi lampasami; blade koronki przy mankietach i kołnierzach; wreszcie: czarne buty, nawoskowane, aż lśniły. Wyglądały nadzwyczaj elegancko i nawet Deni, w której oczach trudno zazwyczaj było znaleźć coś więcej niż skrajne rozmarzenie, odrobinę zgubiła krok. Pełni efektu należało oczekiwać dopiero wówczas, gdy otrzymają szykowane dla nich pasy wraz z ornamentowanymi pochwami, lakierowane hełmy i napierśniki. Birgitte kazała sporządzić napierśniki dopasowane kształtem do kobiecej sylwetki, co z pewnością musiało wzbudzić niezłe poruszenie w pałacowej zbrojowni!