Выбрать главу

A tymczasem Birgitte całkowicie zajęta była poszukiwaniem kobiet, które uzupełnią dwudziestkę jej straży przybocznej. Najprawdopodobniej nie mogło chodzić o nic innego, skoro Elayne wyczuwała jej głębokie skupienie, któremu nie towarzyszyła żadna oznaka fizycznego wysiłku — chyba, że tamta czytała lub grała w kamienie, na co jednak przy nawale obowiązków pozwalała sobie nadzwyczaj rzadko. Elayne pozwoliła sobie przez moment pieścić pragnienie, by rzeczywiście skończyło się na dwudziestu. Miała też nadzieję, że Birgitte będzie dostatecznie zajęta, by nie spostrzec się, że zamaskowała więź zobowiązań. I pomyśleć, że tyle się zamartwiała, jak tu ukryć przed Birgitte to, o czym nie powinna wiedzieć, a trzeba było tylko zapytać Vandene. Kolejne smutne przypomnienie, w jak małym stopniu rozumiała na czym polega bycie Aes Sedai, zwłaszcza w tej sferze, którą pozostałe siostry traktowały jako rzecz całkowicie naturalną. Tę sztuczkę zaś najwyraźniej znały wszystkie, które kiedykolwiek miały Strażnika, nawet jeśli przez cały ten czas zachowywały celibat. Dziwne, jak wielką niekiedy rolę odgrywał przypadek. Gdyby nie kwestia strażniczek, gdyby nie zaczęła się zastanawiać, w jaki osób wymknąć się im spod oka — a równocześnie zmylić wiecznie czujną uwagę Birgitte — nigdy nawet nie przyszłoby jej do głowy zapytać i nie dowiedziałaby się o maskowaniu na czas, by teraz właśnie wykorzystać. Oczywiście w najbliższej przyszłości wcale nie zamierzała wymykać się swoim gwardzistkom, jednak lepiej z góry być przygotowaną. Birgitte z pewnością nie pozwoli na wędrówki po mieście — ani samej, ani z Aviendhą, ani za dnia, ani nocą, ani nigdy.

Kiedy jednak znalazła się pod drzwiami Nynaeve, wszelkie myśli na temat własnego Strażnika — prócz może tylko zdecydowanego postanowienia, by więź zamaskować dopiero w ostatniej chwili — pierzchły z jej głowy. Po drugiej stronie tych drzwi znajdował się Rand! Rand, który czasami tak obsesyjnie wciskał się jej do głowy, że na poważnie zastanawiała się, czy nie jest jak te kobiety z opowieści, które dla mężczyzny w całkiem literalnym sensie traciły głowę. Zawsze sądziła, że autorami tych historii musieli być mężczyźni. Tylko, że w obecności Randa czasami naprawdę czuła się, jakby traciła zmysły i rozsądek. Dzięki Światłości, nie zdawał sobie z tego sprawy.

— Zaczekajcie tutaj i nie wpuszczajcie nikogo do środka — rozkazała Gwardzistkom. W takiej sytuacji naprawdę nie mogła pozwolić, by wciąż jej przeszkadzano i domagano się jej uwagi. Przy odrobinie szczęścia, niewykluczone, że nikt nawet nie rozpozna świeżych przecież, wprost spod igły, mundurów kobiet. — Zajmie mi to tylko kilka chwil.

Zasalutowały żwawo, przyłożywszy dłonie do piersi, a potem zajęły stanowiska po obu stronach drzwi: Caseille z niewzruszonym wyrazem twarzy i dłonią na rękojeści miecza, Deni z długą pałką w obu rękach i lekkim uśmiechem na ustach. Elayne podejrzewała, iż tamta jest przekonana, że Min sprowadziła ją tutaj na sekretną schadzkę z kochankiem. Caseille pewnie myślała tak samo. Z pewnością zachowały wszelką możliwą w tej sytuacji dyskrecję i oczywiście nawet nie wspomniały imienia, nie dało się jednak uniknąć zwrotów w rodzaju: “on to” czy “on tamto”. Przynajmniej żadna nie próbowała pod pozorem jakiejś wymówki pobiec i donieść Birgitte. Najwyraźniej uznały, że skoro już stanowią jej straż przyboczną, to odpowiadają wyłącznie przed nią, nie zaś przed tamtą. Oczywiście, gdyby za wcześnie zamaskowała więź, Birgitte natychmiast sama by tu przybiegła.

Poczuła znienacka, że w środku cała drży. Za tymi drzwiami znajdował się mężczyzna, o którym śniła każdej nocy, a ona tymczasem stała tu jak jakaś gęś. Czekała zbyt długo, pragnęła zbyt bardzo, a teraz nieomal się bała. Za nic nie mogła dopuścić, by wszystko poszło źle. Z trudem wzięła się w garść.

— Gotowe? — Jej głos nie był tak niewzruszony, jakby może sobie życzyła, ale przynajmniej nie drżał. W brzuchu tańczyły motyle wielkości lisów. Od dawna już się tak nie czuła.

— Oczywiście — odparła Aviendha, ale najpierw musiała przełknąć ślinę.

— Jestem gotowa — słabo zawtórowała Min. Wkroczyły do środka bez pukania, natychmiast zamknąwszy za sobą drzwi.

Zanim na dobre weszły do salonu, Nynaeve poderwała się na równe nogi. Mimo iż pomieszczenie wypełniała woń fajkowego tytoniu Lana, Elayne ledwie zauważyła i jego, i szeroko rozwarte oczy przyjaciółki. Ponieważ — jakkolwiek trudne wydawało się to uwierzenia — Rand naprawdę tam był. Zniknęła gdzieś kryjąca go okropna charakteryzacja, którą opisywała Min, zostały tylko obszarpane łachmany i grube rękawice. Poza tym... był piękny.

Na jej widok on również poderwał się z fotela, nim jednak stanął na dobre, zachwiał się i obiema dłońmi musiał się oprzeć o stół. Wyraźnie zebrało mu się na wymioty, ciałem targnęły skurcze. Elayne objęła Źródło i dała krok w jego stronę, po chwili jednak zatrzymała się, wypuszczając Moc. Jej zdolności Uzdrawiania były doprawdy skromniutkie. Poza tym zobaczyła, że Nynaeve zareagowała równie żywo, zobaczyła, jak otoczyła ją poświata saidara, a uniesione ręce wyciągnęły się w kierunku Randa. Szarpnął się, gestem kazał się odsunąć.

— Nie jest to nic, co byś potrafiła Uzdrowić, Nynaeve — rzekł szorstko. — Tak czy siak, pewnie wyszło na twoje. — Jego oblicze niczym maska ukrywało emocje, jednak Elayne zdawało się, że jego oczy chłoną jej widok. Podobnie jak widok Aviendhy. Z zaskoczeniem zrozumiała, że to jej schlebiało. Miała nadzieje, że tak się wszystko odbędzie, że choćby przez wzgląd na siostrę, poradzi sobie z całą sytuacją... a tu okazało się, że niczym nie trzeba sobie radzić, że wszystko odbywa się naturalnie. Musiał się wyraźnie zmuszać, by oderwać od nich wzrok. I choć starał się to ukryć, nietrudno było się zorientować. Podobnie zresztą, jak w tym, ile wysiłku wymagało od niego wyprostowanie się. — Już dawno nie powinno nas tu być, Min — powiedział.

Elayne ze zdumienia prawie odebrało mowę.

— Wydaje ci się, że możesz sobie tak zwyczajnie pójść, nie zamieniwszy nawet słowa ze mną. Z nami? — udało się w końcu wykrztusić.

— Mężczyźni! — westchnęły nieomal równocześnie Min i Aviendha. Zaskoczone, spojrzały po sobie i pospiesznie opuściły zaplecione na piersiach ręce. Mimo dramatycznych różnic w wyglądzie, na moment zdawały się lustrzanymi odbiciami kobiecego niesmaku.

— Ci ludzie, którzy próbowali zabić mnie w Cairhien, zmieniliby to miejsce w kupę żużlu, gdyby tylko dotarło do nich, że tu jestem — szybko uciął Rand. — Niewykluczone, że starczyłyby same podejrzenia. Zakładam, że Min wam już powiedziała, że to byli Asha’mani. Nie ufacie żadnemu, wyjąwszy może, Damera Flinna, Jahara Narishmę i Ebena Hopwilla. Im możecie zaufać. Jeśli zaś chodzi o pozostałych... — Najwyraźniej całkiem bezwiednie dłonie zwisających swobodnie rąk zaciskały się w pięści. — Czasami miecz potrafi przekręcić się w dłoni, jednak to nie znaczy, że można sobie poradzić bez niego. Po prostu trzymajcie się jak najdalej od każdego człowieka w czarnym kaftanie. Posłuchajcie, teraz nie ma czasu na dłuższe rozmowy. Najlepiej będzie, gdy jak najszybciej stąd zniknę.