Выбрать главу

— Naprawdę oszalałyście — warknął. — Wiecie dobrze co mnie czeka. Wiecie co to oznacza dla każdej, z którą zostanę połączony więzią zobowiązań. Nawet jeśli nie oszaleję, będzie musiała przeżyć moją śmierć! I co to właściwie znaczy: wszystkie trzy od razu? Min nie potrafi przenosić. Zresztą mniejsza o to. Alanna Mosvani zrobiła to pierwsza i nawet nie przyszło jej do głowy zapytać. Spotkałem ją, gdy wraz z Verin prowadziły do Białej Wieży jakieś dziewczęta z Dwu Rzek. Jestem z nią związany już od całych miesięcy.

— I zataiłeś to przede mną, wełnianogłowy pasterzu? — ostro spytała Min. — Gdybym tylko wiedziała...! — Zręcznie dobyła rękawa smukły sztylet, wpatrywała się weń przez moment wściekle, a potem ponuro wsunęła na miejsce. Konsekwencje czynu Alanny mogły być niemiłe dla niej... lub dla Randa.

— To było naruszenie obyczaju — na poły pytająco oznajmiła Aviendha. Zmieniła pozycję na dywanie i muskała palcami rękojeść noża przy pasie.

— Nadzwyczaj poważne — ponuro potwierdziła Elayne. Fakt, że siostra była w stanie zrobić coś takiego dowolnemu mężczyźnie, stanowił rzecz odstręczającą. Że Alanna zrobiła to Randowi...! Pamiętała przecież smagłą, energiczną Szarą siostrę o temperamencie i poczuciu humoru żywych niczym rtęć. — Alanna ma wobec niego większy toh niż będzie w stanie spłacić przez całe życie! Nie wspominając już o nas. A jeżeli jej samej nie przyjdzie do głowy moralny rewanż, to pożałuje, że nie zabiłam jej od razu, gdy tylko wpadnie w me ręce!

— Gdy wpadnie w nasze ręce — powiedziała Aviendha, kiwając głową dla podkreślenia wagi swych słów.

— Cóż, więc. — Rand wpatrywał się w powierzchnię wina, kołyszącą się w pucharku. — Same rozumiecie, że nie ma to najmniejszego sensu. Myślę... myślę, że lepiej będzie, jak już wrócę do Nynaeve. Idziesz, Min? — Mimo wszystkich słów, jakie przed chwilą między nimi padły, mówił takim głosem, jakby nie potrafił naprawdę uwierzyć, że Min teraz go porzuci. Zresztą ta ewentualność najwyraźniej nie wzbudzała w nim lęku, lecz rodziła jedynie rezygnację.

— Jest sens — oznajmiła z naciskiem Elayne. Spojrzała w oczy, jakby chciała samą siłą woli zmusić go do przyjęcia argumentów, które miały za chwile paść. — Jedna więź zobowiązań ustrzeże cię przed drugą. Siostry nie dlatego nie nakładają ich na tego samego człowieka, ponieważ tak stanowi obyczaj, Rand ani dlatego, że nie może być to wykonane, po prostu nie chcą się nim dzielić. Poza tym, nie jest to nawet sprzeczne z prawem Wieży — Rzecz jasna, pewne obyczaje równie silnie wiązały jak praw przynajmniej w oczach sióstr. Na przykład Nynaeve z każdym dniem coraz częściej rozwodziła się na temat ochrony zwyczajów i honoru Aes Sedai. Gdyby się dowiedziała, prawdopodobnie z złości wyleciałaby przez sufit. — No, cóż. Naprawdę chcemy ciebie między sobą dzielić! I tak się stanie, jeśli tylko wyrazisz zgodę.

Jak łatwo przyszły jej te słowa! Nie tak dawno jeszcze pewna była, że nigdy ich nie wypowie. Póki nie zrozumiała, że kocha Aviendhę równie mocno jak jego, tylko po prostu w inny sposób. Min też była dla niej kolejną siostrą, mimo iż nie przeszły oficjalnego procesu adopcji. Oczywiście na samą myśl o tym, co zrobiła mu Alanna, gotowa była z niej przy pierwszej lepszej okazji drzeć pasy, jednak wobec Aviendhy i Min czuła coś innego. Były jej częścią. W pewien sposób były nią, ona zaś była nimi.

Zdecydowała się na łagodniejszy ton.

— Proszę cię, Rand. Wszystkie cię prosimy. Pozwól nam połączyć się więzią.

— Min — mruknął, nieomal oskarżycielsko. Oczy, utkwione w obliczu Min były pełne rozpaczy. — Wiedziałaś, prawda? Wiedziałaś, że kiedy stanę przed nimi... — Pokręcił głową nie umiejąc lub nie chcąc dokończyć.

— Nie miałam pojęcia o więzi zobowiązań, póki nie usłyszałam od nich nie dalej jak przed godziną — odrzekła, spoglądając mu w oczy z taką czułością, jakiej Elayne nigdy jeszcze u nikogo nie widziała. — Ale wiedziałam przecież, czy może miałam nadzieję, że tak się stanie, gdy tylko znowu się z nimi spotkasz. Przed niektórymi rzeczami nie da się umknąć, Rand. To jest jedną z nich.

Przez chwile ciągnące się niczym godziny Rand stał ze spojrzeniem wbitym w zawartość pucharka, w końcu odstawił go na tacę.

— Dobrze — powiedział cicho. — Nie mogę twierdzić, że tego nie chcę, skoro byłaby to nieprawda. Żebym za to sczezł w Światłości! Zastanówcie się raz jeszcze jednak nad tym, co będziecie musiały poświęcić w zamian. Pomyślcie o cenie, jaką zapłacicie. Elayne nie musiała się zastanawiać nad ceną. Znała ją od samego początku, rozmawiała o wszystkim z Aviendhą, by zdobyć pewność, że tamta również zdaje sobie sprawę. Wyjaśniła rzecz całą Min. Bierz co chcesz, a potem za to płać, głosiło stare powiedzenie. Żadna nie musiała już zastanawiać się nad rozmiarem poświęcenia — znały cenę i gotowe były ją zapłacić. Nie było czasu do stracenia. Nawet w chwili obecnej nie mogła mieć pewności, czy on się nie wycofa w pewnym momencie, gdy dojdzie do wniosku, że cena jednak jest zbyt wysoka. Jakby to on miał o tym decydować!

Otworzyła się na saidara, połączyła się z Aviendhą, równocześnie uśmiechając do niej. Wzmożona świadomość siebie wzajem, jeszcze bardziej intymny udział w emocjach i cielesnych odczuciach drugiej — w przypadku jej siostry zawsze stanowiło to czystą przyjemność. Wszystko z pewnością musiało bardzo przypominać to, co już wkrótce dzielić będą z Randem. Teraz uważnie tkała splot, przyglądając mu się pod różnymi kątami. Nadzwyczajnie przydała jej się wiedza, jaką zdążyła podejrzeć w splotach adopcyjnych Aielów. To właśnie tamta ceremonia podsunęła jej zaczątek pomysł.

Pieczołowicie splotła Ducha — strumień z ponad stu nitek przędzy, każda dokładnie w przeznaczonym dla siebie miejscu, a potem narzuciła go na siedzącą na posadzce Aviendhę, chwilę później identycznie postąpiła z Min, opartą o krawędź stołu. W jakiś sposób wcale nie otrzymała dwu oddzielnych splotów. Jarzyły się ścisłym podobieństwem, najwyraźniej patrząc na jeden widziała także drugi. Nie były to dokładnie sploty wykorzystywane podczas ceremonii adopcji, jednak skonstruowane zostały na tych samych zasadach. Ich główna funkcja polegała na tym, że “obejmowały” — cokolwiek przydarzyło się jednemu człowiekowi ogarniętemu tym splotem, dotyczyło wszystkich pozostałych. Gdy tylko sploty trafiły na swoje miejsce, przekazała Aviendzie przewodnictwo kręgiem złożonym z dwóch. Splecione już strumienie pozostały swoich miejscach, Aviendha natomiast zaraz utkała identyczną przędzę wokół Elayne i znowu wokół Min, ten ostatni splot prowadząc w taki sposób, aż był nieodróżnialny od splotu Elayne i przekazała tamtej z powrotem kontrolę. Po wielu godzinach wytrwałych ćwiczeń cała rzecz obecnie przychodziła im z łatwością. Wszystkie cztery sploty, czy może raczej już tylko trzy, wyglądały jakby stanowiły część tej samej tkaniny.

Wszystko było gotowe. Od Aviendhy czuć było pełnym wiary we własne siły zdecydowaniem, równym temu, które Elayne czuła u Birgitte. Min zacisnęła dłonie na krawędzi blatu, na którym przysiadła, jej kostki splecione były razem — nie potrafiła dostrzec splotów, jednak wrażenie wywierane przez śmiały uśmiech popsuła nieco, gdy w zdenerwowaniu oblizała wargi. Elayne nabrała głęboko powietrza w płuca, a potem je wypuściła. Przed jej oczyma wszystkie trzy otaczała i łączyła delikatna siateczka ornamentyki Ducha, przy której nawet najświetniejsza koronka wyglądałaby na niechlujnie wykonaną. Gdyby tylko działało, jak wierzyła, że będzie.