Od otaczającego każdą splotu uprzędła cienką nić i pchnęła ku Randowi, splatając je wszystkie trzy w jedną, a potem tworząc z nich więź zobowiązań Strażnika. Tę narzuciła na Randa z równą delikatnością, jakby przykrywała dziecko kocem. Pajęczyna Ducha osiadła na nim, po chwili wniknęła weń. Nawet nie mrugnął, choć wszystko już się dokonało. Wypuściła saidara. Koniec.
Popatrzył na nie wzrokiem całkowicie pozbawionym wyrazu, a potem powoli uniósł ręce do skroni.
— Och, Światłości. Rand. Co za ból. — jęknęła Min obolałym głosem. — Nie wiedziałam. Nawet sobie nie potrafiłam wyobrazić. Jak ty możesz to wytrzymać? Te bóle, z których istnienia nawet sobie nie zdajesz sprawy, jakbyś żył z nimi już zbyt długo, jakby stały się częścią ciebie. Te czaple na przedramionach, przecież wciąż czujesz moment piętnowania. Przecież te smoki na twoich rękach wciąż bolą! I rana w boku. Och Światłości, rana w boku! Dlaczego nie płaczesz, Rand? Dlaczego nie płaczesz wciąż?
— On bowiem jest Car’a’carn — powiedziała Aviendha, śmiejąc się — jest równie silny jak sama Ziemia Trzech Sfer! — Na jej obliczu gościła duma, bezbrzeżna duma, jednak nawet gdy się śmiała, łzy strumieniami spływały po jej ogorzałych policzkach. — Żyły złota. Ach żyły złota. Naprawdę mnie kochasz, Rand.
Elayne natomiast tylko patrzyła na niego, czując w głowie jego obecność. Ból ran i kontuzji, o których naprawdę zdążył już zapomnieć. Napięcie i niewiara, zdumienie w obliczu cudu. Jego uczucia były odrętwiałe, pod dotykiem myśli przypominały bryłę żywicy, stwardniałej prawie na kamień. Jednak wśród zeschłej materii przebijały żyły żywego złota, które pulsowały i lśniły za każdym razem, gdy patrzył na Min lub Aviendhę. Lub na nią. Naprawdę ją kochał. Kochał wszystkie trzy. Na samą myśl zachciało jej się śmiać z radości. Inne kobiety nigdy ostatecznie nie pozbędą się wątpliwości, tylko jej przypadła w udziale pewność tego, że jest kochana.
— W rękach Światłości, że wiesz, co czynisz — powiedział cicho. — Niech Światłość sprawi, abyś nie... — Bryła żywicy znowu odrobinę stwardniała. Wiedział, że jego słowa będą ranić i z góry starał się znieczulić na spodziewane reakcje. — Muszę... muszę już iść. Przynajmniej teraz będę już wiedział, że z wami wszystko w porządku. Nie będę musiał się wciąż zamartwiać. — Znienacka uśmiechnął się. Uśmiech nadałby mu wygląd nieomal chłopięcy, gdy rozjaśnił również oczy. — Nynaeve oszaleje, jeśli się dowie, że uciekłem nie pożegnawszy się z nią. Choć oczywiście, od tego korona by jej z głowy nie spadła.
— Jeszcze jedno, Rand — zaczęła Elayne i urwała, żeby przełknąć ślinę. Światłości, a wcześniej myślała, że to będzie najłatwiejsza część wszystkiego.
— Aviendha i ja musimy porozmawiać, póki mamy po temu okazję — pospiesznie oznajmiła Min, zeskakując ze stołu. — Najlepiej na osobności. Pozwolisz, Aviendha?
Aviendha wdzięcznie podniosła się z dywanu, wygładzając spódnice.
— Oczywiście. Min Farshaw i ja musimy się bliżej poznać — Z powątpiewaniem spojrzała na Min i poprawiła szal. Z komnaty wyszły jednak już pod ramię.
Rand podejrzliwie się temu przyglądał, jakby wiedział, że zostało to z góry ukartowane. Wilk przyparty do muru. Takie sprawiał wrażenie. W głowie pulsowały poświatą złote żyły.
— One mogły być z tobą w sposób, który mnie nie był dany — zaczęła Elayne i zakrztusiła się, a rumieniec spłonił jej twarz. Krew i popioły! W jaki sposób robią to inne kobiety? Uważnie przyjrzała się temu węzłowi wrażeń we własnej głowie, który był nim, a potem temu, który był Birgitte. Żadnej zmiany, przynajmniej jeśli chodzi o ten drugi. Wyobraziła sobie więc, że zawija go w chusteczkę, potem zawiązuje chusteczkę na supełki — i Birgitte znikła. Został tylko Rand. I te jarzące się złote żyły. W jej żołądku wściekle łopotały skrzydłami motyle wielkości wilków. Z wielkim wysiłkiem znowu przełknęła ślinę i odetchnęła głęboko. — Będziesz musiał mi pomóc przy guzikach — powiedziała niepewnie. — Sama nie poradzę sobie ze zdjęciem sukienki.
Na widok Min i Aviendhy stojące na korytarzu Gwardzistki przestąpiły z nogi na nogę, jednak wyraźnie zesztywniały, gdy i Min zamknęła za sobą drzwi i jasne stało się, że nikt więcej nie wyjdzie.
— Niemożliwe, żeby była aż do tego stopnia pozbawiona gustu — mruknęła po nosem ta o oczach śpioszki, zaciskając dłonie na swej długiej pałce. Min uznała, że komentarz nie był przeznaczony dla niczyich uszu.
— Zbyt wiele brawury i zbyt wiele naiwności — warknęła ta szczupła, bardziej męska. — Kapitan-Generał nas przed tym ostrzegała. — Dłoń w rękawicy spoczęła na klamce.
— Wejdziesz tam, a ona prawdopodobnie obedrze cię ze skóry — radośnie rzuciła Min. Widziałaś ją kiedyś, gdy była wściekła? Mogłaby płoszyć niedźwiedzie!
Aviendha puściła ramię Min i odsunęła się odrobinę. Gniewny mars jej czoła przeznaczony był jednak dla Gwardzistek.
— Wątpicie, że moja siostra jest w stanie poradzić sobie z pojedynczym mężczyzną? Jest Aes Sedai i w jej piersi bije lwie serce. A wy przysięgłyście jej posłuszeństwo! Będziecie więc robić, co każe, nie zaś wtykać nosy w jej sprawy.
Gwardzistki wymieniły przeciągłe spojrzenia. Ta bardziej krępa wzruszyła ramionami. Chuda skrzywiła się, jednak zdjęła rękę z klamki.
— Przysięgłam, że dziewczynie nie spadnie włos z głowy — oznajmiła hardo — i mam zamiar przysięgi dotrzymać. Dziewczynki, idźcie pobawić się swoimi lalkami, a mi pozwólcie wykonywać moją robotę.
Min przez chwile zastanawiała się, czy nie wyciągnąć noża i nie błysnąć przekładanym między palcami ostrzem w jednej ze sztuczek, jakich nauczyła się od Thoma Merrilina. Tylko tyle, żeby im pokazać, kto tu jest dziewczynką. Żylasta kobieta nie była już młoda, jednak w jej włosach nie sposób było doszukać się siwizny, poza tym wyglądała na całkiem silną. I szybką. Min wolałaby wierzyć, że pokaźne ciało tej drugiej w dużej mierze zbudowane jest z tłuszczu, ale jakoś nie potrafiła. Wokół ich głów nie widziała najmniejszego przebłysku obrazu czy aury, lecz na pierwszy rzut oka widać było, iż nie zawahają się postąpić w całkowitej zgodzie z własnym przekonaniem. Cóż, przynajmniej postanowiły zostawić Elayne i Randa samych. Może nóż nie będzie potrzebny.
Kątem oka dostrzegła jak Aviendha niechętnie zdejmuje dłoń ze sterczącej zza pasa rękojeści noża. Jeśli tamta nie przestanie naśladować jej w ten sposób, nie pozostanie nic innego, jak podejrzewać,że mimo wszystko w tych podstępnych sztuczkach z Mocą kryło się coś więcej, niż jej powiedziano. Choć z drugiej strony zaczęło się to wcześniej niż te szachrajstwa. Niewykluczone, że po prostu były do siebie bardzo podobne. Niepokojąca myśl. Światłości, całe to gadanie o tym, że poślubi wszystkie trzy, można było znieść póki na gadaniu się kończyło, jednak z którą naprawdę miał się ożenić?
— Elayne jest dzielna — poinformowała Gwardzistki — jest najdzielniejszą kobietą, jaką w życiu spotkałam. I nie jest głupia. Jeśli służbę u niej zaczniecie od odwrotnego przekonania, wkrótce wszystko źle się skończy. — Patrzyły na nią z perspektywy bogatszej o dodatkowych piętnaście czy dwadzieścia lat, odpowiedzialne, niewzruszone, zdecydowane. Za chwilę znowu każą zmykać. — Cóż, nie możemy stać tu przez cały dzień, jeśli mamy porozmawiać, nieprawdaż?
— Oczywiście — wycedziła Aviendha, patrząc groźnie na Gwardzistki. — Nie możemy.