Выбрать главу

Szatera nie omieszkał podzielić się swojemi spostrzeżeniami z Derwiczem.

Panie kolego — zagadnął obok stojącego asystenta — czy nic pana nie uderza w tym "garniturze"?

I wskazał ręką na pociąg, który tymczasem wystęknąwszy skrzelami maszyny białe kłęby pary, stanął na trzecim torze przed peronem.

Asystent przeszedł spojrzeniem "skład" od początku do końca i potrząsnął przecząco głową.

— Nie widzę w nim nic nadzwyczajnego. Obsada wozów regularna, obciążenie średnie. Wszystko w porządku.

— Czy wozy nie wydają się koledze trochę smuklejsze niż zwykle? — poddał mu Szatera.

Oczy młodego człowieka przesunęły się raz jeszcze po pociągu, poczem trochę zdumione spoczęły na przełożonym.

— To złudzenie panie naczelniku — odpowiedział spokojnie — rodzaj optycznej iluzji wywołanej być może chwilowym stanem atmosfery. Dziś było dość dużo mgły w powietrzu.

— W takim razie i kolega powinieneś był jej ulec.

— No niekoniecznie. Pewną rolę odgrywają przy tym i indywidualne własności naszych narządów wzrokowych.

— He, he, he — zaśmiał się szydersko Szatera — innymi słowy chciał kolega powiedzieć, że każdy z nas inaczej widzi. Ha, trudno — nie będę pana przekonywał. Być może mam wzrok trochę inny niż drudzy. I dał ręką znak do odjazdu...

Z początkiem września rozbrzmiały echa w sposób żywiołowy. W czasie od 3 - 10 września niemal dzień w dzień wybuchał wśród pasażerów pospiesznego z Wygnanki niczym nieuzasadniony popłoch. W chwili zajeżdżania pociągu na stację w Zakliczu przerażeni podróżni cisnęli się do okien wagonów i tłoczyli na platformach, chcąc widocznie jak najspieszniej wysiąść. Kilku nawet silniej podenerwowanych wyskoczyło podczas ruchu spory kawałek przed stacją.

Do kulminacyjnego punktu doszła panika 9-go września, kiedy to w momencie wjazdu powstała miedzy podróżnymi jednego z przedziałów brutalna bójka. Kilku mężczyzn z podniesionymi do góry laskami zaczęło sobie torować drogę ku wyjściu, przy którem stłoczyła się gromadka wystraszonych kobiet i dzieci. Zanim pociąg zatrzymał się przed peronem, wybito trzy szyby i wyłamano parę drzwi. Z wnętrza wozów odezwały się spazmatyczne krzyki kobiet i płacz dzieci. Parę osób stoczyło się po stopniach wozu, ponosząc lżejsze i cięższe obrażenia, parę nie licząc się z następstwami, wyskoczyło przez okno. Gdy wreszcie pociąg stanął i zirytowany Derwicz zaczął dopytywać się podniesionym głosem o przyczynę paniki, biedacy nie umieli dać ściśle określonej odpowiedzi. Bezradni, osłupiali spoglądali jedni na drugich, zwalając winę na pozostałych w wagonach. Ktoś krzyknął — "karambol", ktoś inny: "zderzenie" i popłoch był gotowy. Asystent nie mógł dojść prawdy mimo najszczerszych chęci.

Tylko dla Szatery byto wszystko jasne i oczywiste. Dziwiłby się nawet, gdyby było inaczej. Lecz tym razem milczał i nie śpieszył z wyjaśnieniami.

Charakterystyczny był też szczegół, że popłoch wybuchał tylko w dwóch i to zawsze tych samych wozach. Były to wagony nr 232 i nr 135, oba niedobitki z pociągu zniszczonego przez karambol lipcowy, obecnie wcielone w nowy "skład". Szatera wiedziony dziwnym przeczuciem zapamiętał sobie numery ocalałych wozów i zaraz po katastrofie zapisał je w raptularzu stacyjnym. Pomyłka była tu wykluczona, bo identyczność stwierdzały jego własnoręczne notatki. Mimo to nie zwierzył się z tego nikomu, zachowując spostrzeżenie dla siebie.

Bo i poco. Derwicz, najbliższy mu z zawodu i wspólnych zainteresowań człowiek, był naturą trzeźwą i niezdolną do odczucia spraw tajemnych. Kilkakrotne próby wciągnięcia go w kręgi zaświatów zawiodły zupełnie. Wyśmiałby go niewątpliwie i teraz, zwalając "rzekome" objawy na "zwykły zbieg okoliczności", "przypadek" lub wykręcając się innym banalnym frazesem. Szatera rozumiał, że jest skazany na zupełną samotność i że wszystko musi pozostać do końca jego wyłączną tajemnicą,

Tym bardziej należało kryć się przed światem z innym, mniej jeszcze prawdopodobnym spostrzeżeniem. W czasie największej paniki wychylała się z okien jednego z wagonów pani w czerwonym szalu. Naczelnik poznał od razu tę kobietę. Była to ta sama twarz w okolu czarnych, bujnych włosów, którą ujrzał po raz pierwszy w czasie katastrofy przed dwoma miesiącami — te same obłąkane oczy, szukające na próżno ratunku, te same białe, nerwowe ręce chwytające się kurczowo ramy okna, poza którym czekała już na nią śmierć. Teraz kobieta ta powtarzała swą tragiczną rolę...

Była tak łudząco podobna do tamtej, że Szatera za każdym jej pojawieniem się wchodził do wnętrza wozu i szukał jej, by "się przekonać naocznie". Lecz szukał zawsze daremnie. Nie było jej w żadnym z przedziałów, nie było w wagonach sąsiednich, nie było nigdzie w całym pociągu. Pani w czerwonym szalu ukazawszy się raz na krótką chwilę w oknie jednego z fatalnych wozów, znikała bez śladu...

A jednak aktywizacja engramu nie była pełna. Powtórzenie nie zaspakajało tęsknoty Szatery — wielkiej, bezbrzeżnej tęsknoty za tamtą... jasnowłosą... Wspomnienie pocałunku wlokło się za nim refrenem bolesnej rozkoszy i upominało o echo...

O usta słodkie, dziewicze. Krwi chciwe zaborcze usta!...

Z dnia na dzień wyczekiwał zjawienia się ukochanej z dnia na dzień wyglądał cudnego widma. Roztęsknione jego oczy ślizgały się po szybach okien wagonowych, błąkały po twarzach podróżnych, zaglądały w głąb przedziałów. Na próżno. Nie wyśledziły ni cienia umiłowanej głowy, nie uchwyciły choćby najlżejszych jej konturów. Zazdrosne zaświaty pochłonąwszy ofiarę, nie chciały mu jej oddać z powrotem...

Tymczasem echa katastrofy widocznie wyczerpywały się. Z rozpaczą w sercu widział naczelnik Zaklicza, że z dniem każdym powtórzenia są coraz słabsze, zarysy mętnieją, zacierają się. Po 10 września stały się rzadsze, mniej zaakcentowane, aż w połowie miesiąca ustały zupełnie. Na stacji w Zakliczu zapanowały znów stosunki "zdrowe i normalne" ku zadowoleniu asystenta Derwicza i radości zdenerwowanej już służby.

Tylko naczelnik był smutny i ponury. Uczucie bezmiernej pustki i zupełnej izolacji napełniło duszę po brzegi i przygięło wyniosłą niegdyś i sprężystą postać nisko ku ziemi. Zerwała się na czas nieokreślony łączność z zaświatem. Pozostał tylko ból, wierny towarzysz samotnych godzin i pożerająca wiązania ducha tęsknota za ukochaną...

Wtedy to w otchłaniach schorzałej od cierpienia jaźni wylęgła się zaródź piekielnego pomysłu. Skołatany wewnętrzną męką mózg zaczął dochodzić przyczyny luk i niedomówień w echach ostatniego karambolu. Dlaczego powtórzyły się tylko pewne szczegóły? Dlaczego aktywizacja engramu pominęła inne? Dlaczego nie powrócił tragiczny obraz jej uwielbianej głowy?...

Może warunki reprodukcji były niedostateczne?... A jeśli tak, może należy je spotęgować?... Tu rozszalałe kolo myśli zatrzymało się na chwilę. Dreszcz grozy wstrząsnął całym ciałem, Szafera zawahał się przed wyciągnięciem ostatecznych wniosków... Lecz nie długo. Przemożny czar zaświatów przełamał bariery skrupułów i powlókł go za sobą na szlaki zatracenia. Naczelnik stacji postanowił spowodować nowy karambol, który miał go obdarzyć choć na chwil parę wizją jasnowłosej dziewczyny.

Zbrodniczy pomysł dojrzał w ciągu jednej bezsennej nocy. Wśród poświstów jesiennego wichru i szmeru telegraficznych aparatów. Był prosty i łatwy do wykonania. Wystarczyło zatrzymać jeden pociąg trochę dłużej w Zakliczu, a równocześnie nadać do Pochmarza depeszę pozwalającą na wymarsz drugiemu kursującemu po tym samym torze. Kwestia 10 minut. Zderzenie było nieuniknione.

Do realizacji planu przystąpił Szatera śmiało i energicznie. Wybrał dzień pochmurny, październikowy, rozjęczony skargami wiatru i osowiałego ptactwa.