Ale może tylko mu się to wydawało? A może już śnił?
***
Harry upadł na wilgotną trawę. Kręciło mu się w głowie. Miał wrażenie, jakby przed chwilą jechał kolejką górską.
Zamrugał i wypluł z ust mokre źdźbło, po czym podniósł głowę i rozejrzał się.
W słabym świetle księżyca dostrzegł przed sobą kamienną, porośniętą mchem płytę. Wyglądała tak, jakby wynurzyła się spod ziemi, zaplątana w długie, zwisające z niej łodygi. Albo korzenie. Kiedy wytrzeszczył oczy, dostrzegł wyryte w kamieniu słowa. I teraz już wiedział, co to było. Nagrobek.
Podniósł się na kolana i w polu jego widzenia pojawiły się kolejne nagrobki i rzeźby, wyglądające niczym zmarli, którzy zastygli w próbie wydostania się z krainy śmierci. W ich wyciągniętych, splątanych łodygami ramionach było coś przerażającego. Harry przełknął ślinę i kucnął, z nieznanego powodu wciąż obawiając się wyprostować.
Znajdował się na cmentarzu.
Wzdrygnął się, kiedy usłyszał za sobą jakiś jęk. Wyglądało na to, że nie jest tutaj sam.
Odwrócił się gwałtownie i dostrzegł leżącą w trawie postać, która poruszyła się i podniosła głowę.
To był Cedrik.
Harry miał niejasne wrażenie, że już tu kiedyś był. Że coś takiego już się zdarzyło. A to jedynie wzmogło pełzający pod skórą niepokój.
Wyprostował się i rozejrzał. Światło księżyca było zbyt słabe, aby mógł dostrzec szczegóły otoczenia, dlatego podszedł bliżej do wyrastającego przed nim nagrobka, słysząc ciche stęknięcia próbującego podnieść się na nogi Puchona. Wysilił wzrok, aby odczytać znajdujący się na kamieniu napis.
Tom Riddle.
Ogarnął go znajomy strach, a jego serce natychmiast zareagowało, przyspieszając rytm i podchodząc mu do gardła. Odskoczył od nagrobka tak gwałtownie, jakby wystrzeliły z niego próbujące go dosięgnąć płomienie.
Nagle usłyszał kroki. Chrzęszczące na pokrywających ziemię patykach. Rozejrzał się, szukając ich źródła.
Z ciemności wynurzyła się przygarbiona postać, niosąc na rękach małe zawiniątko. Człowieczek był niski i chudy i poruszał się niczym przestraszony, węszący szczur.
Harry poczuł, jak coś ciężkiego opada mu do żołądka, a w piersi zaczyna płonąć gniew. Silniejszy od strachu.
Glizdogon!
Nie, było coś jeszcze. Wiedział to w chwili, kiedy jego bliznę przeszył niewyobrażalny ból, jakby ktoś dotknął jego czoła rozżarzonym pogrzebaczem.
I wtedy to zobaczył. Białą, błyszczącą czaszkę wychylającą się z zawiniątka.
Przerażenie ścisnęło mu gardło.
To był Voldemort! Wiedział o tym!
Ale jak? Skąd?
Zanim zdążył zareagować, usłyszał wysoki, rozrywający głowę syk:
- Zabij niepotrzebnego.
W dłoni Glizdogona pojawiła się różdżka i Harry widział jak na zwolnionym filmie, jak wargi mężczyzny układają się w słowa Klątwy Uśmiercającej, a on sam odwraca się do Cedrika, chcąc go ostrzec, ale krzyk zamarł mu na ustach, kiedy zobaczył, że Puchona już za nim nie ma. Że na jego miejscu stoi wysoka postać w czarnej szacie.
Severus!
- Avada Kedavra!
Mógł tylko patrzeć bezradnie, jak z różdżki Glizdogona wylatuje zielony promień i trafia prosto w klatkę piersiową zaskoczonego mężczyzny.
I w tym momencie Harry poczuł się tak, jakby coś wyrwano mu z piersi, kiedy patrzył, jak szczupłe ciało upada w wilgotną trawę, odrzucone siłą uderzenia, jakby nie było niczym więcej, tylko szmaciana lalką, kukłą bez życia.
Harry widział siebie, jak biegnie i przypada do leżącego na ziemi ciała i spogląda w rozszerzone oczy Severusa. Nadal były czarne. Ale nie było w nich już tego światła, którego zawsze szukał, na które z taką niecierpliwością wyczekiwał.
Były puste. Zimne. Martwe.
Poczuł jak w głębi jego ciała, w samym zalążku duszy pojawia się ból. I rośnie, rośnie, rozdzierając jego wnętrzności, serce, wszystko, co napotyka na swojej drodze, pragnąc się uwolnić. A kiedy dotarł do ust, niósł już ze sobą wszystko, co tylko był w stanie zebrać, pozostawiając po sobie jedynie krwawiące zgliszcza. I pustkę.
I kiedy w końcu wydostał się z gardła, eksplodował cierpieniem, które przeobraziło się w zachrypnięte, rozdzierające wycie.
- NIEEEEEEEEEE...!
Miał wrażenie, jakby opadał w pustkę, jakby teraz, w tej jednej chwili wszystko, całe jego życie przestało mieć znaczenie. Pragnął jedynie ciemności i zapomnienia. I tego, aby ten ból odszedł, ponieważ miał wrażenie, jakby przeżarł wszystkie jego wnętrzności.
Ale w tej pełnej przerażenia i bólu ciemności, pojawił się jakiś odległy głos. Jednak Harry nie chciał go do siebie dopuścić. Nie chciał go słuchać.
Głos był jednak coraz wyraźniejszy, przybliżał się.
- ...ter! Potter, do jasnej cholery!
Coś go szarpało. Potrząsało za ramiona. Ktoś.
Harry chciał, żeby sobie poszedł. Nie chciał nic czuć. Chciał tylko krzyczeć i krzyczeć, ponieważ tylko to pozwalało mu stłumić ból chociaż odrobinę.
- Potter! Obudź się!
Harry uniósł powieki i zobaczył oczy.
Czarne oczy. Nie puste, nie zimne.
Tak samo rozszerzone, nieco zamazane, ale widział w nich światło. Płomienie. Strach.
Widział życie.
Zerwał się i desperacko rzucił na szyję pochylonego nad nim Severusa, ściskając go tak mocno, jakby już nigdy nie miał zamiaru go puścić.
- Ty żyjesz... - wyszeptał zachrypniętym głosem. - Żyjesz... On cię nie zabił...
Czuł jak jego serce bije niemal w króliczym tempie. Nie potrafił złapać tchu, a pod zaciśniętymi powiekami pojawiły się łzy, ale to się nie liczyło, ponieważ Severus wciąż tu był. Nie odszedł.
Żył.
Wcisnął twarz w szyję mężczyzny, wyczuwając jego przyspieszony puls i jeszcze nigdy w całym swoim życiu nie czuł takiej ulgi.
- Potter... - zaczął Severus. W jego głosie było wahanie i kiedy Harry go usłyszał, zrozumiał jaka to była głupia sytuacja.
Zachował się jak pięciolatek, który po koszmarze rzuca się przerażony na szyję jednego z rodziców.
Nie, Snape nie może widzieć go w takim stanie, nie może widzieć jego roztrzęsienia. Harry nie chciał, aby jutro rano się z niego naśmiewał.
Puścił go, starając się nie trząść aż tak bardzo i z pochyloną głową, nie chcąc spojrzeć mu w twarz, wymamrotał:
- Przepraszam. Nic mi nie jest. Muszę tylko pójść do łazienki. Wszystko w porządku.
Wstał z łóżka, czując, jak jego obolałe mięśnie protestują przeciwko takiemu wysiłkowi i ruszył przed siebie, nie zważając nawet na pulsujący ból otartego tyłka. Było ciemno, ale nie przejmował się zapaleniem światła. Nie obchodziło go nawet to, że nie miał okularów.
Chciał jak najszybciej być sam.
Potknął się o coś leżącego na podłodze i wpadł na komodę.
- Wszystko w porządku - wymamrotał ponownie i po omacku dotarł do drzwi łazienki.
Kiedy zatrzasnął je za sobą i został otoczony pustką i ciemnością, mógł w końcu pozwolić sobie na wibrujące, zachrypnięte westchnienie, które paliło jego gardło, odkąd się obudził.
Nie wiedział, jak mu się to udało, ale dotarł do umywalki i pochylił się nad nią, opuszczając głowę i opierając się przedramionami o jej chłodne brzegi. Trząsł się tak bardzo, iż z trudem utrzymywał się na nogach i wciąż czuł w żołądku tą palącą gorycz, jakby coś rozszarpało mu wnętrzności. Było mu niedobrze i wyczuwał, jak ta gorycz płynie wzdłuż jego przełyku. Targnęły nim torsje i zwymiotował. Miał wrażenie, jakby przy każdym szarpnięciu coś rozrywało go od środka i najwyraźniej chciało sprawić, aby nie pozostało w nim zupełnie nic.