Выбрать главу

Ciche wtrącenie Harry'ego, że to nie był prawdziwy Moody zostało przez Severusa całkowicie zignorowane. Mężczyzna wydawał się pławić w nienawiści do Nimfadory i każdy jej błąd był dla niego niczym triumf. Ale czerwona z gniewu Tonks nie była mu dłużna:

- Tak, a pod twoją opieką byłby z pewnością bezpieczny! Potrafisz tylko gadać, a kiedy trzeba się wykazać, zaszywasz się w jakiejś ciemnej norze w swoich lochach! Gdzie byłeś w zeszłym roku, kiedy...?

Nagła zmiana ciśnienia powiedziała Harry'emu, że Tonks posunęła się za daleko i że Snape jest na granicy wybuchu. Mężczyzna znalazł się przy niej w kilku krokach i śmiertelnie lodowatym głosem wysyczał jej prosto w twarz:

- Ty bezczelna ignorantko, znam takie zaklęcia, o których ci się nie śniło. Lepiej nie wybieraj się na żadne nocne spacery, bo może przydarzyć ci się jakiś niefortunny wypadek i zostaniesz odesłana na bardzo długi odpoczynek do Munga.

- Severusie! - Głos dyrektora był podniesiony i wyjątkowo surowy. - Nie życzę sobie tego typu uwag. Oboje jesteście członkami grona pedagogicznego.

Widząc że Severus niemal wibruje z wściekłości, Harry wolałby stanąć oko w oko ze stadem rogogonów węgierskich, niż znaleźć się w tej chwili sam na sam ze znajdującym się w takim stanie Snape'em.

Na szczęście dyrektor oszczędził mu dalszej męki, podziękował za pomoc i poprosił o opuszczenie gabinetu, a Harry jeszcze nigdy nie poczuł takiej ulgi, wychodząc z tego pomieszczenia. Sytuacja nie była zbyt wesoła. Wiedział, że Severus potrafi mówić różne perfidne rzeczy, kiedy jest wściekły, ale nigdy nie spodziewał się, że posunie się aż do grożenia innemu nauczycielowi w obecności dyrektora szkoły.

Dlaczego on aż tak nienawidził Tonks? Wyglądało na to, że Severus ogólnie nie przepada za aurorami i może to było głównym czynnikiem. Zresztą czasami wydawało mu się, że Severus nienawidzi wszystkich ludzi na świecie. Jego rodziców, Syriusza, Lupina, Tonks, Weasleyów, jego przyjaciół, wszystkich uczniów w szkole i chyba także wszystkich nauczycieli. Może jedynym wyjątkiem był Dumbledore. Albo był to po prostu pewnego rodzaju respekt i Severus skrzętnie ukrywał swoją nienawiść.

A co w takim razie z nim? Przecież po tym wszystkim, co się pomiędzy nimi wydarzyło... Po wczorajszej nocy...

Nie, Harry był niemal pewien, że jest chyba jedyną osobą na świecie, której Severus nie nienawidzi. A to było bardzo miłe uczucie.

Uśmiechnął się do swoich myśli i nagle zorientował się, że dotarł już do dormitorium. Cóż, równie dobrze mógłby wziąć prezent dla Hagrida i pójść do niego teraz. Może przestanie wtedy myśleć o Snapie. Chociaż na chwilę.

***

U Hagrida spędził niemal całe popołudnie. Półolbrzymowi bardzo spodobała się uprząż na smoki, którą podarował mu Harry. On dostał w prezencie bransoletę z kłów krakwatów, ponieważ, jak wytłumaczył mu Hagrid, zwierzęta te co jakiś czas zmieniają uzębienie, a ich kły są wyjątkowo rzadkie i drogocenne, no i takie "zajefajne".

Tak, Harry musiał się zgodzić, że długie, ostre jak szpilki żółtawe kły są bardzo "zajefajnie". Szczególnie, kiedy wyglądają tak, jakby wbijały się w przegub dłoni.

Przyjaciel nalał mu mocnej jak żelazo herbaty z mlekiem i przez długi czas gawędzili o różnych sprawach Hogwartu i najdziwniejszych zwierzętach, jakie Hagrid kiedykolwiek spotkał. Później półolbrzym zabrał Harry'ego do Zakazanego Lasu, aby pokazać mu, jak wyrosły jego "krakwatki". Przez jakieś pół godziny przedzierali się przez pokryte śniegową czapą krzaki, aby dotrzeć do polany, której Harry kompletnie nie znał. Zaczaili się w krzewach, Hagrid poprosił go, aby rzucił na nich zaklęcie maskujące i czekali.

- Zawsze jak jest taka słoneczna pogoda to wyłażą na żer, bo lubią się wygrzewać w słoneczku, podczas rozrywania na kawałki i zjadania swoich ofiar.

- Uhm - mruknął cicho Harry, starając się być jak najmniej widocznym, ponieważ ta część o rozrywaniu i zjadaniu wybitnie mu się nie spodobała.

- O, tam jest jeden! Widzisz? - Hagrid wyciągnął wielką rękę wskazując na opancerzone, sześcionogie stworzenie wielkości szafy, które wyszło spomiędzy drzew. Błyszczące w słońcu trzy pary oczu i szczęka pełna "zajefajnych" żółtych kłów dopełniały przerażającego widoku. Ostatni raz, kiedy widział te stworzenia, sięgały mu do pasa, a teraz...

Cofnął się mimowolnie i nastąpił na leżącą pod śniegiem gałąź, która złamała się, wydając z siebie wyjątkowo donośny dźwięk.

Zwierzę odwróciło się błyskawicznie i wbiło w miejsce, w którym stał Harry, cały zestaw swoich czarnych jak węgle oczu.

- Eee... Hagridzie. - Harry starał się mówić bezgłośnie, ale zdawał sobie sprawę, że nie bardzo mu to wychodzi. - Jesteś pewien, że one nas nie zaatakują?

- Nie no, gdybym był pewien, to byśmy się nie maskowali, nie? Więc uważaj, gdzie łazisz, bo one potrafią być diabelnie szybkie, a nie mam przy sobie proszku z igieł szpiczaka.

- Czego? - Harry zatrzymał się, bojąc się przesunąć stopę nawet o milimetr.

- Taki proszek, co to najlepiej działa na ukąszenia krakwatów. Wyciąga jad i wysusza ranę. Podobno w księgach uzdrowicielskich piszą, że najlepszy jest eliksir ze skrzeku żaberta, ale raz go wypróbowałem i rana śliniła mi się przez dwa tygodnie. Niemal wyciągnąłem kopyta. Na szczęście znajomy, od którego kupiłem jaja krakwatów przysłał mi sowę, żebym spróbował zdobyć trochę igieł szpiczaka, roztarł je na miazgę i wsmarował w ranę. I uwierzysz, że już po dwóch dniach przeszło? Trzeba by napisać do tych mądrych głów, co to piszą te książki, żeby to dodały. Trochę za mało się na tym znają. Ale nie dziwię się, w końcu odkryto je niedawno. To znaczy, krakwaty, a nie uzdrowicielskich czarodziejów, ma się rozumieć.

Harry słuchał jednym uchem, obserwując jak olbrzymie stworzenie rzuca się na przebiegającego w pobliżu zająca i łamie mu kark jednym kłapnięciem paszczy wyposażonej w ostre jak szpilki kły. Harry wątpił, że jakikolwiek proszek byłby mu w stanie pomóc, gdyby to samo spotkało na przykład jego rękę, nogę albo głowę.

Poprosił Hagrida o jak najszybsze ulotnienie się z tego miejsca, ponieważ "było mu już zimno" i z ulgą ruszył w drogę powrotną do chatki.

- A co z tymi atakami? Zmieniło się coś? - zapytał na pozór od niechcenia, ale wyczuł, jak półolbrzym się spiął.

- Wiesz, Harry, że nie wolno mi o tym z tobą gadać.

- Przecież nikomu nie powiem, Hagridzie - naciskał. Naprawdę był ciekaw.

- Wiem, ale dyrektor obdarłby mnie ze skóry, gdyby dowiedział się, że ci o tym opowiedziałem.

Harry westchnął. Dobra, może poczekać. W końcu kiedyś Hagrid i tak się wygada. Znał go na tyle, aby być tego niemal pewnym.

Dotarli do chatki, porozmawiali jeszcze chwilę i wspólnie wrócili do zamku na obiad. Ani Severusa, ani Tonks nie było na posiłku. Wyglądało na to, że nie mogą na siebie patrzeć i aby uniknąć swojego towarzystwa, postanowili po prostu omijać szerokim łukiem miejsca, w których mogliby się spotkać. Harry miał tylko szczerą nadzieję, że dyrektor nie dopuścił do tego, żeby się nawzajem pozabijali. Luna była niezwykle milcząca i wyglądała na strapioną. I Harry po raz kolejny, patrząc na spuszczoną głowę przyjaciółki, poczuł silne wyrzuty sumienia.

To wszystko, absolutnie wszystko było jego winą. Musiał coś zrobić, musiał jakoś...

Niech to szlag!

Po skończonym posiłku poprosił, aby spotkała się z nim na błoniach za pół godziny i pobiegł do swojego dormitorium po prezent dla niej. Podczas wizyty w Hogsmeade na przedświątecznych zakupach miał trudności z wybraniem czegoś, co pasowałoby do Luny i jej nietypowego image'u. Ale w końcu zdecydował się na nakrycie głowy w kształcie wystającej z czaszki dodatkowej ręki, która poruszała się i łapała wszystko, co było w jej zasięgu oraz lewitującą torebkę ozdobioną pomalowanymi w różne wzory i kolory paznokciami. Miał szczerą nadzieję, że sztucznymi.