Harry odwrócił się i oparł plecami o ścianę, ponieważ nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Miał wrażenie, że jego głowa zaraz eksploduje. Przez chwilę tylko dyszał ciężko, próbując uspokoić rozszalałe serce i uczucie, jakby coś go miało zaraz rozerwać na strzępy od środka.
Snape jest Śmierciożercą!
To nie chodzi o to, że o tym nie wiedział, ale teraz... kiedy zobaczył to na własne oczy, stało się to takie... zatrważająco prawdziwe.
Wiedział, że Severus jest szpiegiem Zakonu, a jako szpieg musi być darzony absolutnym zaufaniem Voldemorta i pozostałych Śmierciożerców. I dlatego zmuszony jest robić wszystko, co mu każą, ale... zawsze starał się o tym nie myśleć, ignorować to. Co z oczu, to z serca, jak to się mówi. A teraz to widział... widział zakrwawioną maskę, znienawidzoną szatę i poczuł, jakby to, co starał się wypierać, otworzyło się nad nim i spadło na niego z niesamowitą siłą.
Wziął drżący oddech, zarzucił na siebie pelerynę niewidkę i powoli ruszył w drogę powrotną do dormitorium.
Dopiero teraz do jego świadomości zaczęły przedzierać się pewne fakty, których wcześniej nie potrafił, nie chciał, lub też nie był w stanie do siebie dopuścić. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się, nie tak naprawdę, nad tym "drugim" życiem Severusa... Gdzieś tam, daleko od swoich skąpanych w półmroku komnat, daleko od bezpiecznego Hogwartu, daleko od długich, szkolnych korytarzy i biegających po nich beztrosko uczniach, daleko od Harry'ego... Wśród nienawiści, bladolicego strachu, wrzasków bólu, skowytu konających, wśród zawiści, rozpaczy oraz rozrywającego umysł, pozbawionego wszelkich odczuć i zahamowań śmiechu...
Prawdę powiedziawszy, to Harry nie sadził, aby on potrafił żyć w taki sposób. Podejrzewał, że albo by oszalał, albo stał się takim samym pozbawionym skrupułów mordercą, jak wszyscy pozostali. Człowiek, choćby nie wiadomo jak silny i odporny psychicznie, po pewnym czasie zacznie "przesiąkać" obecnymi w powietrzu silnymi emocjami, wchłaniać je i odbierać jako swoje własne, nie odróżniając ich już od siebie.
Ale Severus był... Severusem Snape'em. Był przecież kimś, kto potrafi zrobić ze swoim umysłem wszystko. Przynajmniej sam tak utrzymywał. Harry pamiętał te rozmowę.
Nie wierzył w to. Chciał w to uwierzyć, naprawdę chciał, ale nie potrafił. Jak można wmówić sobie, że jest się pozbawionym skrupułów mordercą? Albo, że się kogoś kocha? Nikt nie potrafił aż tak dobrze udawać. Ale skoro Severusowi udało się oszukać nawet Voldemorta...
Harry zatrzymał się nagle.
A jeżeli on go wcale nie musiał oszukiwać? Jeżeli robi to wszystko naprawdę? Jeżeli sprawia mu to przyjemność?
Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach.
Nie, nie może przecież tak myśleć. To Severus!
Były Śmierciożerca... - podpowiedziało mu sumienie. - Ktoś, kto uwielbia zadawać ból...
Nieważne! Ale należał do niego! Tylko do niego! Patrzył na niego w taki sposób, że Harry tracił oddech, dotykał go, tak łagodnie i ostrożnie... Pamiętał to, pamiętał każdy pocałunek, każde spojrzenie, każdy gest. Ktoś, kto ma w sobie jedynie mrok, nie potrafiłby rozpalać się takim jasnym płomieniem. A zresztą...
Harry ruszył ponownie, uśmiechając się lekko do swoich myśli.
A zresztą, nawet gdyby było w nim więcej mroku niż światła... to i tak nadal pozostałby Severusem. Jego Severusem. Severusem, któremu ufał. Któremu musi ufać. I w którego musi wierzyć. Musi wierzyć w to, że Severus jest szpiegiem Dumbledore'a i wcale nie chce nosić tych szat i robić... tych wszystkich rzeczy. Jeżeli nie będzie w to wierzył, to... równie dobrze mógłby pójść do Voldemorta już teraz.
Podczas rzucania klątw chodzi tylko o to, czy chcesz i potrafisz zrobić komuś krzywdę...
Nagle tknięty nagłym impulsem, zatrzymał się ponownie, przypominając sobie fragment tamtej rozmowy. Słowa Snape'a odbiły się echem w jego głowie, sprawiając, że ponownie zadrżał. Jego umysł nawiedziła wizja, w której ta sama smukła dłoń Severusa, która mocno ściska różdżkę i bez wahania zadaje ból wijącym się na ziemi niewinnym ofiarom... z czułością i delikatnością dotyka jego ciała, błądzi po skórze, próbując zapamiętać każdy jej skrawek i zaciska się na jego penisie, pieszcząc go i doprowadzając do delirycznego orgazmu. Te same usta, które wypowiadają słowa klątw mających za zadanie śmiertelnie zranić ofiarę albo torturować ją aż do utraty zmysłów, dokładnie te same usta całują jego ciało, smakują go i szepczą mu do ucha takie słowa, od których niemal natychmiast dochodzi... Te same oczy, które bez cienia współczucia spoglądają na śmierć i zniszczenie, a w ich czarnych tęczówkach odbijają się płomienie palonych żywcem ludzi i ich domostw, te same oczy patrzą na niego w taki sposób, jakby chciały go pożreć, rozedrzeć na strzępy, naznaczyć, sprawić, aby wił się i skomlał... a on nie potrafi się im oprzeć.
Miał w głowie zamęt. Okropny, nieprzyjemny zamęt i potrzebował bardzo długich rozmyślań, aby się go pozbyć.
Cóż, wygląda na to, że tej nocy nie zaśnie zbyt szybko...
***
Kiedy Harry otrzymał "Proroka Codziennego" następnego dnia, spodziewał się, co może w nim zobaczyć. Nerwowe wyczekiwanie sprawiło, że prawie w ogóle nie tknął śniadania. Severusa nie było przy stole, ale może to i lepiej, ponieważ chyba nie potrafiłby powstrzymać się przed rzucaniem mu wieloznacznych, zamyślonych spojrzeń.
I nie mylił się. Było tam. Na pierwszej stronie.
Artykuł o ataku Śmierciożerców na budynek mieszczący Czarodziejski Departament Spraw Zagranicznych, czyli miejsce, w którym nawiązywano i utrzymywano kontakt ze wszystkimi magicznymi ośrodkami na całym świecie.
Harry poczuł uścisk w żołądku. Nie chciał tego czytać. Przesunął tylko wzrokiem po tekście, próbując odnaleźć liczbę zabitych lub zaginionych.
Czternaście osób.
Przełknął ślinę, czując się tak, jakby otrzymał potężny cios w splot słoneczny i na chwilę zabrakło mu tchu.
Odłożył Proroka, ignorując pełną oburzenia wrzawę, która podniosła się przy stole, kiedy kilka osób także rozłożyło swoje gazety.
Oczywiście, że Severus brał w tym udział. Musiał brać. Inaczej Voldemort uznałby go za zdrajcę.
Harry spędził wczoraj pół nocy rozmyślając nad tym i starając się poskładać swoje myśli i uczucia do kupy. Nie chodziło o to, że nie ufał Severusowi. Wiedział, że Snape robi to wszystko tylko po to, aby móc szpiegować dla Zakonu i donosić o wszystkim Dumbledore'owi. Ale pomimo tego... czasami się go obawiał. Oczywiście nie tak, jak na początku. Jednak teraz, kiedy wiedział już na czym polega rzucanie Czarnej Magii, kiedy widział na jego oparciu szaty Śmierciożercy, kiedy zdał sobie w końcu sprawę z tego, co Severus musi robić jako jeden z towarzyszy Voldemorta... teraz czuł w sobie kiełkujący coraz intensywniej zalążek niepokoju.
Coś było nie w porządku.
Jednak na razie nie potrafił dokładnie powiedzieć, co to dokładnie jest.
Wiedział, że nie może się tak zachowywać. Że chowanie głowy w piasek nic nie pomoże. Severus był dla niego najważniejszą osobą na świecie i cokolwiek robi dla Voldemorta... nie powinno to ingerować w ich prywatne sprawy. Nie może pozwolić, aby Voldemort zniszczył to, co z takim wysiłkiem udało mu się wypracować. Aby niszczył to kruche coś, które było pomiędzy nimi.
Musi do niego dzisiaj pójść. Musi mu pokazać, że się nie przestraszył. Że wie i rozumie.
Musi to zaakceptować.
***
Zbyt długo się wahał. Obawiał się, że Snape znowu go wyrzuci, że będzie na niego wściekły za wczorajszy wybryk. W końcu, jakby nie patrzeć, naprawdę zachował się bezczelnie. Ale z drugiej strony - mężczyzna powiedział, żeby przyszedł dzisiaj.