Выбрать главу

Wydawało mu się, że wiodąca z gabinetu wicedyrektorki do wieży Gryffindoru droga jeszcze nigdy nie była tak długa. Szedł chwiejnie, ledwie powłócząc nogami i z przygnębieniem wpatrując się w swoje stopy. Odłamki kamieni rozbiły mu okulary, ale nie przejmował się teraz naprawianiem ich. Nie zależało mu na tym. Prawdę mówiąc, na niczym mu w tej chwili nie zależało. Ból w zranionej i zabandażowanej dłoni nasilał się z każdym krokiem. Powinien pójść do skrzydła szpitalnego, tak jak poleciła mu McGonagall zanim wyszedł, ale nie chciał... W końcu przynajmniej częściowo odciągało to jego uwagę od bólu, który czuł wewnątrz.

Miał wrażenie, że każdy krok, który stawia, prowadzi go coraz bliżej ku przepaści. W głowie odbijało mu się echo odległych słów.

Nie ma miejsca na akceptację czegokolwiek... przypomnę ci o tym... potrafię przewidzieć pewne reakcje...

Czy o to właśnie mu chodziło? Chciał mu w ten sposób pokazać, jak bardzo się myli? Że, tak naprawdę, gówno wie? Czy może chciał mu po prostu pokazać, jak potrafi być okrutny? Jakby Harry jeszcze tego nie wiedział...

Westchnął głęboko i skrzywił się, kiedy poczuł bolesne ukłucie w piersi. Nie potrafił tego zrozumieć. Starał się, już wiele razy naprawdę się starał, ale wciąż niektóre zachowania Severusa pozostawały dla niego tajemnicą.

Dlaczego mężczyzna się od niego oddalał? Świadomość tego bolała, i to tak bardzo, że Harry z trudem oddychał. Ponieważ wiedział, jak wiele wysiłku kosztowało zbliżenie go do siebie. Co więc mogło się wydarzyć? Co mogło się tak nagle zmienić?

Podejrzewał tylko, że ma to związek z czymś, co było poza nimi dwoma. Tylko takie wyjaśnienie miało sens.

Spojrzał na swoją dłoń. Krew przesiąkła już przez prowizoryczny bandaż. Ale nie miał zamiaru ponownie próbować jej tamować.

Tak samo jak krwotoku płynącego z serca.

...chodzi tylko o to, czy chcesz i potrafisz kogoś skrzywdzić...

Cóż, w przypadku Severusa Snape'a, odpowiedź na to pytanie była w tej chwili aż nadto oczywista...

***

Kiedy Harry obudził się następnego ranka, miał wrażenie, jakby ktoś przywalił mu w nocy czymś ciężkim w głowę. Wszystko go bolało, ale chyba najbardziej poraniona odłamkami dłoń. Kiedy wczoraj dowlókł się do dormitorium, od razu padł na łóżko i zasnął niemal natychmiast.

Zwlókł się z posłania, wziął do ręki stłuczone kawałkami kamienia okulary, szybko je naprawił, założył na nos i poszedł do łazienki. Spojrzał w lustro i jęknął, kiedy zobaczył olbrzymiego siniaka pod lewym okiem i kilka zadrapań na policzkach. Cóż, nie wyglądało to zbyt dobrze... Może rzeczywiście powinien pójść do pani Pomfrey. Zrobi to po śniadaniu.

Odwinął z dłoni bandaż i przyjrzał się głębokim nacięciom na skórze. Zaschnięta krew była już niemal czarna. Ostrożnie włożył rękę pod strumień zimnej wody i obmył ją, po czym ponownie owinął zakrwawionym bandażem. Nie miał niestety czystego, a nie chciało mu się tracić energii na wybielenie go.

Znowu spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Miał podkrążone oczy i bladą cerę. Skutek niewyspania czy nerwów? Chyba jednego i drugiego.

Obiecał sobie, że nie będzie myślał o tym, co się wczoraj wydarzyło. Musi to wyrzucić z pamięci. Całkowicie. Ponieważ nawet jedno pojedyncze wspomnienie mogłoby być zbyt dużym ciosem.

A był teraz za słaby, aby się przed nim obronić.

Wziął szybki prysznic, przebrał się i zszedł na śniadanie. Przy stole siedzieli już niemal wszyscy. Snape także. Harry nawet z daleka słyszał ożywiony gwar, śmiech i prowadzone półgłosem rozmowy. Bez słowa i spojrzenia na kogokolwiek podszedł do stołu i usiadł obok Luny, dokładnie naprzeciwko profesor McGonagall.

I wtedy gwar urwał się nagle i wokół niego zapanowała głucha cisza.

Harry podniósł głowę i rozejrzał się, zaskoczony tym nagłym milczeniem. Wszyscy wpatrywali się w niego z zaciekawieniem i przestrachem jednocześnie.

No litości, przecież nie wyglądał chyba aż tak strasznie?

- Co się stało, Harry? - zapytała szeptem Luna, przerywając tę nienaturalną ciszę. Harry czuł na sobie wzrok wszystkich nauczycieli i uczniów. Nawet siedzący obok McGonagall Dumbledore spoglądał na niego z niepokojem. Jednak żadne z tych spojrzeń nie było tak intensywne, jak spojrzenie siedzącego dwa miejsca od McGonagall Severusa. Wydawało się niemal parzyć i Harry wyraźnie czuł jak wędruje po jego skórze, przypiekając ją i wypalając ślady. Nie potrafił jednak określić, jakie to były ślady.

Harry spuścił wzrok, czując nieprzyjemny uścisk w żołądku. Wszyscy patrzyli na niego jak na jakiegoś odmieńca. Znowu.

- Drogie dziecko... - odezwała się profesor Vector. - Czy ty w ogóle widziałeś się dzisiaj w lus...

- Wybacz, Saptimo, ale to tylko i wyłącznie sprawa pana Pottera - przerwała jej McGonagall, po czym rozejrzała się po stole, zwracając się do wszystkich: - Pan Potter miał wczoraj mały wypadek i proszę, aby nikt nie wypytywał go o to, co się wydarzyło, ponieważ nikogo nie powinno to interesować - oświadczyła, po czym skierowała swoje słowa do pielęgniarki: - Poppy, chciałabym, abyś zajęła się panem Potterem po śniadaniu. - Pani Pomfrey skinęła głową.

- Dziękuję, pani profesor - wymamrotał cicho Harry. Wicedyrektorka posłała mu porozumiewawcze spojrzenie, po czym pochyliła się do Dumbledore'a i szepnęła mu coś na ucho. Dyrektor pokiwał ze zrozumieniem głową i spojrzał na Harry'ego ze współczuciem w jasnoniebieskich oczach. Żołądek Gryfona skręcił się i musiał szybko odwrócić głowę. Nie chciał współczucia, nie potrzebował go.

Traf chciał, że jego wzrok padł na Severusa. Mężczyzna wbijał w niego niemal desperackie spojrzenie i Harry poczuł nagłe, bolesne ukłucie w sercu. Snape wyglądał tak, jakby kompletnie zapomniał, gdzie się znajduje, jakby zapomniał, że jest w Wielkiej Sali, otoczony innymi nauczycielami i uczniami. Jego źrenice były nienaturalnie rozszerzone, chociaż powieki miał przymknięte, a brwi ściągnięte. Otworzył usta, jakby chciał Harry'ego o coś zapytać, ale wtedy chyba przypomniał sobie, gdzie jest i szybko je zamknął. Jego widelec upadł na talerz, wydając przy tym ostry dźwięczny odgłos, po czym odbił się od niego i spadł na podłogę. Jego brzęczenie słychać było na kamiennych płytach jeszcze przez jakiś czas. Jednak mężczyzna wydawał się zupełnie nie przejmować, że wszystkie spojrzenia oderwały się od Harry'ego i spoczęły na nim.

- Severusie, na Merlina, mógłbyś trochę uważać - mruknął skrzekliwie profesor Flitwick, siedzący tuż obok niego. - Następnym razem wbijesz mi go w oko.

Mistrz Eliksirów nie odpowiedział. Wydawał się go zupełnie nie słyszeć. Z trudem oderwał kąsające spojrzenie od Harry'ego, który dostrzegł w jego ciemnych tęczówkach, wyraźny, ostry rozbłysk gniewu, kiedy mężczyzna odwrócił głowę i wbił wzrok w odległą ścianę, zsuwając ze stołu swoje zdecydowanie zbyt mocno zaciśnięte i... drżące pięści.

Harry zamrugał, zastanawiając się, czy się nie przewidział i co też mogło to oznaczać? Czyżby Snape nadal był na niego wściekły? Ale to przecież on powinien być wściekły na mężczyznę! A tymczasem wyglądało na to, że ten nadęty, tłustowłosy dupek... nie potrafi nawet wytrzymać pięciu minut przy tym samym stole, co Harry Potter!

Niech go...!

Harry zacisnął zęby, próbując opanować nagły przypływ złości i żalu.

Nie, nie będzie zwracał na niego uwagi. Nie może pozwolić, aby Severus Snape odebrał mu apetyt. Sięgnął lewą ręką po półmisek z omletami zapiekanymi z bekonem i z ogromnym trudem przełożył jeden na swój talerz. Siedząca obok niego Luna uśmiechała się do niego przyjaźnie, ale wyczuwał, że za jej uśmiechem czai się niepokój. Próbował prowadzić z nią miłą, typową pogawędkę, ale zwyczajnie nie potrafił. Nie w tej chwili. Nie w obecności siedzącego tak sztywno, jakby połknął kij od miotły i najwyraźniej nie zamierzającego już dokończyć swojego rozpoczętego posiłku Snape'a, który znajdował się zaledwie dwa metry dalej po drugiej stronie stołu.