Ale w tej ogłuszającej kakofonii krzyków przyjemności i bólu rozległ się zupełnie inny dźwięk.
Śmiech.
Wysoki, lodowaty, wbijający się w umysł i zdzierający z niego wszelkie osłony. Jakikolwiek opór przed nim mógłby się zakończyć jedynie szaleństwem.
Śmiech wzmagał się. Kiedy osiągnął punkt krytyczny, brzmiał tak, jakby zamienił się w miliony drobnych, ostrych igieł, przekłuwających każdy nerw w ciele i paraliżujący je.
I wtedy zaczął słabnąć. Fale bólu powoli odpływały, osłony na nowo się wznosiły.
Severus Snape otworzył oczy. Jedyną zauważalną reakcją na to, czego przed chwilą doświadczył, było kilkukrotne zaciśnięcie powiek i pulsująca na skroni żyła.
Lord Voldemort stał kilka kroków przed nim i uśmiechał się szeroko, co w tym wypadku wcale nie oznaczało radośnie. Jego uśmiech przypominał raczej czającego się tuż pod powierzchnią wody rekina, gotowego w każdej chwili zaatakować i zmiażdżyć ofiarę swoimi potężnymi szczękami.
- Ssseverusie... - zaczął, podchodząc powoli do stojącego przed nim Śmierciożercy, którego szata wciąż jeszcze splamiona była krwią zamordowanych dwie godziny wcześniej mugoli podczas jednej z wielu podobnych akcji. Na białej masce, którą mężczyzna trzymał w dłoni, widniały czerwono-czarne smugi, pozostawione przez – teraz już zaschnięte - krople krwi. Jego nieruchoma, wpatrzona w dal twarz przypominała taką sama maskę. - Sprawiłeś mi dzisiaj ogromną satysfakcję. Zasłużyłeś na nagrodę.
Severus pokornie pochylił głowę.
- Radość z powodu tego, że znów mogłem ci to pokazać, jest całkowicie wystarczającą nagrodą, mój Panie.
- Ja nie rzucam słów na wiatr. W nagrodę pójdziesz z Bellatriks do Grenualdy Thumb, aby wyciągnąć z niej interesujące mnie informacje oraz odnaleźć coś, co powinno należeć do mnie. Bella zna szczegóły, więc zgłoś się później do niej.
Snape przytaknął.
- Bardzo dziękuję, Panie. To będzie dla mnie zaszczyt.
- Czy ten stary głupiec domyśla się czegoś?
W oczach Snape'a błysnęła zimna satysfakcja. Pokręcił głową.
- Wszystko idzie zgodnie z planem. Dumbledore jest tak pochłonięty główkowaniem, organizowaniem sił i przygotowaniami do wojny, że nie zauważyłby w swoim gnieździe zepsutego jajka, nawet gdyby mu je podsunąć pod brodę. Te akcje znakomicie odwracają jego uwagę od najistotniejszych rzeczy. Od chłopaka.
- Znakomicie. - Voldemort ponownie wyszczerzył w uśmiechu swoje żółtawe, przypominające rząd kłów zęby. - Ale na wszelki wypadek trzeba całkowicie uśpić jego czujność. Powiesz mu, że przygotowujemy atak na siedzibę Międzynarodowej Federacji Quidditcha.
- A przygotowujemy? - zapytał Severus z uprzejmym zainteresowaniem.
- Przygotujemy. Trzeba podsunąć mu jakiś smakowity kąsek. Poświęcimy Legerpholta i Adraughta. I tak już mi się do niczego nie przydadzą. Ale cóż to znaczy wobec tego, co otrzymam w zamian? - W jego czerwonych oczach rozbłysły zimne iskry. - Jeszcze tylko niewiele ponad półtora miesiąca, Severusie, i będę ją miał. - Zakończone długimi szponami palce Voldemorta zacisnęły się w pięść. - Krew Pottera. Jego moc. Jego siłę. A wtedy cały świat padnie mi do stóp, a Albus Dumbledore nie będzie stanowił już dla mnie żadnego zagrożenia. Zmiotę go z powierzchni ziemi samym tylko spojrzeniem. - Jego głos unosił się w powietrzu, rozbłyskując iskrami gniewnej mocy, kiedy coraz bardziej pogrążał się w swych wizjach.
Snape czekał cierpliwie z krzywym, lecz pozbawionym krztyny zwyczajowego szyderstwa uśmieszkiem. Był to raczej uśmiech kogoś, kto cieszy się z dobrze wykonanego zadania.
- Kiedy "przeprowadzimy" ten atak? - zapytał po chwili.
- Pojutrze o północy. Wyślę tam kogoś, kogo strata nie będzie dla nas zbyt dotkliwa. Wejdą głównym wejściem. Z pewnością sam wymyślisz jakieś wytłumaczenie dla tego starego głupca. Tak mu się już miesza w głowie, że jeszcze w końcu gotów byłby pomyśleć, że zamierzam wykraść partię mioteł. Musisz go przekonać i wziąć udział w walce, stojąc po jego stronie. I dopilnujesz, by Legerpholt i Adraught zginęli. Nie możemy pozwolić na to, aby Aurorzy wzięli ich w obroty, nawet jeżeli Veritaserum, które dla nich warzysz, ma o połowę słabsze działanie. Zawsze mogą użyć na nich Legilimens Evocis, a tego byśmy nie chcieli.
- Zostaw to mnie, Panie - odpowiedział Snape.
- A co z Miksturą Wyostrzenia?
- Brakuje mi jednego składnika. Wywaru z trupojada. Myślę, że z pewnością znajdę go na Nokturnie. Udam się tam zaraz po naszym spotkaniu.
- Dossskonale, dossskonale. Jeżeli to już wszystko, to możesz odejść i przyślij do mnie Malfoya.
- Tak, Panie. - Severus pokłonił się i wycofał z komnaty. Kiedy znalazł się za drzwiami, wyprostował się i ruszył zdecydowanym krokiem przez długi, pogrążony w mroku korytarz, wyglądając tak, jakby wtapiał się w panującą wokół gęstą ciemność.
***
Aportował się prosto przed sklepem, do którego zmierzał. Za zabrudzoną, zaśniedziałą szybą wystawową stały wszelkiego rodzaju zakurzone słoje i butelki wypełnione nieokreślonymi substancjami. Obrzucił badawczym spojrzeniem ciemny zaułek ze skulonym pod murem, mamroczącym do siebie czarodziejem w łachmanach, wokół którego unosił się odór uryny oraz innych ekskrementów. Było już ciemno. Przebywanie na Nokturnie o tej porze równało się z samobójstwem, jeżeli tylko znalazłby się tutaj ktoś niepowołany. Ale stojący przed sklepem z najbardziej zakazanymi i śmiercionośnymi składnikami eliksirów, odziany w splamioną krwią szatę Śmierciożercy mężczyzna wyglądał na tak obeznanego z tym miejscem i tak pewnego siebie, jakby wiedział, że bez wątpienia nie spotka tutaj nikogo bardziej niebezpiecznego niż on sam.
Przez krótką chwilę lustrował jeszcze pozostałe całkowicie wyludnione, ciemne i brudne, cuchnące fekaliami zaułki, przez które co jakiś czas przemykał nienależący z pewnością do żadnego człowieka cień, po czym wszedł do środka.
Stojący przy ladzie niski człowieczek z bardzo długą, przerzedzoną siwą brodą podniósł obojętnie wzrok i w momencie, kiedy to zrobił, jego oczy rozszerzyły się gwałtownie, tak jakby ujrzał właśnie Lorda Voldemorta we własnej osobie.
- Och, pan Snape - zaskrzeczał chrapliwie. - Jakiż to dla nas zaszczyt. Cooper! Chodź tu natychmiast! - krzyknął w stronę znajdującego się za nim zaplecza. Niemal w tej samej chwili w drzwiach pojawił się przygarbiony, całkowicie łysy osobnik o wyglądzie kulejącej jaszczurki.
- Och, pan Snape. - Zaklaskał w wielkie jak łopaty dłonie, pochylając się tak nisko, że niemal dotknął nosem podłogi. - Czego pan sobie życzy tym razem?
- Potrzebuję wywaru z trupojada - odpowiedział beznamiętnym tonem mężczyzna, rozglądając się po obleczonych pajęczynami, ciągnących się aż pod sufit półkach zapełnionych słoikami. Gałki oczne, palce, czy nawet języki były najprzyjemniejszymi pływającymi w nich obiektami.
- Oczywiście. Sprowadziliśmy go co prawda dla innego klienta, ale w tych okolicznościach... - Mężczyzna urwał pod torpedującym spojrzeniem Snape'a. - Już przynoszę. - Odwrócił się na pięcie i popędził na zaplecze, przypominając trochę pająka poruszającego się bez kilku wyrwanych nóg.
- Czy życzy pan sobie jeszcze czegoś? - zapytał mały człowieczek, podchodząc do Severusa i kłaniając mu się nisko. - Mamy nowa kolekcję...
- Nie, przyszedłem tylko po wywar - odparł Severus beznamiętnym tonem, patrząc z góry na kulącego się przed nim staruszka.
- Oczywiście, dla pana wszystko - zaskrzeczał osobnik, ale nie podniósł ani głowy, ani wzroku, uparcie wbijając go w czarne, wystające spod długiej szaty buty stojącego przed nim wysokiego Śmierciożercy. Snape popatrzył na drzwi prowadzące na zaplecze, tak jakby zastanawiając się nad czymś, po czym pochylił się gwałtownie i złapał człowieczka za brodę, przyciągając go do siebie i szepcząc mu wprost do ucha: