- Sprowadzisz dla mnie skórę i serce druzgotka, odmiany pirenejskiej, jak najmłodszego. W nienaruszonym stanie. Dostawa tam gdzie zawsze za dwa dni, dokładnie o tej samej porze. Wiesz, co cię spotka, jeżeli nawalisz albo piśniesz chociaż słówko.
Staruszek pokiwał głową, a jego oczy były tak rozszerzone, jakby zaraz miały wypaść mu z wychudzonej czaszki i potoczyć się po podłodze, dołączając do tych, które znajdowały się w niektórych słojach.
Severus puścił go i odepchnął, wyprostował się i ponownie przybrał na twarz obojętną maskę.
- Jest! - Cooper wyłonił się z zaplecza, ściskając w rękach niewielki czarny flakonik. - Proszę, oto on. Najwyższej jakości, specjalnie...
Severus odebrał mu go brutalnie i spiorunował wzrokiem, co sprawiło, że mężczyzna ugryzł się w język. Mistrz Eliksirów bez słowa włożył flakonik do jednej ze znajdujących się w szatach kieszeni i jeszcze raz spojrzał na kłaniających mu się, niemal zamiatających nosami podłogę, drżących ze strachu ludzi. I wydawał się dobrze bawić, obserwując ich przerażenie i szacunek, który mu okazywali jako jednemu z najbardziej zaufanych popleczników Lorda Voldemorta. Mistrz Eliksirów wyglądał tak, jakby napawał się tym lękiem, karmił nim. Uśmiechnął się krzywo, a następnie odwrócił i z łopotem peleryny wymaszerował ze sklepu, bez ani jednego słowa.
Śmierciożercy nigdy za nic nie płacili.
***
- Czarny Pan planuje atak na główną siedzibę Międzynarodowej Federacji Quidditcha - powiedział Severus, patrząc prosto w wyblakłe błękitne oczy siedzącego po drugiej stronie biurka starego czarodzieja. - Nie znam głównego celu, ani pobudek dla tego ataku, ale podejrzewam, że ma to związek z jego uprzedzeniami.
Dumbledore pokiwał głową.
- Tom nie potrzebuje żadnego powodu, aby atakować bez opamiętania wszystko, co tylko nam jeszcze pozostało. Quidditch łączy cały czarodziejski świat jest ostatnim bastionem honoru, woli walki i wspólnoty, którą budujemy. Uderzyć w niego to jak uderzyć prosto w nasze serca. Nie wolno do tego dopuścić, Severusie. Na kiedy planuje atak?
- Pojutrze o północy. Proponuję, aby zwiększyć ilość Aurorów patrolujących budynek i jego okolice.
- Tak zrobimy, Severusie. Ale dla zachowania pozorów, zwiększymy ich ilość także w innych instytucjach. Nie możemy pozwolić, aby Voldemort domyślił się, że ktoś nas ostrzegł.
Na twarzy Mistrza Eliksirów nie drgnął nawet jeden mięsień.
- Jeżeli uważa pan to za konieczne, dyrektorze. I zanim pan coś powie, chciałbym oświadczyć, że tym razem chcę wziąć udział w bitwie. Użyję Eliksiru Wielosokowego, dzięki czemu żaden Śmierciożerca, który mógłby nam umknąć, nie rozpozna mnie.
Dumbledore wpatrywał się w niego z zamyśleniem. Zmarszczki na jego czole pogłębiły się.
- Dobrze - odezwał się po chwili. - Lecz musisz być niezwykle ostrożny, Severusie. Jesteś w tej chwili naszym najważniejszym źródłem informacji. Nie możemy cię stracić.
- Proszę się nie martwić, dyrektorze. Potrafię o siebie zadbać.
- Wiem - westchnął stary czarodziej i opuścił głowę, splatając ze sobą oparte na biurku dłonie. - Martwię się o nas.
Na ułamek sekundy coś w czarnych oczach rozbłysło lodowato, ale dyrektor nie mógł tego zauważyć, ponieważ przez cały czas wpatrywał się w swoje pomarszczone dłonie, błądząc myślami gdzieś daleko.
- Nott i Avery pozostają w tej chwili nieuchwytni. Próbują pozyskać wsparcie ludów zamieszkujących północną część Skandynawii - mówił dalej Severus, patrząc na siwą, pochyloną głowę starego czarodzieja. - Bellatriks wykonuje poboczne zadania, zbiera dla Czarnego Pana informacje. Niestety, nie znam ani jednego nazwiska jej najbliższych celów.
Dumbledore pokręcił głową.
- Klimming, Abigail, Longphort... kto następny? - Podniósł wzrok i spojrzał prosto w nieruchome oczy mężczyzny siedzącego po drugiej stronie biurka, nadal odzianego w czarne, poplamione krwią szaty Śmierciożercy. - Musisz wyciągnąć od niej te nazwiska. Nie możemy pozwolić sobie na kolejne straty, Severusie. Jest nas coraz mniej. Pomimo najsilniejszych zabezpieczeń i wszelkich środków ostrożności, Voldemort zawsze wie, gdzie ich szukać i jak się do nich dobrać, i muszę wiedzieć w jaki sposób mu się to udaje. Jeżeli dowiesz się czegokolwiek na temat jego źródła... To musi być ktoś z Hogwartu albo z Zakonu. Wolałbym, aby tym... "podrzuconym jajem" okazał się członek Zakonu. Nie chciałbym, aby w pobliżu Harry'ego kręcił się ktoś grający na dwa fronty, jeżeli wiesz, o co mi chodzi, Severusie...
Mistrz Eliksirów przytaknął ze zrozumieniem i całkowicie obojętnym wyrazem twarzy.
- Jeżeli tylko czegokolwiek się dowiem, natychmiast poinformuję o tym pana, dyrektorze. Niestety, Czarny Pan nie ufa mi jeszcze na tyle, aby dopuścić mnie do swoich największych sekretów. I wygląda na to, że ufa mi nawet mniej, niż myślałem, skoro ukrywa przede mną owe "źródło"...
Dumbledore pokiwał głową.
- Musisz zdobyć jego zaufanie, Severusie. Za wszelką cenę musisz się do niego zbliżyć, nawet jeżeli wymaga to... - jego błękitne oczy spoczęły na poplamionej krwią szacie mężczyzny - ...pewnego poświęcenia z twojej strony.
Jedyną zauważalną reakcją Mistrza Eliksirów było mocniejsze zaciśnięcie cienkich warg.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, dyrektorze - odparł Snape cichym, mrocznym szeptem.
- A co z chłopcem? - zapytał nagle Dumbledore, zmieniając temat. - Czy Voldemort wspomniał coś o nim, albo o jakichkolwiek planach z nim związanych?
Mężczyzna pokręcił nieznacznie głową, patrząc wprost w przyglądające mu się lustrująco błękitne oczy starca.
- Ani słowem. Jest zbyt pochłonięty planowaniem ataków i organizowaniem sił, aby zawracać sobie teraz nim głowę.
Dumbledore spoglądał mu w oczy jeszcze przez jakiś czas, po czym rozluźnił się i westchnął ciężko, odwracając głowę.
- To dobrze usłyszeć przynajmniej jedną dobrą wiadomość. Wiem, że spędzasz ostatnio dużo czasu z Harrym. Dobrze zrobiłeś, biorąc na siebie odpowiedzialność za wymierzenie mu tych wszystkich szlabanów. Niech tak zostanie. Chroń go, Severusie. Wiesz, jaki jest dla nas ważny.
Mężczyzna przytaknął, ponownie zaciskając usta.
- Jeżeli to już wszystko, dyrektorze, to chciałbym wrócić do siebie i odpocząć.
- Tak, to wszystko. Dobranoc, chłopcze - odparł stary czarodziej, odchylając się w swoim przypominającym tron krześle i usiłując przywołać na twarz podnoszący na duchu uśmiech, ale wydawał się on tak samo blady, jak jego błękitne spojrzenie. Było w nim znacznie więcej zgryzot niż wsparcia.
Severus podniósł się i skinął mu głową.
- Dyrektorze - powiedział uprzejmie, odwrócił się i wyszedł.
Przemierzał mroczne, opustoszałe korytarze Hogwartu w równych, wyważonych krokach, które odbijały się echem od ścian pogrążonego we śnie zamku. Czarna peleryna powiewała za nim, a cień jego dumnej, wyprostowanej sylwetki prześlizgiwał się po kamieniach pomiędzy jedną, a drugą umieszczoną na ścianie pochodnią.
W pewnym momencie mężczyzna zatrzymał się nagle. Kroki ucichły, a w powietrzu unosiła się jedynie gęsta cisza, w której nieme trzaskanie płonących pochodni było jedynym ruchomym elementem rzeczywistości.
Severus powoli sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej zielony kamień. Kamień, który jarzył się w tej chwili złotym blaskiem. Przysunął go do skrytej w cieniu twarzy i odczytał jaskrawy napis:
Dobranoc, Severusie.
Cisza przybrała na sile. Wydawała się wchłaniać wszystkie dźwięki.
Na usta mężczyzny wypłynął ledwie widoczny uśmiech. Ukryte w mroku oczy rozbłysły czymś nieokreślonym. Niepokój i ukojenie wydawały się w tej chwili jednym i tym samym. Padające na surową twarz cienie rysowały na niej swoje własne historie. I tylko wpatrujący się w kamień i zaciskający go w swojej dłoni mężczyzna, wiedział, które z nich są prawdziwe.