Tego wieczoru jeszcze przez jakiś czas nie mógł zasnąć, rozpamiętując dokładnie każdy szczegół swojego szlabanu i po jakimś czasie wyciągnął spod poduszki Mapę Huncwotów, aby sprawdzić, co też Severus może teraz robić. Nie zobaczył go ani w gabinecie, ani w salonie, ani w sypialni. Nie było go również w łazience. Podejrzewał, że pewnie znowu siedzi w swoim laboratorium i warzy jakieś skomplikowane mikstury. Już miał zamknąć mapę, kiedy spostrzegł poruszenie w samym rogu arkusza. Wystarczył jeden rzut okiem, aby serce w nim zamarło.
Przez korytarz prowadzący z lochów do wyjścia z zamku szli Severus i... Nott.
Znowu!
Harry poczuł, jak niepokój i żółty, jadowity potwór zazdrości ponownie się w nim odzywają.
Spokojnie, tylko spokojnie. Severus powiedział mu, że udziela Nottowi korepetycji.
Ale, do diabła, w środku nocy i to poza zamkiem? Ponieważ obaj wyraźnie zmierzali w stronę skraju mapy, ku tej części błoni Hogwartu, do której mapa już nie sięgała.
A może... może obaj udają się na jakieś spotkanie Śmierciożerców? W sumie nie zdziwiłby się, gdyby ojciec Notta wciągnął swojego syna do służby Voldemortowi.
Nie! Ufa Snape'owi! Na pewno to tylko to. Albo [i]aż[/i] to. Na pewno wszystko jest w porządku. Musi być! A jeżeli okaże się, że nie jest, to... to on już coś z tym zrobi! Tak, właśnie tak!
I Nott pożałuje, że się urodził!
***
Środa minęła nieco szybciej. Tonks zaprezentowała im kilka zaklęć niwelujących złe uroki, a na Zielarstwie przycinali pędy Tentakuli, co okazało się nie lada wyzwaniem i na obiad poszli zmęczeni, spoceni i pokąsani. Zaklęcia również okazały się wyczerpujące, ponieważ profesor Flitwick kazał im rzucać Zaklęcie Lodowatego Ognia i skończyło się na tym, że Neville podpalił sobie szatę, Seamus brwi, a Lavender Brown o mało nie spaliła włosów Hermionie.
Po wszystkich lekcjach byli tak padnięci, że ledwie doczłapali do swojej wieży. Harry marzył tylko o tym, żeby rzucić się na łóżko, ale czekał go dzisiaj jeszcze szlaban ze Snape'em. Nie chodziło o to, że nie chciał iść, ponieważ niczego innego tak nie pragnął, ale czuł się naprawdę wykończony. Kiedy jednak większość uczniów przelazła już przez dziurę w portrecie i Harry, Ron i Hermiona również wkroczyli do Pokoju Wspólnego, zaskoczyło ich niewielkie zbiegowisko przy kominku.
- ...ejmuj się, przecież wiesz, że Snape do wredny dupek. Nie martw się. Na pewno wszystko skończy się dobrze.
- Właśnie. On zawsze ma zły humor. Nie powinieneś przejmować się tym wyrośniętym nietoperzem!
Harry, Ron i Hermiona spojrzeli po sobie i podeszli bliżej, aby dowiedzieć się, o co chodzi.
Połowa piątego roku Gryffindoru otaczała siedzącego na kanapie Colina Creeveya, który miał spuszczoną głowę i wyglądał na naprawdę przygnębionego. Obok niego siedziała Ginny, najwyraźniej próbując go pocieszyć.
- Co się stało? - zapytał Ron, patrząc na siostrę. Colin podniósł na chwilę głowę i Harry zobaczył, że miał zaczerwienione oczy.
- Ten sukinsyn Snape wyrzucił Colina z lekcji i powiedział, żeby już nigdy nie pokazywał mu się na oczy - powiedziała Ginny ze złością w głosie.
Harry rozszerzył oczy.
- Co? Dlaczego? - zapytał, wyraźnie wstrząśnięty. Snape zawsze groził wszystkim, że wyrzuci ich z lekcji, ale groźby te spełniał naprawdę rzadko i zawsze były to tylko jednorazowe incydenty.
- Ja... - mruknął Colin, pociągając nosem - ...mieliśmy przygotować Eliksir Bezsennego Snu, no i pomyliłem składniki i... wszystko eksplodowało i... - Głos mu się załamał i nie mógł już mówić dalej.
- I połowa naszego roku wylądowała w szpitalu z poparzeniami - dodała cicho Ginny i widząc, że wargi Colina znowu zaczynają drżeć, zreflektowała się szybko. - Nikt nie twierdzi, że to była twoja wina, Colin! Każdy ma prawo się pomylić! Przecież takie wypadki zdarzają się bardzo często. A Snape jest nauczycielem i powinien to zrozumieć, a nie twierdzić, że jesteś "największym imbecylem, jakiego widziała szkoła, zaraz po Longbottomie" - powiedziała Ginny, naśladując ton nauczyciela.
- A to świnia z tego tłustowłosego dupka! Żeby mu tak kiedyś jakiś eliksir wybuchnął prosto w twarz! Może wtedy stałby się mniej paskudny - warknął Ron. - Nie przejmuj się, Colin, mi Snape mówi takie rzeczy na co drugiej lekcji.
Colin pociągnął nosem.
- Żeby tylko to powiedział...
- Snape w ogóle zachowywał się dzisiaj jeszcze gorzej niż zazwyczaj, jakby mu ktoś porządnie nadepnął na odcisk - mruknęła Ginny. - Wydzierał się na nas przez całą lekcję i odjął nam chyba ze czterdzieści punktów. Za nic. A później, kiedy Colin wysadził swój kociołek... - Dziewczyna spojrzała na przyjaciela ze współczuciem.
- Powiedział, że jeżeli jestem taki ślepy, że nie potrafię odróżnić czerwonego proszku z odchodów Zgnilików od żółtego proszku z zasuszonych jaj Mantykor, to powinienem pożyczyć okulary od Pottera i...
Harry'emu opadła szczęka.
- ...i nie chce mnie już więcej widzieć na swoich zajęciach, a jeżeli zechcę, to mogę wysadzić samego siebie i wtedy wszyscy odetchną z ulgą - zakończył Colin i westchnął z przygnębieniem.
- McGonagall na pewno się za tobą wstawi - powiedziała Hermiona. - Snape nie może ot tak sobie wyrzucać uczniów z zajęć.
Ron spojrzał na stojącego obok Harry'ego i poklepał go po ramieniu.
- A ty masz niedługo szlaban z tym łajdakiem. Trzymaj się, Harry, będziemy wspierać cię myślami. Miejmy nadzieję, że wyjdziesz z tego cało.
Harry skinął głową, zbyt zaszokowany tymi wszystkimi rewelacjami, aby odpowiedzieć. Jeżeli Snape był dzisiaj w takim paskudnym nastroju, to teraz naprawdę zaczął obawiać się tego szlabanu. Przecież znał go i wiedział, jaki potrafi być czasami nieprzewidywalny.
Najwyraźniej ten wieczór wcale nie zapowiadał się tak przyjemnie, jak sądził...
Po kolacji, na której Severus się nie pojawił, Harry wyszedł z Wielkiej Sali, odprowadzany współczującymi spojrzeniami Rona, Hermiony i kilku młodszych Gryfonów, i skierował się prosto do lochów.
Cóż, lepiej mieć to już za sobą. Może nie będzie tak źle. Może Severus tylko na niego powarczy i wyrzuci go za drzwi, bo nie będzie miał ochoty na jego towarzystwo.
Kiedy zatrzymał się przed drzwiami do jego gabinetu, czuł, jak głośno bije mu serce. Nie chodziło o to, że bał się Severusa. Chodziło o to, że bał się czasami jego... nastrojów. A w zasadzie tego, co może mu zrobić.
Odetchnął głęboko kilka razy, próbując rozpędzić zbitą grudę lęku, która osiadła mu w żołądku, i dotknął drzwi. Przeszedł przez gabinet i ponownie się zatrzymał, zastanawiając się, czy lepiej nie zawrócić, dopóki ma jeszcze taką możliwość. Potem może już nie być w stanie.
Trzeci rok Gryffondoru, który również miał z nim dzisiaj zajęcia, potwierdził, że Snape zachowywał się o wiele paskudniej niż zwykle. I teraz oto Harry stał przed drzwiami jego komnat i czuł się tak, jakby miał zaraz wejść do jaskini lwa. A raczej węża.
Nie, przecież to Severus. Nic mu nie zrobi, nawet jeżeli ma dzisiaj naprawdę kiepski humor. Prawda? Prawda?
Zamknął oczy, odetchnął jeszcze kilka razy, aby dodać sobie odwagi, i wszedł.
W porządku, zrobił dwa kroki i nikt nie cisnął w niego jeszcze żadnym zaklęciem, ani nie powalił na ziemię. Jest dobrze.
Rozejrzał się po pogrążonym w półmroku salonie i dojrzał Severusa, stojącego do niego tyłem i robiącego coś przy swoim barku.
- D-dobry w-wieczór, S-Severusie - wydukał cicho i zamknął za sobą drzwi.
Mężczyzna nie obejrzał się, tylko odpowiedział: