Objęcie tego stanowiska przez Nimphadorę wniosło do Hogwartu powiew świeżego powietrza. Gryfoni nie mogli się już doczekać lekcji Obrony z ich nową nauczycielką, która miała odbyć się już dzisiejszego, środowego popołudnia. Jedno było pewne - lekcje z Tonks na pewno nie będą nudne.
Co do Malfoya - pojawił się dopiero we wtorek, co Harry, Ron i Hermiona przyjęli z mieszanymi odczuciami. Z jednej strony ulżyło im, że jeden z ich nauczycieli nie okazał się jednak mordercą, ale z drugiej - powrót ich największego szkolnego wroga był dotkliwym ciosem. Cała trójka zgadzała się z tym, że świat bez Draco Malfoya byłby lepszym miejscem. Na pewno bezpieczniejszym. Przynajmniej dla Harry'ego.
- Chyba nie będzie na tyle głupi, żeby cię znowu napadać - uznał Ron. - Nie wiem, gdzie się podziewał przez cały wczorajszy dzień, ale wygląda jak chodząca śmierć. Spójrzcie tylko na niego. Ciekawe, gdzie Snape go trzymał.
Ślizgon rzeczywiście nie wyglądał najlepiej. Miał podkrążone oczy i zapadnięte policzki.
- Snape to niebezpieczny i nieprzewidywalny drań - stwierdził filozoficznie Ron. - Harry, jak teraz o tym pomyślę, to jednak miałeś szczęście, że zostałeś poczęstowany tylko tym eliksirem. Malfoy wygląda, jakby został poczęstowany jakimiś wymyślnymi torturami.
- Przestań, Ron. Snape, co by o nim nie mówić, jest członkiem Zakonu Feniksa i na pewno nie mógłby torturować swojego ucznia pod nosem Dumbledore'a.
"No nie wiem, Hermiono" - pomyślał Harry - "Skoro mógłby prawie pieprzyć swojego ucznia pod nosem Dumbledore'a, to nigdy nic nie wiadomo..."
- Nawet, jeżeli tym uczniem jest Malfoy - dokończyła Gryfonka.
- A mnie się wydaje, że on jest raczej szpiegiem Sam-Wiesz-Kogo i dostarcza mu informacji o Zakonie Feniksa.
- Nie masz żadnych dowodów, Ron.
- Snape sam jest wielkim, chodzącym dowodem. Mnie nie oszuka.
- Dumbledore mu ufa - odezwał się nagle Harry. - Więc my też powinniśmy.
Przyjaciele spojrzeli na niego ze zdumieniem. Harry zrozumiał, jaką gafę strzelił i spłonął rumieńcem.
- Harry, od kiedy zacząłeś go bronić? - Ron wyglądał na wstrząśniętego.
- Nie bronię go - wymamrotał. - Bronię tylko... decyzji Dumbledore'a. Dyrektor na pewno wie, co robi.
- No... ok - odparł rudzielec, ale wciąż patrzył na Harry'ego nie do końca przekonany. Za to zamyślony wzrok Hermiony wcale się Harry'emu nie podobał.
"Muszę być ostrożniejszy" - zdołał jeszcze pomyśleć, zanim tłum uczniów porwał ich na lekcję.
* * *
Lekcja Obrony z Tonks okazała się... hmm... "interesująca" to nie do końca adekwatne słowo. Raczej katastrofalnie niebezpieczna. Uczniowie skończyli siedząc pod ławkami w zdemolowanej i dymiącej klasie. Ogniste Banshee okazały się "nieco" bardziej niebezpieczne niż ich nowej nauczycielce się wydawało. Nawet Hermiona nie dała im rady. Tonks robiła co mogła, by nad nimi zapanować, ale jej wysiłki spełzły na niczym, gdyż najwyraźniej nie przewidziała, że uczniowie zaczną krzyczeć i uciekać, zamiast połączyć swe siły i stawić im czoła, co było najlepszym sposobem pokonania dużej grupy Banshee.
Draco Malfoy oświadczył, że jego ojciec dowie się o tym, że niemal nie zginął na lekcji i wyciągnie surowe konsekwencje, a Tonks wpadła w takie przygnębienie, że nawet Ron i Hermiona nie potrafili jej z niego wyciągnąć.
Harry spotkał tego dnia Snape'a na korytarzu, co sprawiło, że Gryfon pogrążył się w jeszcze większej depresji, niz dotychczas. Mistrz Eliksirów przeszedł obok niego, nie zaszczyciwszy go nawet jednym spojrzeniem, jakby Harry miał na sobie pelerynę niewidkę.
Gryfon już sam nie wiedział, co ma teraz zrobić. Podejrzewał, że Snape postanowił zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się w sobotni wieczór w schowku. Ale dlaczego? Czyżby bał się, że Harry coś komuś powie? A może nie chciał mieć już z Harrym nic wspólnego? Dlaczego?
Gryfon chciał jakoś mu to wyjaśnić, ale za każdym razem, kiedy próbował, Snape zbywał go albo udawał, że go nie widzi i nie słyszy. Doprowadziło to do tego, że Harry niemal nie przestawał o nim myśleć. Severus Snape stał się jego obsesją. A obojętność Mistrza Eliksirów tylko ją podsycała. O ile nauczyciel już wcześniej przyciągał znaczną część jego uwagi, to teraz przybrało to niemal rozmiary uzależnienia.
Harry myślał o nim, kiedy wstawał, jadł śniadanie, siedział na lekcjach, uczył się, kiedy rozmawiał z przyjaciółmi, jadł obiad oraz kolację i kiedy masturbował się w środku nocy.
Docierała do niego tylko połowa z tego, co ktokolwiek próbował mu przekazać. Hermiona i Ron starali się dociec przyczyny takiego zachowania ich najlepszego przyjaciela, ale Harry potrafił tylko odmrukiwać na zadawane mu pytania i chociaż bardzo się starali, to nic nie potrafili z niego wyciągnąć.
Harry egzystował niemal na granicy załamania, dopóki monotonii tej nie przerwało pewne wstrząsające wydarzenie.
- Potter! - głos profesor McGonagall potrzebował kilku sekund, by przebić się przez zamroczony myślami umysł Harry'ego. - Mam dla ciebie niezbyt miłą wiadomość.
Profesor McGonagall zatrzymała go przed lekcją Historii Magii w czwartkowe popołudnie. Jej twarz była blada i zasmucona.
- O co chodzi, pani profesor? - Harry poczuł niepokój, widząc wyraz jej twarzy.
- O ile się nie mylę, to jesteś najbliższą w szkole osobą dla Luny Lovegood, zgadza się? - Harry pokiwał głową, czując nagły niepokój. Słowa profesor McGonagall potwierdziły jego obawy. - Luna trafiła dzisiaj do szpitala w bardzo ciężkim stanie.
Harry zbladł. Jego serce podskoczyło i opadło ciężko aż do żołądka.
- Co jej jest, pani profesor?
McGonagall zrobiła zmartwioną minę.
- Pani Pomfrey i profesor Snape próbują to ustalić. Ma ogromne trudności z oddychaniem i nie może mówić. Jedna z uczennic Ravenclaw'u znalazła ją dzisiaj w łazience, nieprzytomną. Ukrywała swoją chorobę. Gdyby zgłosiła się wcześniej do szpitala...
- Pani profesor! - przerwał jej Harry, czując jak ogromny kamień opada mu na serce, przygniatając je swoim ciężarem. - Czy mógłbym ją odwiedzić?
- Ależ oczywiście, Potter. Zwolnię cię z zajęć profesora Binnsa... - ale McGonagall mówiła już tylko do powietrza, gdyż Harry puścił się biegiem w stronę skrzydła szpitalnego.
W ciągu kilku chwil znalazł się na miejscu. Wpadł do szpitala, zrzucił torbę i dobiegł do łóżka, w którym leżała Luna. Widząc stan, w jakim znajdowała się Krukonka, Harry zatrzymał się raptownie, przerażony. Jej twarz była zielonkawa, zamknięte powieki miały siną barwę, coś nieprzyjemnie chrzęściło w jej płucach, kiedy oddychała szybkim, płytkim oddechem.
- Luno... - wyszeptał Harry patrząc na nią ze smutkiem i zgrozą. Opadł na kolana i wziął w dłonie jej gorącą rękę. Przytłaczające poczucie winy zalało jego serce. Jego gardło ścisnęło się nieprzyjemnie, poczuł w ustach cierpki smak goryczy.
Dlaczego nie zabrał jej wtedy do szpitala? Dlaczego tak łatwo zrezygnował? To była jego wina, że ona teraz leżała tu w takim złym stanie.
Luna stała mu się naprawdę bliska, odkąd poznał ją trochę lepiej. Nigdy nie powiedziała mu złego słowa, była lojalną przyjaciółką, pomagała mu, nie licząc na nic w zamian. Spędził z nią wystarczająco dużo czasu, by zrozumieć, że nie jest taką dziwaczką, na jaką wyglądała na pierwszy rzut oka, ale bardzo wrażliwą dziewczyną z interesującą, nietypową osobowością.
Harry oparł głowę o skraj łóżka i zamknął oczy, przytulając twarz do gorącej dłoni Krukonki.
Całował ją, do cholery! Przytulał! Naprawdę się z nią zżył! Jako jedyna nie zamęczała go pytaniami. Po prostu zawsze była, kiedy Harry jej potrzebował. Ale czy on okazał jej jakąkolwiek wdzięczność za to, jak mu pomagała?
Nie, oczywiście, że nie!