Pobiegł za Severusem, który skierował się do salonu i opadł bezwładnie na fotel przy wygaszonym teraz kominku. Twarz mężczyzny wykrzywiał ból i wydawało się, że z każdą chwilą ten ból staje się coraz gorszy. Po skórze płynęły krople potu, a usta zaciskały się tak mocno, iż stały się niemal białe.
Severus odkręcił butelkę i już miał przyłożyć ją do ust, kiedy coś w głowie Harry'ego zaskoczyło.
- Co to jest? - zapytał, wskazując na flakonik.
- Potter... - Severus odezwał się zachrypniętym z bólu głosem - ...nie uważasz, że to nie jest najlepszy moment na naukę Eliksirów?
Harry przypadł do niego, drżąc na całym ciele.
Severus mógł umrzeć! Dopiero teraz to do niego dotarło! Krakwaty zaatakowały kiedyś nawet Hagrida i niemal skończyło się to tragicznie, a przecież Hagrid był pół-olbrzymem i miał o wiele lepszą odporność niż ludzie!
- Powiedz mi tylko, co to jest! Muszę wiedzieć!
v - Wywar ze skrzeku żaberta.
Oczy Harry'ego rozszerzyły się. Krew w jego żyłach buzowała z zawrotną prędkością.
- To nie zadziała! - niemal krzyknął, a mężczyzna spojrzał na niego z zaskoczeniem. Harry odwrócił się i rozejrzał po pomieszczeniu. Strzępki rozmowy odbytej kiedyś z Hagridem docierały do niego jak zza mgły, usiłując przebić się przez szum w uszach i walące w piersi serce.
Co to było? Jak się nazywało? Coś od jeża... Igły... przypomnij sobie! Przypomnij!
Przycisnął dłonie do głowy i zacisnął oczy.
- Igły... igły szpiczaka! Tak! To jest to! Severusie! - Odwrócił się gwałtownie do na wpół leżącego w fotelu mężczyzny. - Potrzebuję igieł szpiczaka!
- O czym ty bredzisz, chłopcze? - Każde słowo Snape'a było coraz cichsze i powolniejsze. - Nie zapominaj... że to ja jestem Mistrzem Eliksirów. Doskonale potrafię sam sobie poradzić. A ty... czy nie powinieneś być teraz w swoim dormitorium? - Po tych słowach ponownie przyłożył flakonik do ust, ale Harry jednym ruchem wytrącił mu go z ręki. Butelka upadła na podłogę. - Co ty wyprawiasz, do cholery? - wycedził Severus, ale nie było w tych słowach zwyczajowej mocy.
Harry nie wiedział, co wyprawiał. Wiedział tylko, że za wszelką cenę musi go uratować, nawet jeżeli Severus miałby go za to znienawidzić do końca życia.
- Ty nie wiesz... Skrzek żaberta nie zadziała. Hagrid mi powiedział. Pomagałem mu z Krakwatami. Wiem. Igły szpiczaka. Tylko one mogą pomóc! Nie ma czasu, powiedz mi, gdzie one są! Szybko! - Widząc, że mężczyzna przygląda mu się z powątpiewaniem, dodał niemal histerycznie: - Proszę, Severusie, zaufaj mi!
Severus oddychał ciężko i wyglądało na to, że ma coraz większe trudności z mówieniem. Włosy przykleiły mu się do czoła. Krew z rany zrobiła się niemal czarna i gęsta niczym śluz. Mężczyzna uniósł powoli prawą dłoń i wskazał na otwarte drzwi do gabinetu.
- W lewym rogu. Górna półka.
Harry wypadł z salonu i pobiegł do gabinetu. Zgarnął po drodze moździerz i tłuczek leżące obok kilku mosiężnych wag na jednej z półek i po krótkich poszukiwaniach odnalazł fiolkę z długimi na około dziesięć centymetrów, połyskującymi lekko igłami. Złapał ją, odkorkował i wsypał igły do moździerza, po czym zaczął rozcierać je z taką siłą, iż miał wrażenie, że w najbliższym czasie nie będzie mógł używać prawej ręki. Powoli, nie przestając ugniatać igieł, powrócił do salonu i opadł na kolana obok Severusa. Igły już puściły sok i im dłużej je ucierał, tym stawały się bardziej wiotkie i zaczęły się rozpadać. Co jakiś czas zerkał z niepokojem na Severusa, który miał coraz większe problemy z oddychaniem. Jego zamknięte powieki drżały lekko, a wpółotwarte usta z trudem łapały powietrze. W płucach mu rzęziło, a z rany zaczęło wyciekać coś zielonego. Twarz była jeszcze bledsza niż zwykle, pomimo płynących po niej kropli potu.
Musi się pospieszyć! Musi! Inaczej Severus... inaczej on...
Włożył jeszcze więcej siły w ucieranie, jego prawa dłoń drżała od wysiłku, wzdłuż całego ramienia płynęły bolesne skurcze, nadwyrężone mięśnie odmawiały współpracy.
Jest! Ostatnia igła rozpadła się i zmieszała z sokiem, tworząc gęstą, połyskującą na brązowo i zielono papkę. Harry nabrał jej palcami i trzęsącą się dłonią ostrożnie nałożył na ranę. Severus syknął i poderwał ramię, ale nie cofnął go. Harry przełknął ślinę i wziął kolejną porcję, którą najdelikatniej jak potrafił, zaczął wsmarowywać w ranę. Starał się zrobić to jak najdokładniej, aby gęsta maź zasklepiła wszystkie szczeliny pozostawione przez kły. W momencie, kiedy zielonkawa krew stykała się z maścią, zaczynała syczeć i parować, jakby była wypalana. Harry wyskrobał resztę i wklepał ją w ranę, tworząc powoli zasychającą, grubą skorupę. Odłożył moździerz na podłogę, łagodnie ujął dłoń zranionej ręki Severusa i położył głowę na kolanach mężczyzny, wpatrując się w jego twarz i czekając.
...
...
Nic!
Żadnej reakcji!
Harry jeszcze nigdy w całym swoim życiu tak strasznie się nie bał. Wiedział, że musi być tak samo blady jak siedzący przed nim mężczyzna. Ręka drżała mu tak bardzo, że jej wibracje odczuwał w całym ciele, tak jakby cierpiał na chorobę Parkinsona.
Błagam, błagam, zrobię wszystko...
Jeszcze nigdy z taką pasją nie prosił wszystkich otaczających go dobrych duchów o pomoc.
I kiedy panika już prawie nim zawładnęła i zaczęło brakować mu powietrza, wtedy to dostrzegł...
Na twarzy Severusa, zamiast cierpienia, pojawiła się... ulga, zmarszczki wygładziły się, a z ust wydobyło się ciche westchnienie. Tak, jakby ból powoli odpływał. Biała jak papier twarz zaczęła nabierać kolorów, oddech stawał się coraz głębszy i regularniejszy, napięte ciało rozluźniało się.
Harry poderwał głowę i szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w oblicze Severusa. Mężczyzna powoli uniósł powieki. W zamglonych, czarnych oczach pojawiło się światło.
Harry wstrzymał oddech, kiedy ciemne spojrzenie spoczęło na nim. Otworzył usta, ale miał tak dużą gulę w gardle, że nie mógł wypowiedzieć słowa. Jego serce wciąż waliło jak oszalałe i nie mogło się uspokoić. Ścisnął dłoń Severusa i z trudem przełknął ślinę.
- Boli cię coś? - zapytał cicho. Severus pokręcił głową. Harry poczuł, jak po jego skórze spływa chłodna ulga, wypłukując kąsający mu wnętrzności strach.
Udało się. Naprawdę się udało!
Dziękuje, dziękuję!
- Nawet nie wiesz, jak bardzo się bałem, że... - zająknął się i przeniósł wzrok na ranę. Maść wsiąknęła w skórę, a wysuszone fragmenty zamieniły się w pył i opadły na podłogę. Przesunął się bliżej, ściskając bezwładną dłoń jeszcze mocniej. Pochylił się i złożył na niej pocałunek. Potem następny. I następny. - Nie chcę już nigdy więcej tak się o ciebie bać. To było straszne...
Severus żył. Wszystko było już dobrze. Uratował go.
- Tak się cieszę - mruczał, pomiędzy pocałunkami. - Nie wiem, co bym zrobił, gdybym cię stracił. Nie mogę... nie mogę... Proszę, uważaj następnym razem. Opiekowałem się Krakwatami z Hagridem i wiem, co one potrafią. Proszę, posłuchaj mnie ten jeden jedyny raz. Jeżeli już musisz tam chodzić, to zawsze zabieraj ze sobą esencję macierzanki. One nienawidzą jej zapachu. Będą się trzymały od ciebie z daleka i nigdy już... nie zrobią ci krzywdy. Nie chcę się całymi nocami zamartwiać, że cię zaatakują. A jeżeli coś się stanie, to wyślij mi wiadomość przez kamień. Obiecaj mi, że to zrobisz! Severusie? - Spojrzał w górę, uderzony milczeniem mężczyzny.
Severus patrzył na niego tak, jakby Harry mówił w innym języku. Wyglądał na nieco oszołomionego i Harry pomyślał, że może jeszcze nie do końca doszedł do siebie. Na jego twarzy malowało się zaskoczenie i konsternacja.